W poszukiwaniu hotelu

W Sanya wylądowaliśmy wczesnym popołudniem, mając przy sobie stosunkowo niewiele pieniędzy (przy założeniu, że naszym finalnym przystankiem był Hong-Kong). Kierowca wynajętego samochodu wyrzucił nas w „dzielnicy hotelowej”, pełnej budynków, które z daleka wyglądały jak najlepsze zachodnie kurorty. Z tego powodu pierwszym pytaniem, jakie sobie zadaliśmy, było: Czy nas na to w ogóle stać?

Bardzo szybko pytanie owo spadło w rankingu, a na prowadzenie wysunęło się: Czy w ogóle znajdziemy jakiś nocleg?

Jak się okazało, większość widzianych przez szyby samochodu hoteli była albo w (zawieszonej) budowie albo zamknięta na cztery spusty. Jeden z niewielu otwartych wielopiętrowych przybytków przywitał nas pustką na recepcji, a kiedy spanikowana, nie umiejąca słowa po angielsku sprzątaczka wreszcie zawołała kogoś, kogo po pięciu piwach i działce cracku można by nazwać managerem, dowiedzieliśmy się, że hotel jest – i owszem – otwarty, ale nie dziś (???). Istniała spora szansa, że nie do końca wpasowywaliśmy się w wizerunek tamtejszej klienteli.

Klienteli owej wiedzieliśmy potem trochę na mieście. Na ogół składała się ona z brzuchatego, czerwonego jak dupa pawiana ojca rodziny, przystrojonego w hawajską koszulę i markowe klapki; równie atrakcyjnej matrony, posuwistym krokiem przemierzającej trzeszczące histerycznie płyty chodnika; a także gromadki mało wyględnych dzieciaków, przyklejających się do stoiska z lodami jeszcze zanim zdążyły wtranżolić dumnie dzierżonego hamburgera. Całe to towarzystwo zazwyczaj gromko dywagowało po rosyjsku, przy czym co drugie słowo pojawiała się zazwyczaj jakaś bljadź. Pomimo łezki w oku, spowodowanej bliskością innych słowiańskich dusz na takim zadupiu świata, staraliśmy się stronić od tego typu widoków. Ale hawajską koszulę kupiłem sobie tak czy owak.

Jak to często bywa w takich wypadkach, pomoc nadeszła out of fucking nowhere i przyjęła postać smoliście czarnego Buicka rodem z filmów noir. Rzeczony wóz podjechał do nas, kiedy z beznadziejnymi wyrazami mord staliśmy na wybrzeżu, zastanawiając się, czy lepiej nocować na plaży, czy też zająć jeden z opuszczonych domów wakacyjnych, narażając się tym samym na grupowy gwałt dokonany przez innych dzikich lokatorów (jeden z nich leżał zalany w trupa na dnie pustego basenu).

Kiedy okno po stronie kierowcy zjechało na dół, za kierownicą ujrzeliśmy młodą, zatroskaną Chinkę, która w krótkich, żołnierskich słowach kazała nam wsiadać do wozu. W ówczesnym stanie ducha wsiedlibyśmy nawet, gdyby z tyłu siedział trzymetrowy krokodyl.

Pomocna niewiasta łamaną angielszczyzną wypytała nas, gdzie chcemy jechać, po co, jak się dostaliśmy na wyspę, a następnie zasypała nas folderami turystycznymi i mapami okolicy, wszystkimi bez wyjątku w języku chińskim. Budda raczy wiedzieć, po jaką cholerę woziła je w samochodzie. Po tym skręciła raptownie w lewo, wjechała na jakiś podjazd, a następnie zatrzymała wóz pod drzwiami hotelu, który bez kitu wyglądał na najdroższy w całych pieprzonych Chinach. Zanim zdążyliśmy cokolwiek powiedzieć, boy hotelowy już otwierał bagażnik, a drugi podjeżdżał z tym śmiesznym wózkiem na bagaże, który do tej pory widywałem tylko na amerykańskich filmach. W tym samym czasie Chinka dalej radośnie szczebiotała, a do naszych mózgów powoli docierało, że jeśli zatrzymamy się w tym miejscu na jedną noc, prawdopodobnie resztę życia spędzimy na zmywaku w hotelowej kuchni lub – co gorsza – szyjąc koszulki dla Nike. Z tego powodu, kiedy tylko czarny Buick zniknął za rogiem, z wdziękiem hipopotama wydarliśmy zbaraniałej obsłudze nasze plecaki i poszliśmy w długą aż się zakurzyło.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram337
  • Google+0