Burdel na granicy i Khao San Road

Tym czasem jednak nadchodził dla mnie kolejny ciężki czas leniwego plażowania, na który jednak byłem przygotowany. Zanim jednak dostaliśmy się w miejsce docelowe, czyli na Ko Phi Phi, musieliśmy wydostać się z Kambodży.

Zadanie to nie było przesadnie trudne, choć – jak wszystkie podobne w tym regionie świata – dość czasochłonne. O 6:30 rano musieliśmy już być gotowi do drogi, którą zakończyliśmy ok. 21:00 w Bangkoku, pomimo faktu, że Siem Reap dzieli od stolicy Tajlandii zaledwie 400 km.

Na długi czas przejazdu miały wpływ nie tylko takie detale jak stan techniczny autobusu, jego przeładowanie (nasze bagaże podróżowały w przejściu pomiędzy fotelami) oraz pora deszczowa, ale również to, że po drodze przejeżdżaliśmy przez granicę będącą nie tylko granicą państwową, ale także granicą pomiędzy dwiema różnymi strefami ruchu – prawo- (w Kambodży) i lewostronną (w Tajlandii). Do samej koncepcji poruszania się „niewłaściwą” stroną jezdni byliśmy już przyzwyczajeni, jednak zawiłe rozwiązanie kwestii „ruchowej” na granicy kambodżańsko-tajskiej zrobiło na nas nie lada wrażenie, zwłaszcza że nikt nie wpadł na pomysł, by strony zamienić za pomocą wiaduktu albo tunelu. Na miejscy mamy do czynienia z najzwyklejszym na świecie skrzyżowaniem, na którym panuje prawo silniejszego. Turyści mogą na to wszystko patrzeć w niemym podziwie, podczas kiedy urzędnik wstawia im do paszportów odpowiednie pieczątki (na mnie dodatkowo spadł gekon, co było miłe).

Po wjeździe do Tajlandii komfort naszego podróżowania znacznie się zwiększył. Przesiedliśmy się bowiem do czystej, klimatyzowanej Toyoty, która w cztery godziny (sic!) dowiozła nas do Bang Lumpoo – backpackerskiej mekki nie tylko Bangkoku, ale właściwie całej Azji Wschodniej.

Ta dzielnica Bangkoku znana jest głównie z jednej ulicy – przesławnej Khao San Road, na której aż roi się od hosteli, sklepów z tanim, pamiątkowym badziewiem, salonów tatuażu oraz barów, w których nieuważny turysta może zmacać kelnerkę, która tak naprawdę jest kelnerem. Kto nie był na Khao Sarn, ten nie był w Bangkoku – niezależnie od tego, co o ulicy sądzą stali mieszkańcy tego miasta, zazwyczaj zmęczeni jej krzykliwością, wszechobecnym szajsem i faktem, że życie toczy się na niej dosłownie 24 godziny na dobę. Ponadto, jest to niewątpliwie najlepsze miejsce w Tajladnii na kupienie wszelkiego typu suwenirów, od sznurkowych bransoletek i t-shirtów z napisem „Same, same but different” (odnoszącym się do wszechobecnych „oryginalnych” podrób) poczynając, na świetnie podrobionych, ale chodzących tylko przez najbliższe 3 miesiące Rolexach kończąc. Zaryzykuję stwierdzenie, że jeśli ktoś miałby na zwiedzenie Bangkoku maksymalnie 3 godziny, to przynajmniej połowę czasu powinien spędzić właśnie w tym miejscu – choćby po to, aby znienawidzić je serdecznie do końca życia.

My do Bangkoku mieliśmy jeszcze wrócić, a tym razem mogliśmy przeznaczyć na miasto cały wieczór oraz pewną część następnego dnia. Naturalną koleją rzeczy postanowiliśmy więc najpierw szybko znaleźć nocleg wprost na Khao Sarn, a potem oddać się konsumpcji jedzeniowo-alkoholowej w którejś z okolicznych restauracji. Pierwsza część planu powiodła się bez zastrzeżeń. Druga – już nie tak bardzo.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram337
  • Google+2