Jak załatwić wizę do Chin (i nie umrzeć w kolejce)

Jeszcze kilkanaście dni temu mój śmiały plan wyjazdu do Korei Północnej stał pod dużym znakiem zapytania. Śledzący losy tego kraju na pewno wiedzą, że na miejscu od dłuższego czasu trwała blokada turystyczna związana z Ebolą. Rządzący w KRLD postanowili dmuchać na (bardzo) zimne i maksymalnie się zabezpieczyć, a konfuzję świata dodatkowo zwiększyły oświadczenia o odwołaniu wielu tegorocznych imprez, które do tej pory przyciągały do Korei Północnej spore ilości turystów (w tym maratonu w Pjongjangu oraz, co nawet ważniejsze, Igrzysk Arirang).

Niemniej, 3 marca świat obiegła wieść, że blokada została zniesiona i turyści znów mogą wjeżdżać do KRLD. Ta wiadomość bardzo mnie i moją B. ucieszyła, ale jednocześnie zorientowaliśmy się, że do wyprawy zostało niewiele czasu i najwyższa pora zająć się niezbędnymi papierzyskami. Jako, że pierwsze 7 dni tegorocznego wyjazdu do Azji mamy spędzić w Chinach, na pierwszy ogień poszła wiza do tego pięknego, dziwnego i ogromnego kraju.

Załatwienie sobie wizy do Chin w teorii nie jest formalnością trudną. Wystarczy złożyć odpowiednie papiery, uiścić opłatę i 7 dni później otrzymać z powrotem paszport, a w nim – wydrukowany na zielonkawym tle wizerunek Wielkiego Muru. Jak to jednak zwykle bywa – to szczegóły praktyczne są tym, co się liczy. Właśnie ze względu na ich wielość postanowiłem napisać trochę więcej o całej procedurze.

Jeśli jednak nie masz czasu/chęci na robienie wszystkiego samodzielnie, możesz w tym zakresie skorzystać z pośrednictwa. Firma Aina.pl oferuje załatwianie wiz m.in. do Chin bez wychodzenia z domu – wystarczy wypełnić odpowiedni formularz na ich stronie i na tym procedura się kończy.

Przede wszystkim – papiery. Chiński wniosek wizowy jest szeroko dostępny w internecie, ale z uwagi na jego skomplikowanie najlepiej pobrać jego polską wersję ze strony ambasady w Warszawie. Sam papier wypełnia się raczej łatwo, ale dość długo – to cztery strony pełne dość dziwnych pytań, w tym pól dotyczących Waszej rodziny, pracodawców czy ostatnio odwiedzonych planet. Wszystko to trzeba skrupulatnie wypełnić, najlepiej drukowanymi, czytelnymi literami (jeśli długopis mieliście ostatnio w ręku w 4. Klasie liceum, poproście o pomoc swojego 6-letniego kuzyna).

Sam wniosek (i zdjęcie – może być wydrukowane na drukarce, byle przedstawiało Was od frontu) jednak nie wystarczy. Zgodnie z informacjami na stronie ambasady, trzeba do niego dołączyć potwierdzenie rezerwacji biletu lotniczego (lub ogólnie wjazdowego i wyjazdowego) oraz potwierdzenie rezerwacji noclegów na miejscu. Tu zaczyna się kombinowanie.

Jeśli chodzi o bilety, to nie słyszałem o przypadkach, by wniosek wizowy został odrzucony z powodu ich braku. Jeśli bilety planujecie kupić na ostatnią chwilę, możecie poinformować o tym urzędnika (w marcu 2015 roku jedna z zatrudnionych pań była Polką, więc dogadacie się bez problemu), a on zrobi sobie odpowiednią adnotację. Prawdopodobnie.

Podobnie jest z rezerwacją noclegów. My wybraliśmy wariant bezpieczny (tak samo zrobiłem 8 lat temu, kiedy pierwszy raz wybierałem się do Chin) i donieśliśmy jedną rezerwację dokonaną na Hostel Worldzie, za którą zapłaciliśmy jakieś 20 zł – zamierzamy zresztą i tak ją wykorzystać.

