Lodówką nad Inle

Po powrocie z Kaikto praktycznie od razu wsiedliśmy do autokaru, który miał przez noc zawieźć nas aż nad jezioro Inle – jedną z ważniejszych atrakcji w kraju. Sama podróż też wymaga odnotowania, bowiem było to nasze pierwsze zetknięcie się z autokarami w Birmie, a co za tym idzie – pierwsza gorąca (z zewnątrz) noc spędzona w lodówce na kółkach.

Ciągle nie mam pojęcia czemu, ale w Azji standardem jest, że w autokarach klimatyzacja śmiga tak, jakby jutro miało nie nadejść (albo jakby miało nadejść i zesłać 100-stopniowy upał). Pomimo stosunkowo grubych polarów i zapewnionych przez przewoźnika koców, nasze stopy szybko zamieniły się w bryły lekko woniejącego lodu. Co zabawne, pomimo tego, iż wszyscy nasi współpasażerowie byli okutani jak rodzina chudych eskimosów, kierowca nie był łaskaw zwiększyć temperatury choćby do pokojowej. Nie wiem – być może wynika to z faktu, że podróż klimatyzowanym autokarem jest w Azji traktowana jako coś bardzo luksusowego, a skoro tak, to trzeba dać ludziom poczuć ten luksus w najbardziej dotkliwy ze sposobów. Ale dają gratisową wodę – to trzeba im przyznać. Raz dostaliśmy nawet ciastko, które nie uciekło.

Paręnaście godzin, ale zaledwie kilkaset kilometrów później wyładowaliśmy się w chłodną noc okolic Nyaungshwe. Tu uderzył nas fakt, że na miejscu byliśmy sporo przed zakładanym czasem, co potem okazało się autokarową tradycją. Polscy przewoźnicy mogliby się na tym polu sporo nauczyć od swoich birmańskich kolegów.

Za przysłowiowe grosze dotarliśmy do Bright Hotel, wcześniej objechawszy kilka innych przybytków, w nadziei że w żadnym z nich nie będziemy musieli nocować w towarzystwie niezwykle upierdliwego niemieckiego małżeństwa, które siedziało obok nas w autokarze. Znacie ten typ – pomimo tego, że są w jednym z najbiedniejszych krajów świata, potrafią awanturować się, że w przydrożnej wygódce nie ma ciepłych ręczników, a przy tym ostatnią kąpiel wzięli przed wylotem z Berlina. Udało nam się trafić tak, jak chcieliśmy, więc wykończeni i zmarznięci poszliśmy w kimę na kilka cieplejszych godzin.

Okolice Nyaungshwe

… i jeszcze trochę drogi 😉

Po zebraniu się o 11:00 i puszczeniu szybkiego zwiadu na miasto doszliśmy do wniosku, że najlepszym wyborem na ten dzień będzie skorzystanie z oferty gorących źródeł, zlokalizowanych kilka kilometrów od naszego hotelu. Transport wpadł po nas o 16:00, co dało nam niewiele czasu na miejscu. Pomimo tego, a także dość wysokiej ceny całego przedsięwzięcia (10$ od osoby), następne 1,5 godziny spędziliśmy w gorącej wodzie sącząc piwko, co miło kontrastowało ze spędzoną w autokarze nocą. U gorących źródeł spotkaliśmy również pewnego osobnika, którego dziewczyny szybko (i głośno) ochrzciły „wieprzykiem”, a który okazał się bardzo uprzejmym (lub posiadającym słuch selektywny), młodym biznesmenem z Polski. Obowiązkowa w takiej sytuacji chwila zakłopotania szybko przerodziła się w przyjemną pogawędkę, którą później – w godzinach wieczornych – M. i Ma. kontynuowali, kiedy to Jarek (z tego miejsca pozdrawiam) wpadł do nas na drinka.

Niestety, nasz wieczorny skład osobowy został okrojony nie bez przyczyny. Po wizycie w gorących źródłach mnie i B. dopadła bowiem niemoc (odpowiednio rozbolały nas głowa i brzuch), podobnie zresztą jak Mo. – ją z kolei dopadła tak zwana Klątwa Buddy, będąca birmańską odmiany znanej bywalcom Egiptu Klątwy Faraona. Tym sposobem kolejny reunion z rodakiem odbył się niestety na pół gwizdka.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram305
  • Google+0