Jedzie transsib z daleka…

Mogłoby się wydawać, że podróż transsibem to przygoda życia. Piękne krajobrazy, nowi ludzie, wymiana doświadczeń w ciągnących się godzinami rozmowach, a to wszystko w komforcie przestronnego przedziału. Trochę gówno prawda. Krajobrazy to głównie rozpadające się, poradzieckie stodoły, a jeśli będziecie mieli szczęście, uda Wam się w przelocie zaobserwować akt defekacji właśnie mijanej krowy. Nowi ludzie? No faktycznie. Głównie będą to co prawda nieco podśmierdujący Rosjanie, zapytujący półszeptem, czy przypadkiem nie macie czegoś mocniejszego, ale rzeczywiście jest ich tam sporo, a legendy o notorycznych napadach na pasażerów są mocno przesadzone. Wymiana doświadczeń również następuje, przy czym po dwóch dniach dotyczy głównie gęstości stolca, bowiem dieta złożona z suszonych owoców i zupek w proszku powoduje sensacje gastryczne godne najdzikszych regionów Indii. No i wreszcie ten komfort…

Wagon w transsibie

Typowy wagon z typowym wnętrzem

Przedziały w transsibie, a przynajmniej te, którymi jeździ się „najczęściej”, to typowe, czteromiejscowe kuszetki rodem z PKP, z mikroskopijnej wielkości stolikiem wciśniętym pod okno. Są funkcjonujące ze zmienną częstotliwością gniazdka, a w każdym wagonie znajduje się również „elektryczny samowar”, zapewniający dostawy gorącej wody. Ponadto działa instytucja wagonowego, który – przy odrobinie dobrej woli – powie Wam, jakie jest opóźnienie, ile czasu spędza się na każdej stacji, a nawet sprzeda podejrzany batonik. Można go zatrudnić również do bardziej wymagających zadań, to jednak wymaga zazwyczaj drobnego przekupstwa, najczęściej w postaci poczęstunku napojem wyskokowym. O tym jednak później.

Generalnie podróż Koleją Transsyberyjską to dość monotonne, ale znośne doświadczenie, podczas którego czas upływa na czytaniu i jedzeniu. Od czasu do czasu można również wyjrzeć za okno, choćby podczas mijania Bajkału. To akurat warto „zaliczyć”, aczkolwiek szału nie ma – ileż można zachwycać się jednym jeziorem (znaczy oczywiście można, ale raczej nie z pociągowych okien). Jeśli już koniecznie chcecie wybrać się gdzieś tym środkiem transportu, lepiej wybrać wersję biletu umożliwiającą wysiadanie po drodze i wsiadanie w kolejny pociąg. Ale do tego trzeba mieć już wizę pobytową i więcej hajsu.

Widoczek z okna

Widok z okna pociągu

Nasza podróż dzieliła się na dwa główne etapy – do granicy z Mongolią i po jej przekroczeniu. Prócz wzmiankowanego przejazdu nad Bajkałem, czas spędzaliśmy na pochłanianiu kupy… kolorowych magazynów (haha, got you there!), które przezornie wzięliśmy ze sobą, a także na handlu wymiennym ze współpasażerami. Przez kilka dni podróży każdy wagon przekształca się w nieźle funkcjonującą mikrospołeczność, więc człowiek szybko uczy się, do którego przedziału można iść po cukier (w zamian za mleko), a do którego lepiej nigdy nie zaglądać, bo ciągle się dupczą.

Szczęściem, od połowy drugiego dnia nasza trójka miała cały przedział dla siebie, bowiem Rosjanin przyporządkowany do czwartej leżanki wysiadł, o ile mnie pamięć nie myli, w Jekaterynburgu. Wcześniej trochę do nas zagadywał, a M. bohatersko walczył o nasz rosyjskojęzyczny honor.

Po dwóch dniach, w związku ze stosunkowo szybkim przekraczaniem kolejnych stref czasowych, człowiekowi zaczyna być wszystko jedno, czy za oknem jest jasno czy ciemno. Spać chodziliśmy kiedy się najedliśmy i wygadaliśmy, często w środku dnia, budzik nastawiając na postoje. Na jednym z nich po raz pierwszy zetknęliśmy się ze sławnym na całą Azję rozróżnieniem pomiędzy Western i Eastern toilet (tj. pomiędzy klasycznym kibelkiem, a tzw. „małyszem”), a na innym… Do tej pory na samo wspomnienie skacze mi adrenalina…

Podobał Ci się ten wpis? Możesz poczytać inne moje posty o Wyprawie z 2007 roku lub o Rosji oraz polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

*wszystkie zdjęcia autorstwa M.

REKLAMA:

Comment 1

  1. Andrzej 1 sierpnia 2013

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram337
  • Google+0