Szerokość torów w Rosji i inne krotochwile

Do pociągu wsiedliśmy o nieoznaczonym dniu i godzinie (wspomniany wcześniej egzamin z prawa cywilnego nie był dla mnie przeżyciem na tyle traumatycznym, by wygryźć się w mojej korze mózgowej). Było to chyba blisko południa, bo słonko mocno świeciło, przypominając mi, że – pomimo spakowania tony gerberków, konserw mięsnych, koców, czy nawet 3 metrów liny cumowniczej (która później uratowała nam dupy) – jak ostatni debil zapomniałem okularów przeciwsłonecznych

Moja rodzicielka, wciąż wieszcząca mi śmierć gdzieś na mongolskim stepie, wypieprzyła mnie z samochodu z suchym „baw się dobrze”, po czym śmignęła na zakupy do Tesco. Z M. i O. spotkałem się na peronie, była tam też – o ile dobrze pamiętam – ich matka: jeden z powodów, dla których cieszę się, że moja była nie jest moją obecną.

Wtarabaniliśmy się do pociągu jak stado proszalnych dziadów, rozdając na prawo i lewo razy namiotami i karimatami, uczepionymi do naszych wypchanych plecaków niczym dziecko do cyca. Kto jechał kuszetkami PKP wie zapewne, że miejsca tam starczy co najwyżej na bardzo wąski puzon. Niemniej jakoś się usadowiliśmy, rozdysponowaliśmy plecaki i jęliśmy z radością wpatrywać się w mijany krajobraz, który za 24 godziny miał zostać zastąpiony przez azjatycką dzicz.

Nie było szczególnie super, bo inaczej bym pamiętał. Głównie gadaliśmy i kminiliśmy, jak tu do cholery rozłożyć te pieprzone łóżka tak, żeby nie zginąć pod lawiną bagaży. Gniazdko na golarkę oczywiście działało z niezawodnością zazwyczaj kojarzoną z PKP. Czytaj: nie działało. Pozostała nam rozmowa i czytanie, które jednak postanowiliśmy zostawić na kolej transsyberyjską.

Coś tam jednak się wydarzyło. Po pierwsze, wartym odnotowania jest fakt, że podróż kolejowa na linii Warszawa-Moskwa to nie przelewki dla frajerów, a 20+-godzinna eskapada w przedziale mniejszym niż izolatka dla szympansa. Gdyby nie nocny przejazd, zapewne już na tym etapie zabiłbym swoją byłą, a przynajmniej mocno ją poturbował.

Dwa – legendarna „przesiadka” na szersze tory już na Białorusi. Na pytanie, czemu właściwie Ruscy mają szersze tory (chociaż i w Polsce są odcinki torów o szerokości właśnie 1520 mm – można to sprawdzić tutaj), nie znalazłem do tej pory pewnej odpowiedzi. Najpopularniejsza teoria mówi, że miało to związek z utrudnianiem transportu wrogowi podczas wojny; najciekawsza natomiast, że kiedy podczas budowy infrastruktury kolejowej osoba odpowiedzialna zapytała cara, czy tory mają być szersze, car odpowiedział „A na chuj szersze”. No to są szersze – dokładnie o 8,5 cm, co daje niejaki pogląd o średnicy carskiego chuja.

Tak czy owak, wzmiankowana przesiadka ma tę zabawną cechę, że dokonuje się jej w nocy. Jestem niemal przekonany, ze Rosjanie/Białorusini czujnikiem termicznym badają wszystkie wagony i czekają na moment, w którym wszyscy pasażerowie będą mocno spali. Kiedy to nastąpi, wparowują się do wagonów robiąc harmider, przy którym encierro w Pampelunie to zaściankowy odpust. Szczęśliwcy z przedziałów, w których umocowane są kołki mocujące osie (oczywiście już drugi raz w życiu udało mi się dostąpić tego zaszczytu) są gwałtownie budzeni nie wiedząc, czy czeka ich gwałt analny, czy deportacja, czy może jedno i drugie. Następnie każe im się uprzejmie pospierdalać z bagażami, by panowie z obsługi mogli wyciągnąć upieprzone jak nieboskie stworzenia kołki i pierdyknąć je na rzeczone toboły. W tym samym czasie w przedziale śmierdzi nie tylko spoconymi ciałami, ale także smarem kolejowym i sporadycznymi pierdnięciami pracujących. Kiedy to wszystko się skończy, do przedziału wpada typ w czapce, której wymiary pozwalają na swobodne lądowanie helikoptera klasy Sikorsky. Typ ten, przeżuwając przekleństwa w błogiej nieświadomości faktu, że pasażerowie rozumieją każdą jego bljadź i żopę, żąda paszportów, po czym ulatnia się niczym cień w bliżej nieokreślonym kierunku, by zniknąć przerażonym podróżnikom z oczu na przeszło godzinę.

A tak zupełnie serio – w klasie zesrań podróżniczych niewiele jest rzeczy gorszych niż to, co człowiek czuje gnając w białoruską noc pociągiem, nie będąc przy tym pewnym, czy jakiś Iwan nie podpierdolił mu paszportu dla beki.

Wreszcie jednak celnik zwrócił nam paszporty (a w Rosji, dodatkowo – z wizą profesjonalnie przekreśloną długopisem, co zapewne za wschodnią granicą definiuje się jako checked). Zasnęliśmy koło 4:00, mając przed sobą niespełna trzy godziny snu, bowiem pociąg – z tego co pamiętam – w Moskwie miał pojawić się o 8:00. Opóźnienia nie było, a przynajmniej nie było to opóźnienie znaczące (co zaskakujące przy tym, ile czasu można stracić na trasie Warszawa-Koluszki). Drugi dzień wyprawy rozpoczął się dla nas wysiadką na Dworcu Białoruskim, a miał skończyć załadowaniem się do podobnego składu, tam razem jadącego już do samego Ułan-Bator. Jakimś cudem nikt nie chciał od nas łapówki.

Podobał Ci się ten wpis? Możesz poczytać inne moje posty o Wyprawie z 2007 roku lub o Rosji oraz polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

REKLAMA:

komentarzy 5

  1. Karla 26 lipca 2013
  2. Karla 26 lipca 2013
  3. Karla 26 lipca 2013
  4. Abrams 4 sierpnia 2013
    • Piotr Brewczyński 5 sierpnia 2013

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram305
  • Google+0