Parkour pod wodospadem

Największą – dosłownie – atrakcją tego dnia, nie licząc naśmiewania się z M., który ze zbolałą miną krwawił obficie na własne spodnie; był kolejny, niezidentyfikowany wodospad, pod który trafiliśmy zupełnie przez przypadek. Jest to prawda przynajmniej jeśli chodzi i naszą małą grupę, bowiem Michał z Magdą ewidentnie wiedzieli, że coś gdzieś bije, ale już niekoniecznie kto kogo i czy po twarzy.

Celem zbadania przypuszczeń zatrzymaliśmy się dość zapadłej wiosce, gdzie po chwili negocjacji z localsami (głównie za pomocą machania lokalną walutą) otrzymaliśmy profesjonalne przewodnictwo w postaci bandy umorusanych gówniarzy. Gówniarzy, nie bójmy się tego powiedzieć, bezczelnych, bowiem od samego początku domagających się a to cukierków, a to zdjęć, a to żywej gotówki. Przez całą drogą pod wodospad robiliśmy dobrą minę do złej gry i, mamrocząc later, later, szliśmy za dzieciarnią jak owce prowadzone na rzeź.

Niezidentyfikowany wodospad niedaleko Pakse

Droga nie była najłatwiejsza, zwłaszcza dla delikwenta w sandałach

Rzeź odbyła się kilkadziesiąt metrów dalej. Okazało się, że spektakularność tej konkretnej atrakcji nie polega na jej ogromie, a na tym, że ogrom ten ma zupełnie niestandardowy wymiar. Mianowicie – wodospad faktycznie był wielki i huczący, ale od okolic godziny 18:00, kiedy w pobliżu otwierała się jakaś śluza albo inne gówno. Wtedy woda spływała wartkim, szerokim strumieniem, ukazując cały swój spieniony szał.

Nam zostało do oglądania tylko wyschnięte, osuszone przez słońce koryto, wyłożone na dwie wysokości człowieka ogromnymi kamulcami, które nocą stanowiły dno rzeki. I koryto to, napiszę szczerze, było niesamowicie wręcz zajebiste.

Dlaczego? Ano dlatego, że przejście przez nie celem dostania się do wąskiej strugi stanowiącej w ciągu dnia wszystko, co mógł nam zaoferować wodospad, było jedną z mniej bezpiecznych rzeczy, które w życiu robiliśmy. Dziewczyny, nieprzekonane do pomysły utraty życia wśród wielkich kamieni, zostały nieco z tyłu, podczas kiedy my – nabuzowani testosteronem szpanerzy – postanowiliśmy pokazać, że w skakaniu po kamieniach wcale nie jesteśmy gorsi niż banda miejscowej gówniarzerii (rzeczona gówniarzeria bowiem biegała po skałach niczym stado tresowanych makaków).

Oczywiście, szybko okazaliśmy się gorsi, co nie pozwoliło nam jednak się poddać, a po kilku naprawdę karko-(czy raczej stopo-)–łomnych skokach, których niepowodzenie z łatwością mogłoby zakończyć wakacje któregoś z nas, adrenalina napędzała nas tak efektywnie, że już po chwili staliśmy pod samym strumieniem. Byliśmy cali zziajani, zmęczeni jak sto pięćdziesiąt, ale szczęśliwi. Gorzej, ze pod wodospadem wcale nie było jakoś wyjątkowo fajnie, a my musieliśmy potem wrócić tą samą drogą, którą przybyliśmy.

Po wszystkim wykąpaliśmy się jeszcze w jednej z sadzawek, które codziennie tworzyły się w co większych zagłębieniach. Rozwydrzone bachory oczywiście nam towarzyszyły, tym razem udowadniając bardzo skutecznie, że mniej niż my boją się skoków z trzymetrowych głazów w głąb lodowatej wody. Nie zasłużyły tym na napiwek.

Wreszcie, uchetani jak psy pociągowe, ale równie zadowoleni, przenieśliśmy się na górną część wodospadu, by stamtąd popodziwiać widoki i zaplanować, jak urwać się chciwym szczylom tak, by przy okazji nie dostać wpierdolu od ich starych. Nie znaleźliśmy dobrego rozwiązania, więc z żalem rozdaliśmy kilka banknotów o niskich nominałach (bachory oczywiście podniosły larum), a następnie ulotniliśmy się z miejsca tego haniebnego zdarzenia.

Okolice Pakse

Taka aura towarzyszyła nam podczas powrotu

Tu drogi nasza i Magda z Michałem rozeszły się. My koniecznie chcieliśmy coś zjeść; oni – zdążyć do Pakse przed zmrokiem. Pożegnaliśmy się wylewnie, choć i tak byliśmy w miarę przekonani, że za kilka godzin spotkamy ich na mieście. Niebo powolutku szarzało, ale ten dzień nie dał nam jeszcze wszystkiego, co miał do zaoferowania.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram305
  • Google+1