Siekiera, motyka, nie sielanka: Pola Śmierci

Nasz pobyt w Phnom Penh zaczął się od „atrakcji”, która w pełni zasługuje na ujęcie w cudzysłów. Po wczesnej pobudce nasz gospodarz, za sumę 3$, zawiózł nas na Pola Śmierci.

W historii ludzkiej cywilizacji niewiele jest mroczniejszych epizodów niż rządy Czerwonych Khmerów. Idee stojące za Holocaustem czy Apartheidem, pomimo swojego niewątpliwego okrucieństwa, dają się jakoś (choć w wypaczony sposób) logicznie uzasadnić – czy to chęcią obrony narodu, czy rasy (chodzi mi tu rzecz jasna o podstawy czysto teoretyczne – w żadnym razie nie uważam, że oba tematy miały jakiekolwiek dające się uzasadnić podstawy moralne). Tym niemniej, największa w skali światowej masakra sprokurowana narodowi przez jego własny rząd to już okropieństwo nieporównywalne z niczym innym, poza podobnymi wydarzeniami mającymi miejsce w innych krajach, jak choćby w ZSRR czy Chinach. Niemniej, nawet w tych dwóch ostatnich krajach zabijanie własnych obywateli nie przebiegało w sposób tak nieludzki (i bezpośredni), w jaki Czerwoni Khmerzy uporali się z „problemem” w Kambodży, czy też w Demokratycznej Kampuczy, jak wówczas nazywał się kraj.

Pod młotek – czy, bardziej dosłownie: pod motykę i inne narzędzia (w tym także zaostrzone bambusowe kije) – szły tu nie tylko osoby związane z poprzednim, wspieranym przez USA, reżimem, ale także osoby choćby przypominające intelektualistów. Aż nie chce się uwierzyć, że zginąć można było już za samo noszenie cyngli czy posiadanie gładkich, nienawykłych do pracy na roli dłoni, ale tak właśnie było. Około 1,5 miliona osób zostało złożonych na ołtarzu komunistycznych mrzonek i pokręconych marzeń o tym, by Kampucza „wróciła do korzeni” (najwyraźniej razem ze swoimi obywatelami, ojej…), stając się państwem opartym na produkcji rolnej, „nieskalanym” działalnością intelektualną czy naukową. Ołtarz ten, pod postacią ogrodzonego terenu na obrzeżach Phnom Penh, nosi właśnie nazwę Pól Śmierci.

Oczywiście, nie wszystkich mordów dokonano właśnie tutaj, ale to właśnie w tym miejscu znajduje się pamiątkowa stupa, niemal po brzegi wypełniona czaszkami już odkopanych ofiar reżimu Czerwonych Khmerów. W okolicach stupy obejrzeć można również liczne odkopane doły, do których przedstawiciele bestialskich władz naprędce wrzucali ciała, by po chwili wrócić do „oszczędnego zabijania” – cały proceder odbywał się bowiem przy minimalnym zużyciu amunicji. Niektóre z ofiar były nawet duszone za pomocą worków na śmieci.

Pola Śmierci

Tablica pamiątkowa

Wizyta na Polach Śmierci to niezapomniane przeżycie. Na całym obszarze panuje cisza porównywalna do tej, jakiej można doświadczyć w Oświęcimiu, chociaż na dobrą sprawę jest to kawał pola z kilkoma barakami i wspomnianym wcześniej monumentem po środku. Całości dopełniają czarno-białe zdjęcia opowiadające historię krwawego reżimu i tego, co jeszcze 40 lat temu działo się na miejscu. Trudno potem wyjść przez bramę w dobrym humorze, zwłaszcza jeśli pomyśli się o tym, że iluś tam zbrodniarzy odpowiedzialnych za ten haniebny epizod nigdy nie została osądzona, a część zysków płynących ze sprzedaży biletów na Pola Śmierci i powiązane „atrakcje” trafia do kieszeni ludzi wywodzących się z szeregów Czerwonych Khmerów.

Po odwiedzeniu Pól Śmierci nie mieliśmy już sił (w sensie psychicznym, rzecz jasna) na wizytę w Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng, urządzonym w dawnym liceum, które Czerwoni Khmerzy przekształcili w więzienie pod nadzorem niejakiego „Towarzysza Ducha”, odbywającego obecnie wyrok dożywocia (chyba wszyscy się zgodzą, że dobrze tak skurwysynowi). W muzeum tym można zobaczyć m.in. sławną mapę Kambodży ułożoną z czaszek ofiar reżimu, a także sporo innych, wstrząsających świadectw z tamtych dni. Jak jednak wspomniałem, dla nas to już byłoby zbyt wiele.

Na szczęście Kambodża szybko otrząsnęła się z kajdan historii, o czym mieliśmy przekonać się już kilkanaście minut później.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram337
  • Google+1