Wołki, cukier i wóda

15-tego, jubileuszowego dnia naszej wyprawy, wstaliśmy po pańsku – o 9:00. Po leniwym śniadaniu i ustaleniu planu na resztę wyjazdu zamówiliśmy sobie busika, który miał nas zawieźć na dodatkową atrakcję rejonu Bagan, czyli na Górę Popa.

Góra Popa nie zbiera jakichś wybitnych recenzji w internetach, bo i sama w sobie nie jest niczym über-atrakcyjnym, przynajmniej dla niektórych. To nic innego jak kolejna buddyjska świątynia/klasztor, z tym że ulokowana na dość urokliwej, wystającej ze środka równiny skale. Dodatkowo w rejonie notowana jest wybitnie wysoka aktywność makaków, przy czym przez aktywność większość ludzi rozumie sranie bez opamiętania i wyrywanie turystom ich własności z iście bandycką manierą. Jeśli o mnie chodzi, była to wystarczająca rekomendacja.

Zawezwany busik przyjechał po nas chwilę po 11:00, a cichy, ale tym razem w miarę ogarniający kierowca bez zbędnych pomrukiwań od razu ruszył w trasę. Pierwszym, nieplanowanym (dla nas, rzecz jasna – gość na pewno zebrał za to swoją prowizję, choć trzeba mu przyznać, że wcześniej nas zapytał) postojem był przystanek w jednej z licznych miejscowych fabryczek wina ryżowego. Każdy kiper skrzywi się oczywiście na pomysł, by ten lichy, wykręcający mordę zajzajer nazwać winem, bowiem zdecydowanie bliżej mu do zwykłego bimbru – poczynając już od samego procesu produkcji.

Okolice Bagan

Jest wołek, jest zabawa

Wizyta była jednakowoż urzekająco ciekawa (przy pewnej specyficznej definicji „ciekawości”). Już sam początek ujął nas za serca, bowiem mieliśmy okazję ponapieprzać kijkiem krowę mielącą orzeszki ziemne, a sami przyznacie, że nie każdemu było dane tego doświadczyć. Po zostawieniu biednego wołka przeszliśmy do standów, na których przyszło nam popróbować miejscowego przysmaku deserowego. Można by napisać, że jaki kraj, taki przysmak, bowiem tym ostatnim są grudki cukru wytwarzanego z różnorakich rzeczy, w tym z soku palmowego (niespodzianka! Aż dziw, że ich samochody nie jeżdżą na tym gównie), śliwek czy kokosa. Szajs był zaskakująco dobry, cukier nam skoczył (z saltem), więc przyszła pora na wódę.

Birma to, stwierdzę to ponownie, świetny kraj do upijania się na smutno. Do upijania się, bowiem alkohol albo jest tani, albo dają Ci go za darmo; na smutno, bo poza piciem niewiele więcej można potem zrobić. W naszym przypadku tego dnia było trochę lepiej, bo przed nami była jeszcze wspinacza na ufajdane małpimi ekskrementami schody, niemniej alkohol przyjęliśmy z w wdzięcznością, pomimo tego że smakował tak, jakby zalany orangutan sikał nam do ust.

Nieco wstawieni postanowiliśmy odwdzięczyć się gospodarzowi w sposób standardowy, to jest przez kupno nikomu niepotrzebnych słodyczy i wzmiankowanego wina ryżowego. Toddy, o którym już pisałem, i którego również spróbowaliśmy na miejscu, był niestety poza naszym zasięgiem, albowiem w miejscowej temperaturze psuje się szybko jak chiński wibrator. A szkoda, bo to akurat dobra rzecz. Załadowani jak emerytka wychodząca z Hali Mirowskiej, a także na lekkim rauszu, wsiedliśmy do wozu i udaliśmy się już bezpośrednio na Popę.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram305
  • Google+1