Znaleźć nocleg w Rangunie…

Jak się okazało, moje kilkuletnie doświadczenie w azjatyckich podróżach nie nauczyło mnie jeszcze, że nie wszystkie podobne sytuacje zawsze idą jak po maśle. Tym razem chodziło o noclegi.

Rangun, podobnie zresztą jak cała reszta kraju, to miasto, w którym przemysł turystyczny rozwija się bardzo szybko. ROZWIJA SIĘ, a nie jest rozwinięty – to bardzo istotna różnica.

Jak przekonaliśmy się w ciągu kilku następnych dni, baza hotelowa w Birmie, zwłaszcza podczas sezonu (a tak się składa, że styczeń jest jego środkiem) jest totalnie i wręcz tragicznie nieprzygotowana na napływ turystów. Niemal wszystkie placówki opisane w przewodniku Lonely Planet są pozajmowane, podobnie jak hotele znajdujące się w ich bezpośrednim sąsiedztwie. Aby zdobyć miejsce bez wcześniejszej rezerwacji, trzeba wziąć tobół na plecy i iść na dłuższy spacer, niejednokrotnie zapuszczając się w rejony, w które początkowo nie zamierzaliśmy w ogóle trafić. Warto też pytać miesjcowych o wskazówki, mając jednak na uwadze fakt, że azjatycka chęć niesienia pomocy turystom może sprawić, że wskażą nam praktycznie losowy kierunek, byle tylko zostać uznanymi za miłych.

Kręcąc się tak jakieś 45 minut przeszliśmy jakąś połowę drogi do centrum miasta, a następnie trafiliśmy (fartem, bo swoim zwyczajem do map większych miast zaglądam zazwyczaj dopiero bedąc na miejscu) bardzo blisko głównej ulicy tej części metropolii. Na jednej z jej przecznic znaleźliśmy wreszcie hotel, który za stosunkowo niewielkie pieniądze zapewnił nam wszystkim nocleg na jedną noc (kolejne były już zabookowane).

Tu kolejna uwaga. „Niewygórowane pieniądze za nocleg” w Birmie oznaczają coś trochę innego niż, przykładowo, w Tajlandii. Powód jest dokładnie ten sam co wcześniej – nierozwinięta baza hoteli. Skutek natomiast wyrwie jęk rozczarowania z płuc niejednego budżetowego turysty. Okazuje się bowiem, że tani nocleg to w tym kraju ok. 12-15$ od osoby (dla porównania – średnia cena hotelowej nocy w Wietnamie w 2011 roku oscylowała w okolicach 5 dolców). Tym sposobem noclegi stają się największym, nie licząc oczywiście biletu lotniczego, wydatkiem podczas podróży do „Złotej Krainy”.

Tak czy owak, łóżko na pierwszą noc znaleźliśmy – przyszła pora na świętowanie. Nie zastanawiając się długo, w okolicznym sklepie zakupiliśmy 0,7 lokalnego rumu, o wdzięcznym woltażu 45%, a następnie radośnie skonsumowaliśmy go na komunalnym balkonie. Konsumpcja być może nie przebiegała tak sprawnie, jakby się wydawało (rum okazał się niezłym zajzajerem), niemniej po jej zakończeniu poczuliśmy, że nasza przygoda się rozpoczęła…

… a skoro się rozpoczęła, to – jak na prawdziwych podróżników przystało – zadowoleni poszliśmy w kimę.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram337
  • Google+0