(Stuletnie) jaja w Szanghaju

Następnego ranka miało miejsce kolejne doświadczenie kulinarne. Było nim nasze pierwsze zetknięcie się ze stuletnim jajem. Jeszcze nigdy restauracja hotelowa nie widziała chyba tylu krztuszących się Polaków naraz.

Gwoli ścisłości, stuletnie jaja nie mają stu lat, a – standardowo – co najwyżej około stu dni. Przygotowuje się je wrzucając jajko do podejrzanej mieszanki, zawierającą między innymi niegaszone wapno (a także takie rarytasy jak herbata, łuski ryżowe i glina), które odpowiedzialne jest za „gotowanie” potrawy. Tę breję szczelnie się zamyka i odstawia (czasem zakopuje). Po pewnym czasie (im dłużej tym lepiej) jaja są wyjmowane (zapewne w stalowych rękawicach) i podawane do konsumpcji.

Stuletnie jajo ma dość charakterystyczny wygląd, bardzo charakterystyczny smak i jeszcze bardziej charakterystyczny zapach. Białko ścina się na brązowawą, twardawą galaretę; żółtko natomiast nabiera barwy zdrowej, kilkudniowej pleśni (i jest wyraźnie widoczne przez białko). Tak wyglądającą przekąskę podaje się z sosem sojowym – często na śniadania albo pomiędzy posiłkami.

Jako pierwszy odważny spróbowałem tego specyfiku bez wahania, zwłaszcza że miałem już na tym wyjeździe w ustach o wiele gorsze rzeczy. M. poszedł za ciosem, a O., z tego co pamiętam, kurtuazyjnie zrezygnowała, mając w pamięci dantejskie sceny rzygania z Chińskiego Muru. Gorzej poszło drugiej grupie Polaków, której żołądki ogłosiły strajk generalny i w dupie miały, że to tradycyjne żarcie i w ogóle. Mówiąc krótko – załoga hotelowej restauracji miała niezły ubaw, a nasi rodacy postanowili zostać przy bardziej standardowym pożywieniu.

Jak to właściwie smakowało? Normalnie. Bez kitu – kiedy już człowiek się przełamie, okazuje się, że właśnie zjadł jajko w occie. Być może szkopuł tkwił w tym, że było to jajko „hotelowe”, a co za tym idzie – nie najwyższej jakości. Tym niemniej nie zostałem wbity w ziemię.

Po szanghajskim śniadaniu zrobiliśmy sobie jeszcze jeden, krótki spacer, włączając w to kolejną wycieczkę na wybrzeże (Bund). Perła Orientu wyglądała w świetle dnia nieco mniej imponująco, ale wciąż robiła wrażenie. M. nalegał na to, byśmy przejechali się biegnącym pod rzeką tunelem, łączącym naszą stronę z Pudong i tu przyznam, że zachowałem się jak osioł. Mianowicie – uparłem się, że szkoda na to hajsu.

Szanghaj za dnia

Nie tak imponujący, ale wciąż ładny – Szanghaj**

I, z tego co wiem, miałem rację. Opinie na TripAdvisorze dość jednoznacznie wskazują, że wspomniany tunel to strata pieniędzy, nawet pomimo tego, że przy okazji można pooglądać sobie wibratory w Muzeum Erotyki (wow, wow). Generalnie jest to 5-minutowy przejazd kolejką, podczas którego można podziwiać kolorowo oświetlone ściany tunelu. Mimo to – trochę żałuję. Zwłaszcza wibratorów.

Po południu udaliśmy się na dworzec kolejowy, wsiedliśmy do naszego pociągu i pojechaliśmy w cholerę. Osobiście wyjeżdżałem z Królowej Orientu z dużym niedosytem i mocnym postanowieniem, że kiedyś jeszcze muszę tu wrócić. Szanghaj zrobił na mnie naprawdę duże wrażenie, a ponadto uświadomił mi, że jestem jednak mocno „cywilizacyjnym” typem. Jak to jednak mówią – co się odwlecze, to nie uciecze.

*zdjęcie z worldfoodieguide.com.

**zdjęcie autorstwa M.

REKLAMA:

Brak komentarzy

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram305
  • Google+0