Bye, bye, Mandalay

Kiedy wróciliśmy do hotelu, była dopiero 15:20. Pomimo tego, że nogi weszły mi w już dupę do okolic kostek, B. namówiła mnie na ponowny skan okolicy w poszukiwania nowego zegarka (bo umawianie się na godzinę bez niego przypominało zabieranie ślepego na striptease). Poszukiwania dość szybko przyniosły zadowalające rezultaty. Za równowartość 4 dolarów nabyłem prawie oryginalne, metalowe i oldschoolowe jak sam skurwysyn CASIO, które – co stwierdzam z dumą – chodzi do dziś, choć co kilka dni konsekwentnie trzeba je przestawiać o 3-4 minuty do przodu. Być może nie odzwyczaiło się jeszcze od azjatyckiego pojmowania czasu.

Po lukratywnej transakcji nasze żołądki dały o sobie znać. Jako, że zresztą ekipy umówiliśmy się na 17:30 na wspólne kolacjowanie w Spicy Garden (o którym zaraz), musieliśmy w miarę szybko dostać się na miejsce (no i w końcu wiedzieliśmy kiedy, no, no). Kolejny spacer wzdłuż fosy otaczającej fort zupełnie nam się nie uśmiechał, więc zaczęliśmy szukać alternatywnych form transportu. Padło na dwóch szczerbatych frajerów na skuterach, choć Beata miała spore wątpliwości, szybko rozwiane przez pełne spalin i kurzu powietrze Mandalay. Jedynym powodem, dla którego Beata nie uśmiechała się zbyt szeroko siedząc „na plecaku” podśmierdującego kierującego, było to, że nie chciała połknąć po drodze zbyt wielu robali.

Na miejscu byliśmy trochę za wcześnie, więc poszliśmy (a jakże) na krótki spacer. Już na pierwszy rzut oka było widać, że miejscówa, wspominana przez Lonely Planet jako jeden z najbardziej ekskluzywnych lokali w mieście, zasługuje na takie miano (choć okolica już nie należała do zbyt reprezentacyjnych). Położony obok niej hotel kusił basenem i czterema gwiazdkami w nazwie, a sam lokal nie odstawał za bardzo od europejskich standardów dotyczących droższych restauracji (choć udało nam się dostrzec kilka podejrzanych plam w miejscach, w których być ich zdecydowanie nie powinno). Samo jedzenie – drogie jak na birmańskie standardy – również dało radę. Jedynie Mo. Nie była zachwycona jakością mango lassi, na które miała ochotę od momentu lądowania z Rangunie.

A potem… a potem wyszły z nas cioty, globus (to z Orzeszkowej, nieuki) i w ogóle. Niby wróciliśmy na chwilę do hotelu, zarzuciliśmy bluzy (w styczniu wieczorami bywa w Birmie naprawdę zimno – zwłaszcza na północy kraju) i poszliśmy na piwo, ale to skończyło się po 30 minutach, bo wszyscy siedzieli smętni jak kastrat w burdelu. Nie chcieliśmy przedłużać agonii, więc dowlekliśmy się z powrotem do Nylona i poszliśmy do wyrek.

Czy mieliśmy wyrzuty sumienia? Nie specjalnie. Mandalay jako miasto okazało się sporym zawodem. Nie mówię tu tylko o tym, że wyłącznie aglomeracja oferuje jakiekolwiek atrakcje (choć tym, a zwłaszcza mostowi U-Bein, trzeba oddać honor), ale o ogólnym odczuciu. Metropolia jest brzydka, zadymiona, zasyfiona jak 14-letni młodzieniec, a po 21:00 jest w niej do roboty nawet mniej niż w Rangunie (no, chyba że chcecie tylko pić piwo z miejscowymi). Wrażenie syfu i nieporządku potęgowane jest przez korki, których nie powstydziłby się nawet Bangkok. Wisienką na tej kupce gówna było to, że znacznie ciężej niż w byłej stolicy było tu dostać alkohol po godzinie 20:00 – po piwo musieliśmy dymać prawie kilometr w jedną stronę, a do tego gość zdarł z nas tak, jakbyśmy zmacali mu siostrę.

Niestety-stety, wspomniany most, sama Amarapura (czyli miasto-dzielnica, w którym ten się znajduje), wzgórze Sagaing czy parę innych rzeczy, o które już nie zdążyliśmy zahaczyć, sprawiają, że Mandalay nie wolno ominąć podczas wizyty w Złotej Krainie. Najlepszym wyjściem jest chyba znalezienie noclegu gdzieś poza centrum miasta i odpuszczenie sobie wątpliwych przyjemności, które to oferuje. Rozczarujecie się również, jeśli planujecie tu jakiekolwiek większe zakupy pamiątkowe. Pod tym względem jednak może poratować Was miejscowość położona rzut czerwonym beretem od Mandalay…

REKLAMA:

komentarze 2

  1. pawel 17 kwietnia 2014
    • Brewa 17 kwietnia 2014

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram305
  • Google+1