Autobusy i prezerwatywy

Transport tym razem okazał się lepszy – droga wiodąca na południe (przez Gwa) w stronę Rangunu jest lepsza niż ta wiodąca na północ, choć nie bez znaczenia był fakt, że pokonywaliśmy ją autokarem, gdzie mieliśmy dla siebie znacznie więcej miejsca (a i zawieszenie wehikułu miało tu sporo do gadania). Oczywiście w autokarze znów było zimno jak w eskimoskiej dupie, a przystanków było zdecydowanie zbyt dużo, ale miał to być nasz ostatni długi transport, więc nie narzekaliśmy za głośno (choć Ma. wskazywała, że jej współpasażerka nieustannie spluwała jej nad uchem w sposób zgoła nieprzystojny).

W Rangunie wylądowaliśmy ostatecznie o 3:30 nad ranem, czyli w zasadzie w najgorszym momencie na szukanie noclegu – i to nie tylko dlatego, że wszyscy mieli już dość i po prostu chcieli iść spać. Jak na złość, ja uwziąłem się, żeby przynajmniej ostatnie 1,5 nocy w Birmie spędzić w hotelu, w którym cena pokoju nie będzie wymagała od nas obciążenia hipoteki. Cóż, powiedzmy że takie podejście nie spotkało się z życzliwym przyjęciem większości grupy.

Po godzinie dość bezsensownego kręcenia się po mieście i znoszenia kwękań ze strony 2/3 damskiej części naszej grupy, ostatecznie dałem za wygraną. Koło 4:30 skampowaliśmy się wreszcie w White House Hotel, którego właściciel początkowo okazał się niemiłym sukinsynem (bierzecie to albo won), ale potem jakoś mu przeszło. Za 100 dolarów łącznie otrzymaliśmy dość obszerny, 10-osobowy dorm-room, na drzwiach którego z pewną konsternacją odkryliśmy darmowe kondomy. O ile gest wart był docenienia, to nie jestem w stanie sobie wyobrazić nikogo (no, może poza uczestnikami Warsaw Shore), kto chciałby zrobić z nich użytek akurat w tym pokoju. Kiedy już sfotografowaliśmy prezerwatywy, poszliśmy oczywiście w kimę.

Wracając do Rangunu naspaliśmy się a autokarze, więc ja i B. obudziliśmy się koło 8:30 i postanowiliśmy skorzystać z darmowego, mocno reklamowanego w całym hotelu śniadania (właściciel chwalił się, że oferował najlepsze śniadanie hotelowe w Birmie wg Discovery Channel). Posiłek okazał się wcale niezły, choć następnego dnia okazało się, że ilość i jakość potraw w bufecie zależy głównie od nastroju kucharzy. Z M., który w międzyczasie wpadł na szamę ustaliliśmy, że spotkamy się gdzieś na mieście, a następnie ruszyliśmy na „mały” shopping.

Rangun, czy też w zasadzie cała Birma, nie jest wymarzonym miejscem dla tych, którzy lubią raz a jakiś czas rozpieprzyć trochę hajsu na głupoty. Przez głupoty rozumiem tutaj nie tylko pamiątki (np. pod postacią żab wyrzeźbionych w jakimś egzotycznym drewnie – z tego miejsca uśmiecham się do M.), ale także standardowe dla Azji nabytki: tanie, ale fajne ciuchy, elektronikę czy filmy i muzykę na tych czy innych płytach. Owszem, w samej byłej stolicy znajdziecie parę sklepów, w których za grosze kupicie sporo ciekawego szajsu, niemniej wśród Waszych zakupów przeważą zapewne niezwykle tanie kosmetyki (prym wiodą odżywki do włosów) i alkohol (o ile jesteście gotowi tachać go w Plecaku aż do Polski – ja byłem).

White House Hotel

Kondomy kondomami, ale widok z okna był niesamowity

W związku z tym mój plecak „miejski” bardzo szybko zapełnił się kilkoma ciuchami, litrami olejku kokosowego oraz hurtową ilością przeróżnych przypraw, w tym europejskich sosów, które w Birmie okazały się niezwykle tanie. Tak obładowani spacerowaliśmy m.in. po bazarze Bogyoke i kilku centrach handlowych, nabijając sobie kilometry w ilościach spokojnie przewyższających te, które wcześniej występowały przy okazji naszych trekkingów.

Po pewnym czasie jednak cała ta eskapada zaczęła nas nudzić, a w dodatku nieopatrznie przegapiliśmy moment, w którym byliśmy głodni tylko na tyle, by spokojnie wybrać miejsce do jedzenia. Przez to na chybił trafił trafiliśmy do oddziału południowokoreańskiej sieci BBQ, gdzie wciągnęliśmy najdziwniejszą pizzę na świecie – jedzoną za pomocą łyżek i podawaną na słodkim, kruszącym się cieście o konsystencji ziemniaczanego puree. B. nie szalała za tą potrawą, ale ja byłem zachwycony.

Po tym wszystkim zrobiliśmy jeszcze zakupy prezentowo-alkoholowe, co doładowało nas do reszty i znacznie obniżyło naszą mobilność. Postanowiliśmy wrócić do hotelu, rozładować cargo i wylecieć gdzieś na wieczór pomimo tego, że ja praktycznie już padałem z nóg. To okazało się jedną z najlepszych decyzji na wyjeździe.

REKLAMA:

Brak komentarzy

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram337
  • Google+1