Atak podstępnych gibonów

Wstanie następnego dnia nie było dla nas takim problemem, jak można by się spodziewać. W sumie wypiliśmy niewiele, a wakacyjne powietrze też robi swoje, więc o 9:30 już krzątaliśmy się dziarsko po naszym drewnianym pokoju, by o 10:00 się wymeldować i powoli pakować się na skutery (Magda z Michałem wstali wcześniej i pojechali swoją drogą).

Przedtem jednak postanowiliśmy zwiedzić bezpośrednią, dość malowniczą okolicę naszego hostelu. To – poniekąd – skończyło się tragicznie dla O.

Już po 5 minutach zwiedzania posesji ze zdziwieniem skonstatowaliśmy, że na drzewie za głównym budynkiem, z werwą godną staruszka na viagrze, bujają się dwa dorodne gibony. Chodzi oczywiście o małpy, a nie jointy słusznych rozmiarów, choć wrażenie było równie surrealistyczne i powodujące co najmniej tyle samo radości.

Jako że O. zawsze miała słabość do naczelnych, a gibony wyglądały na żywo zainteresowane naszym towarzystwem, postanowiliśmy spędzić jeszcze chwilę na miejscu i sprawdzić, czy te konkretne małpy rzeczywiście są tak przyjazne, jak się o nich mówi. Wcześniej zresztą – głównie w Tajlandii – natykaliśmy się już na krotochwilne obrazki udowadniające, że zwierzaki te faktycznie są sympatyczne i łatwo przywiązują się (czasem w sensie dosłownym) do ludzi. Wydaje mi się zresztą, że O. miała naiwną nadzieję na to, że jej osobowość i aparycja oczarują jedno ze stworzeń na tyle, by pojechało z nami, obciążając już i tak wymęczony skuter do granic wytrzymałości.

Wyszło zupełnie odwrotnie.

Po 10 minutach nawoływania, O. udało się skłonić jedną z małp do zejścia na niższe partie drzewa. Rosnące zniecierpliwienie i sceptycyzm reszty grupy powoli zaczęły ustępować miejsca planowaniu, co też będziemy robić w podróży z małpą, której zsumowana długość kończyn przekraczała na oko 4 metry. Szybko jednak okazało się, że trzeba będzie zająć się zupełnie innym problemem.

Całe zdarzenie trwało dosłownie kilka sekund. W pewnym momencie O. wyciągnęła do gibona rękę – ten, ku naszemu kolektywnemu zachwytowi, wyciągnął łapę do O. Na krótką chwilę ich palce się zetknęły, zapewne dając O. mateaforyczny orgazm, a nam – japy rozdziawione jak podczas konsumpcji pięciokrotnego Whoopera. A potem…

potem mały skurwiel ją upierdolił.

Nie wiemy czemu (może dlatego, że generalnie podawanie rąk małpom jest ryzykownym interesem), ale później doszliśmy do wniosku, że małpa była rozczarowana faktem, że w dłoni O. nie znalazła niczego, co dałoby się wszamać. W zamian za to postanowiła wszamać jej łapę, ale na szczęście się rozmyśliła i skończyło się na ugryzieniu. Krzyku było jednak co niemiara, pociekły łzy, a gibon – korzystając z zamierzania – umknął jak niepyszny w górne partie drzewa, tym samym unikając krwawej zemsty.

Co się robi, kiedy człowieka ugryzie małpa? Oczywiście natychmiast jedzie do szpitala, a następnie poddaje zastrzykowi przeciwko wściekliźnie… ALE NIE W LAOSIE! W Laosie dochodzi się do genialnego wniosku, że kolejna wycieczka do szpitala źle wpłynęłaby nie tyle na morale grupy, co na cholerny plan dnia – w końcu mieliśmy zaplanowane kolejne wodospady, a do końca wyjazdu „zaledwie” 3 tygodnie, także nie było chwili do stracenia. Najgłośniej przed prozdrowotną wizytą protestowała zresztą sama dziabnięta, argumentując dość bezmyślnie, że skoro niewychowane skurwysyny przebywały na posesji, to na pewno były szczepione. No jasne, bo w Laosie wszyscy szczepią swoje przydomowe małpy.

Tak czy owak, skończyło się na przemyciu rany (niewielkiej zresztą, bo tylko jeden albo dwa zęby przebiły skórę na tyle, by pojawiła się krew), a następnie wypchnięciu całej sytuacji z pamięci. 20 minut później pruliśmy już na skuterach ku nowej przygodzie, w duchu modląc się, by nie zawierała żadnych cholernych gibonów.

REKLAMA:

komentarze 2

  1. Janeekk2- 7 listopada 2014
    • Brewa 7 listopada 2014

Dodaj komentarz:

Tagi:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram337
  • Google+1