Jak to się wszystko zaczęło…

Jak wszystkie duże rzeczy – od pierdoły.

Któregoś – chyba styczniowego – dnia M. (brat mojej ówczesnej kobiety, która tutaj będzie występować jako O.) wspomniał, że ma w planach wakacyjny wyjazd z pierdolnięciem. Gdzie? Do Rosji, Mongolii, Chin, Tajlandii, Laosu i w ogóle wszędzie w Azji, joł. Fajnie, powiedziałem, szkoda że nie na Księżyc. M. się zdenerwował i powiedział, że przecież był już w Szkocji (o rany!) – z kolegą i plecakiem (O RANY!), obieżyświat jeden – więc wie, jak się do tego zabrać. Łaskawie pokiwałem głową i postanowiłem całą sprawę umieścić pomiędzy prawym i lewym pośladkiem.

Jakiż byłem głupi…

Nie dało się. O. podłapała pomysł i zaczęła cisnąć, że wakacje życia, że krajobrazy, że piękno świata i inne gówna. Cholerne babsko nie da mi spokoju, skonstatowałem, po czym rzuciłem temat na rodzinnym obiedzie, żeby zobaczyć, co na to moi rodziciele.

Gdyby spojrzenie mogło zabijać, tego dnia ONZ zamknęłoby moją matkę za przypadkowe ludobójstwo. Ojciec wyraził nieco większy entuzjazm, co objawiło się nerwowym mruknięciem i pokręceniem dupą po krześle. Myślałem, że na tym koniec – w końcu ze starymi się nie dyskutuje, zwłaszcza kiedy w grę wchodzi wyłożenie kwoty, która z nawiązką mogłaby pokryć dwa semestry twoich studiów. Zamknąłem paszczę, spałaszowałem żur, a następnie zadzwoniłem do swojej lubej, żeby powiadomić ją o sytuacji…

Dwie godziny potem, głuchy na jedno ucho, zbierając z ziemi resztki swojej godności, zasiadłem do obmyślania planu przekonania swoich rodziców do wyjazdu, na który wcale nie miałem ochoty (uwierzycie?). Z perspektywy czasu można by pomyśleć, że trzeba było walnąć duperę z liścia i ostatecznie wyjść spod pantofla. Jakkolwiek głupio by to jednak nie brzmiało, to był w pewien sposób moment przełomowy w moim życiu. Postanowiłem uprzeć się i jechać do tej cholernej Azji, chociaż w głębi swojej gówniarskiej, 21-letniej duszy czułem, że tę walkę powinienem oddać walkowerem…

Ciągnęło się to wszystko przez kilka miesięcy. W międzyczasie plan nabrał nieco bardziej realnych kształtów, Tajlandia odpadła (w efekcie została przeniesiona na kolejny rok), podobnie jak dłuższy pobyt w Rosji. W walce o wyjazd musieliśmy poświęcić także Laos i Kambodżę, bowiem moi rodzice byli święcie przekonani, że w tym pierwszym cały czas trwa wojna na maczety i kije do krykieta, a w drugim Czerwoni Khmerzy kastrują młodych, białych chłopców, by następnie szyć z ich przyrodzeń praktyczną odzież. Wreszcie, po kilku miesiącach błagań, łez (także moich, czego trudno mi się teraz nie wstydzić) i dantejskich scen, wyprosiłem od swoich rodzicieli pożądaną kwotę – najpierw na bilety to&fro, a następnie na sprzęt, szczepienia i całą resztę przedsięwzięcia. Gdzieś po drodze walka o „wakacje życia” faktycznie przekształciła się w moją osobistą aspirację, a dopiero w drugiej kolejności – zachciankę rozpieszczonego lachona, z którym się spotykałem. Z tym, że wtedy jeszcze nie byłem tego świadomy. Ach, błędy młodości.

Jak to zwykłem podsumowywać – prawie się posrałem od tych trudności, ale wreszcie wyszło na to, że jedziemy do Mongolii i Chin, w jedną stronę podróżując koleją transsyberyjską. Kiedy to wszystko wreszcie do mnie dotarło, w zasadzie na kilka dni przed startem „wycieczki”, posrałem się po raz drugi. Sam już nie pamiętam, czy z radości, czy ze strachu, ale zapewne z obu tych przyczyn na raz.

Ta decyzja – z grubsza rzecz biorąc – doprowadziła wreszcie nie tylko do tego, że od 10 niemal lat (tę erratę dopisuję w roku 2017) nie wyobrażam sobie spędzenia kilku miesięcy cięgiem w Polsce, ale również do stworzenia niniejszego bloga. Można też śmiało powiedzieć, że to najlepsza rzecz, jaka została mi po mojej byłej.

Podobał Ci się ten wpis? Możesz poczytać inne moje posty o Wyprawie z 2007 roku i polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram305
  • Google+0