Droga do Sukhothai

Stosunkowo zadowoleni wróciliśmy do Khon Kaen z silnym postanowieniem, że najwyższy czas się z niego urwać (z miasta, nie z postanowienia). Decyzja zapadła ostatecznie nad kolejnym posiłkiem wprost z tajskiego grilla. Niestety, musiało minąć jeszcze kilka dni, zanim Tajlandia ponownie mocno złapała nas za serce.

Następne 4-5 dni zleciało nam na bardzo podobnym schemacie – wstawaliśmy stosunkowo rano i ruszaliśmy dalej na północ kraju, starając się zaliczyć po drodze jak najwięcej mniejszych i większych atrakcji.

11 i 12. dzień wyprawy upłynął nam pod znakiem drogi do Sukhothai i samego miasta – kolejnego z „ważnych” punktów na turystycznej mapie Tajlandii, co było wyraźnie odczuwalne zarówno na gruncie cen w restauracjach, jak i liczby turystów na miejscu. Z samej drogi, poza migającymi słupkami oznaczjącymi kolejne kilometry, nie pamiętam praktycznie nic, choć mój pamiętniczek podpowiada mi, że warto zatrzymać się w kilku miejscach pomiędzy Lom Sak i Phitsanulok, aby cyknąć parę satysfakcjonujących, krajobrazowych fotek. Ponadto wielbicieli atrakcji „naturalnych” na pewno skuszą wodospady. W porównaniu z tymi, które mieliśmy zobaczyć w Laosie były to raczej smutne, wodne wypierdki, ale i tak biły na głowę Wodogrzmoty Mickiewicza. No – i można przejść się kilkoma mostami linowymi, które nie grożą Wam nagłą, huczącą w dole śmiercią.

Droga do Sukhothai

Wodospad – niestety nie zapisałem jaki…

Samo Sukhothai nie urwało nam dup, ud, ani nawet stóp. Poza tym, że przespaliśmy się na miejscu w całkiem porządnym guest housie (zapewne wybralibyśmy jakiś tańszy, ale najzwyczajniej w świecie nie było wolnych miejsc), to drugim najważniejszym wspomnieniem z tej miejscówki jest dla mnie fakt, że dziewczyny kupiły tam tajskie porty, przy których nachy Sindbada Żeglarza jawią się niczym archetyp kroju slim-fit.

Sukhothai to jedno z tych miejsc, które odwiedzić wypada, ale nie chce się w nim długo siedzieć. Wikipedia mówi, że jest ono tradycyjnie uznawane za stolicę pierwszego państwa tajskiego. Jest to o tyle zabawne, że używanie słowa „tradycyjnie” w odniesieniu do faktów historycznych jakoś źle zestawia mi się z tym, że w Polsce dawniej przeziębienie TRADYCYJNIE leczyło się poprzez wsadzenie chorego do pieca na trzy zdrowaśki. Całość kompleksu nie jest jakoś przesadnie wielka, jeśli weźmiemy pod uwagę tylko część wewnętrzną, do której wjazd w roku 2008 kosztował turystę 40 BHT. Część zewnętrzną, to jest luźno rozstrzeone po mieście ruiny, można przeważnie oglądać sobie za darmo, ale trzeba na to poświęcić nieco więcej czasu. My zrezygnowaliśmy, bowiem po niedosycie dnia poprzedniego pragnęliśmy już przesunąć się nieco dalej na tajskiej mapie. To też uczyniliśmy zaraz po tym, jak D. zanabyła sobie niezwykle gustownego, drewnianego słonia na sznurkach, które to sznurki przez kolejne dni nieodmiennie sakramencko plątały się za każdym razem, kiedy nasza współtowarzyszka usiłowała wyjąć coś z plecaka.

Nasz plan szybkiego uatrakcyjnienia wyjazdu nie udał się od razu. W Mae Sot, znajdującym się spory kawałek od standardowych tras, ktorymi jeździ się po Tajlandii, odwiedziliśmy targ, na którym wreszcie mieliśmy okazję spróbowania tutejszych wersji samżonych larw, karaluchów i innego obleśnego szajsu. Z okazji tej nie skorzystaliśmy, bowiem znacznie bardziej atracyjną pod względem gastronomicznym lokalizacją okazała się knajpa Ban Thai, prowadzona przez trzech postrzelonych Birmańczyków. Bez cienia przesady mogę napisać, że wówczas zjadłem tam najlepsze curry w życiu, które przebiło dopiero kokosowe curry zaserwowane nam w Ngapali w Birmie parę lat później. To jednak była zaledwie łyżka miodu w beczce dźiegciu. Pora deszczowa dawała nam się weznaki, a morale spadało nam metodycznie. Na szczęście taka sytuacja nie miała potrwać długo.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram305
  • Google+1