"Nieco" inny Czerwony Krzyż

Następnego dnia postanowiliśmy zmitrężyć jeszcze kilka godzin w Niszu i odwiedzić obóz Crveni Krst, swojsko oznaczany w przewodnikach jako Red Cross. Wzmiankowany obóz nie ma zbyt wiele wspólnego z powszechnym rozumieniem Czerwonego Krzyża, bowiem w latach 1941-44 był niemieckim obozem koncentracyjnym, w którym zgromadzeni byli głównie serbscy partyzanci oraz komuniści. Obecnie na jego terenie znajduje się muzeum i to właśnie to muzeum zapragnęliśmy sobie dokładnie obejrzeć.

Najtrudniejszym zadaniem było samo znalezienie obozu, bowiem z jakiejś przyczyny wyobrażaliśmy sobie, że jest to obszar porównywalny z tym, jaki zajmuje były obóz zagłady w Oświęcimiu. Nic bardziej mylnego. Czerwony Krzyż zajmuje obszar mniej-więcej połowy boiska piłkarskiego i jest wciśnięty pomiędzy budynek wyglądający na szkołę a jakieś pożałowania godne szopy. Już samo to sprawia, że doświadczenie jego odwiedzania jest dość surrealistyczne.

Zabudowania obozu są zaskakująco dobrze zachowane, włącznie z drewnianymi wieżami strażniczymi, które na mnie osobiście zrobiły największe wrażenie. Na miejscu byliśmy samiuteńcy i już po chwili z budynku, który wcześniej był kwaterą Niemców, wyszedł do nas miły, mówiący nieźle po angielsku pan, który sprzedał nam bilety i zaoferował swoje usługi jako przewodnik. Zgodziliśmy się bez wahania, zwłaszcza że pan sam wyglądał, jakby z tego obozu uciekł. Nie sądzę jednak, że był to zabieg zamierzony.

Tour po obozie jest krótki, ale bardzo pouczający. Większość opowieści kręci się wokół wielkiej ucieczki z obozu, która miała miejsce 12 lutego 1942 roku. Według różnych źródeł, z Czerwonego Krzyża uciekło wtedy ok. 100 więźniów, a ok. 50 zginęło w trakcie. Było to jedno z największych wydarzeń tego typu podczas wojny, a gdzieniegdzie da się nawet wyczytać, że największe, jeśli bierzemy pod uwagę wyłącznie obozy koncentracyjne, a nie również obozy zagłady (dla ścisłości: głównym celem istnienia tych drugich była przede wszystkim eksterminacja więźniów). Znamiennym jest fakt, że podczas ucieczki obóz bardzo „ucierpiał”: ogrodzenie z drutu kolczastego i betonu zostało w paru miejscach stratowane, a życie straciło także 11 strażników, w odwecie za których stracono następnie 1100 innych więźniów. Po całej akcji niski obóz ogrodzono murem z betonu i wzmocniono jego obsadę, aby podobne ekscesy już się nie powtarzały.

Poza tą historią na miejscu zapoznacie się również z warunkami, w jakich żyli więźniowie (nie do pozazdroszczenia, ale w porównaniu z Oświęcimiem i tak wyglądały jak pobyt w 4-gwiazdkowym hotelu) oraz zwiedzicie zabudowania, w których byli przetrzymywani. Niestety, podczas naszego pobytu zwiedzić można było tylko jeden budynek, a kwatery Niemców, przekształcone na pomieszczenia gospodarcze i mieszkaniowe dla nielicznej obsługi, były poza zasięgiem typowego frajera z plecakiem.

Nisz - Crveni Krst

Jedna z zachowanych wież strażniczych

Co by nie mówić, jeśli nie macie tendencji do zbytniego przejmowania się wydarzeniami, które miały miejsce podczas II wojny światowej, to Crveni Krst zdecydowanie warto odwiedzić – choćby po to, żeby mieć porównanie z tym, co widziało się w Polsce. Zawsze to nieco inny, choć podobny, punkt widzenia. My byliśmy najbardziej zaskoczeni tym, jak „delikatnie” początkowo obchodzili się z jeńcami tutejsi naziści i jak słabo zabezpieczony był obóz przed ucieczką.

Po wyjściu z obozu znów wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w stronę granicy z Kosowem. Po drodze zatrzymaliśmy się dwa razy. Pierwszy raz, aby z rozbawieniem (i łezką w oku jednocześnie) obserwować małą katastrofę, podczas której z jadącej przed nami ciężarówki wysypały się butelki z piwem; drugi raz przed samą granicą – w urokliwych ruinach niewielkiego kościoła, gdzie spędziliśmy kilkanaście minut eksplorując krzaczory, a następnie przypominając sobie, że w rzeczonych krzaczorach mogą być miny przeciwpiechotne.

Po tym wszystkim szczęśliwie dojechaliśmy do granicy z Republiką Kosowa, gdzie – jak się okazało – byliśmy zmuszeni zapłacić 20 euro za dodatkowe ubezpieczenie samochodu (o ile mnie pamięć nie myli – ważne przez tydzień). Cała procedura trwała kilka minut, a jej wynikiem był zielony papierek, który niezwłocznie skitraliśmy do schowka, po czym pojechaliśmy dalej. Czekało nas 10 pięknych godzin w Kosowie, a D. był przerażony tą perspektywą.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram305
  • Google+1