Rangun wita

Po wyjściu z lotniska uderzyły nas trzy rzeczy: gorąco, smród spalin oraz krzyk konglomeratu taksówkarzy, którzy dostrzegli bezbronną ofiarę.

Rytuał w takich przypadkach jest zawsze taki sam. Ja w lekkim szoku uciekam przed hordą azjatów mamrocząc „wait, wait” i panicznie przeglądając przewodnik w poszukiwaniu wskazówek, a cała zdezorientowana grupa wlecze się za mną, starając się jednocześnie unikać co nardziej namolnych taksówkarzy i przyswoić jak najwięcej bodźców płynących z nowego otoczenia.

Po tym, jak opadły pierwsze emocje, przystąpiliśmy do negocjacji. Nie były one specjalnie długie – wybraliśmy busa, który zaoferował nam transport za 3$ od głowy, tym samym po raz pierwszy dając się finansowo zerżnąć bez masła, choć nie w skali, którą uznałbym za katastrofalną. Taksówka z lotniska to zresztą niemal zawsze usługa, za którą płaci się frajersko dużo – człowiek jeszcze nie zna cen, dopiero wysiadł z samolotu, a ponadto zazwyczaj ma ochotę jak najszybciej dostać się do hotelu i złożyć do łóżka zbolałe po kilkunastogodzinnym locie dupsko. Po ustaleniu ceny załadowaliśmy się do wozu i ruszyliśmy.

Rangun przywitał nas typowymi azjatyckimi widokami – w promieniach chylącego się ku zachodowi słońca chłonęliśmy widok obdrapanych bud i brudnych od spalin ścian większych budynków, a tym czasem nasze nozdrza były bez końca brutalnie gwałcone zapachami, które w normalnej sytuacji spotyka się w bardzo zaniedbanym warzywniaku. Do tego dochodziło powietrze o gęstości tego, które panuje wewnątrz przeciętnego odkuracza. Słowem – wróciłem do Azji.

Jazda trwała długo, bowiem lotnisko położone jest spory kawałek na północ od centrum miasta. Po drodze co i raz rozdziawialiśmy gęby z zachwytu, bowiem już od pierwszych chwil stało się dla nas jasne, że Birmańczycy są bardzo dumni ze swojego religijnego dziedzictwa. Minęliśmy dwie przeogromne świątynie (niestety nie zdołaliśmy ich wreszcie odwiedzić) oraz kurewsko wielkiego, siedzącego Buddę, który zerkał na nas podejrzliwie znad wierzchołków drzew. Cały ten świątobliwy szajs lśnił złotem lub czystą bielą, charakterystyczną między innymi dla nowych sedesów.

Po ok. 50 minutach dotarliśmy wreszcie na wschodni koniec miasta, gdzie pragnęliśmy się zakwaterować. I tu czekał nas kolejny szok.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram305
  • Google+0