Rikszą (i w deszczu) po Angkorze

No dobra. Wschód Słońca był za nami, więc do podjęcia została najważniejsza decyzja tego dnia – JAK zwiedzamy. Do wyboru jest kilka opcji i warto wcześniej się nad nimi zastanowić, żeby potem nie marnować czasu i nie czekać jak debil przez pół godziny, kiedy ktoś przed nami porwie ostatniego rykszarza.

Przede wszystkim, do dyspozycji macie własne nogi. Tę opcję stanowczo odradzam, bo do przebycie wielokrotnie będziecie mieli dość znaczne odległości, na które z biegiem dnia nie będzie chciało się Wam marnować czasu. Jeśli kupiliście bilet trzy- lub siedmiodniowy, to najlepszą (i najtańszą – ok. 2$/dzień za sztukę) opcją będą wynajęte rowery – na nich dojedziecie praktycznie wszędzie i nikt nie będzie Was poganiał. Nastawcie się jednak na spore ilości pedałowania oraz błądzenia, nie mówiąc już o przesranej (dosłownie) sytuacji, w której trzeba się będzie nagle udać do toalety. Szalety ulokowane są w losowych, nie zawsze logicznie uzasadnionych lokalizacjach i nie zawsze wy i one znajdziecie się w tych samych miejscach na osiach przestrzeni, pomimo naglącej zgodności na osi czasu.

Angkor

Rozmiary niektórych budowli imponują

My, zarówno z racji nabycia biletu jednodniowego, jak i z powodu wrodzonego lenistwa, wybraliśmy bramkę numer 3, czyli motoriksze. Upakowani po dwie osoby na sztuce podróżowaliśmy po Angkorze w komforcie, bez zbędnego pośpiechu i za naprawdę niewielkie pieniądze (z tego co pamiętam, to płaciliśmy 10 dolców od rikszy za cały dzień, a mieliśmy do dyspozycji dwie). Ponadto rikszarze coś tam zawsze wiedzą, a przy odrobinie szczęścia dysponują także angielskim słownictwem na poziomie niedorozwiniętego 6-latka, więc – jeśli ładnie się uśmiechniecie – powiedzą Wam nawet, kiedy jechać do których świątyń, aby uniknąć tłumów. Może nawet zdarzyć się, że opowiedzą Wam co-nieco o historii danego miejsca, ale na to już przesadnie bym nie liczył.

Po wybraniu transportu pozostaje Wam już tylko zwiedzać. Na pierwszy ogień idzie zazwyczaj sama Angkor Wat, figurująca na fladze Kambodży, potem „twarzowa” Bayon i któreś z mini-miast wchodzących w skład kompleksu (np. Angkor Thom albo Preah Khan).

W tym momencie zapewne poczujecie, że macie już dość ocierania się o stareńkie Koreanki w daszkach przeciwsłonecznych, więc zapragniecie odwiedzić jakieś mniej znane miejsce, by mocniej poczuć klimat starożytnej izolacji. To generalnie dobry pomysł, bo Angkor obfituje w liczne średnie, małe i malutkie świątynie, w których nie uświadczycie dosłownie nikogo i poczujecie się jak na planie klasycznego filmu przygodowego z lat 80-tych. Warto jednak pamiętać, że nieobecność ludzi czasem nie wynika z tego, że nikt przed Wami nie wpadł, by zajrzeć właśnie do tego konkretnego miejsca, a z powodów dużo bardziej przyziemnych, czy nawet tuż-podziemnych: Kambodża to wciąż jeden z najbardziej zaminowanych krajów na świecie, a proces jego oczyszczania trwa i będzie trwał jeszcze długie lata. Czerwoni Khmerzy jako tacy nie pałali miłością do tradycji czy spuścizny kulturowo-religijnej, także Angkor dość szybko znalazł się na ich celownikach. Szczęście w nieszczęściu, ta banda inwalidów ideologiczno-umysłowych najpierw wzięła się za ludzi, także zabytkowemu kompleksowi niewiele się dostało. Niebezpieczeństwo jest jednak stosunkowo realne, a każdy mieszkaniem okolicy powie Wam, że lepiej nie zapuszczać się w bardziej odległe rejony kompleksu, chyba że macie zamiar wjechać tam czołgiem lub wyjechać na wózku inwalidzkim.

Angkor - Ta Prohm

Zdjęcie w Ta Prohm w deszczu strugach

Nasza trasa przebiegała mniej więcej w powyższy sposób, przy czym doprawiliśmy ją sporą ilością przystanków gastronomicznych (głównie propozycji street-foodowych – nie chcieliśmy marnować czasu), a także – na koniec – jednym z angkorskich highlightów, czyli świątynią Ta Prohm. Tą znacie na pewno z filmów o Indiana Jonesie czy z gównianego jak życie w Somalii, ale i tak znanego Tomb Ridera z Angeliną Jolie. Wśród sławnych korzeni oplatających to zgrupowanie budowli dopadła nas potężna ulewa, przez co z jednej strony zwiedzało się ją nieco mniej przyjemnie, a z drugiej – byliśmy na miejscu jedynymi turystami, dodatkowo dysponującymi wodoodpornym aparatem. Miało to swój klimat.

Swój, już zupełnie inny, klimat miał również festiwal łez i żalu, który handlujące rattanowym badziewiem (w tym przede wszystkim fletami) dzieci odstawiały za każdym razem, kiedy nie wykazywaliśmy zainteresowania ich towarem. Płacz i wrzask może nie są najlepszymi metodami marketingu bezpośredniego, na jakie można wpaść przy promocji czegoś, co w zasadzie jest zwiniętym kawałkiem liścia, ale z niechęcią muszę przyznać, że w warunkach azjatyckich sprawdzają się aż nadto (i nie tylko w naszym przypadku – niestety cały Angkor aż roi się od namolnych, małoletnich handlarzy). Ofiarą o najbardziej miękkim sercu okazała się D., która – nie mogąc już znieść zawodzącego „Three for one dolla”, wysupłała wreszcie jednego zielonego, otrzymując w zamian trzy instrumenty dęte z grubsza drewniane, a na pewno ujebane jakimś brązowawym świństwem. W kategorii deali życia wygrali jednak O. z M., którzy za konkretne pieniądze zakupili drewnianą prawie-gitarę-ale-też-trochę-harfę, po czym rozpieprzyli ją doszczętnie w ciągu kilku dni (żadne nie wpadło na to, że instrumenty strunowe mogą być upierdliwe w transporcie).

Angkor

Zdjęcie na bezczela

Muzyczny epizod w fletami i niby-bałałajką uświadomił nam dobitnie, że 10 godzin zwiedzania (od 6:00 do 16:00) dość mocno rzuca się na mózg. Podziękowaliśmy naszym rikszarzom, daliśmy im jakiś tam napiwek, żeby nie było, że jesteśmy dziady, po czym wróciliśmy do Garden Villa. Dzień był jeszcze stosunkowo młody, a Siem Reap stało przed nami otworem. Postanowiliśmy to wykorzystać.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram337
  • Google+1