To, o czym strona ambasady (czy raczej jej odpowiednia sekcja) nie powiadamia, to obowiązek złożenia dodatkowo jednej kserokopii paszportu. Możecie ją zrobić na miejscu, za co pan obsługujący mikre ksero zedrze z Was złotówkę od sztuki, ale lepiej nie stawiać na bezawaryjność maszyny w ambasadzie, zaoszczędzić 80 groszy oraz kilka minut czasu stania w kolejnej kolejce (bo i tak swoje odstoicie, o czym zaraz); i zrobić ksero we własnym zakresie.

Z tak przygotowanymi dokumentami udajecie się osobiście (lub nie – można dać upoważnienie, ale czemu męczyć się samemu) do ambasady na Bonifraterskiej 1. I tu zaczynają się najbardziej strome schody.

Wydział konsularny ambasady Chin w Warszawie czynny jest w poniedziałki, środy i czwartki, w godzinach 9:00-11:00. Już sam ten fakt sprawia, że osoby pracujące muszą urwać się rano z roboty, ale może po lekturze tego tekstu będzie im łatwiej zaplanować całe przedsięwzięcie. Chodzi bowiem o to, że przychodzenie na 9:00 to bolesny strzał w stopę. Już o 8:00 z minutami pod drzwiami konsulatu napotkacie ogonek złożony z kilkunastu osób, międlących w rękach mokre od potu wnioski. Jeśli będziecie mieli szczęście, połowa z tych ludzi stoi tylko po odbiór wizy – oni bowiem już wiedzą, ile się tu kwitnie i dlaczego lepiej wpaść na miejsce przed 8:00. Jeśli natomiast będziecie mieli pecha, zobaczycie przed sobą kilka osób z biur podróży i agencji pośrednictwa wizowego. Poznacie je po teczkach, w których paszporty i inne papierzyska cisną się jak bardzo duże sardynki w naprawdę małej puszcze. Jeśli dysponujecie zniewalającym uśmiechem, możecie poprosić je, by wpuściły Was przed siebie. Jeśli nie… Cóż, trzeba będzie odstać swoje. Także serio – najlepiej przyjdźcie przed 8:00 i weźcie sobie coś do czytania.

Po otwarciu podwojów konsulatu pobierzecie numerek i znowu rozpocznie się oczekiwanie – tym razem, o ile przyjdziecie wcześniej, będziecie mogli usiąść w ciepełku i na spokojnie sprawdzić najnowsze zdjęcia kotów na Facebooku. Kiedy nadejdzie Wasz czas, podejdziecie do okienka, złożycie dokumenty (w razie pomyłki możecie je poprawić na boku i podejść bez numerka – to nie PRL) i w zamian otrzymacie kwitek odbioru i kartkę z danymi do przelewu.

Zakładając, że ubiegacie się o turystyczną wizę na jeden bądź dwa wjazdy (przyda się tym, którzy planują odwiedzić Hong-Kong), na kwitku będzie figurowała suma 220 zł. Sporawo, ale jeśli jedziecie na dłużej, to nie jest to jakiś szczególnie wielki wydatek, w Wy będziecie mogli przebywać w Chinach przez miesiąc. Co ważne, jeśli planujecie być w Chinach przelotem i wypaść na miasto tylko na chwilę, to nie będziecie potrzebować wizy. Ta zasada na 100% stosuje się do Pekinu oraz Szanghaju, a na miejscu możecie spędzić maksymalnie 72 godziny (podczas których nie wolno Wam opuścić miasta). Pamiętajcie jednak, że w tym przypadku musicie mieć już bilet lotniczy do kolejnego miejsca.

Po powrocie do domu robicie przelew i czekacie cierpliwie siedem dni. Po tym okresie ponownie stawiacie się pod ambasadą przed godziną 8:00, czytacie kilka rozdziałów, a następnie wesoło odbieracie wizę (sprawdźcie przy okienku, czy wszystko jest ok). Nie licząc stania w kolejce, cała procedura zajmie Wam najwyżej 3 minuty, o ile nie wpuścicie przed siebie z uprzejmości śmierdzącego Chińczyka, który przez 15 minut będzie awanturował się z urzędnikiem. Jak okazało się w moim przypadku, bycie miłym czasem nie popłaca.

REKLAMA:

komentarzy 31

  1. TM podróżniczo 25 marca 2015
    • Brewa 25 marca 2015
  2. TMpodróżniczo 26 marca 2015
  3. Iga 6 sierpnia 2015
    • Brewa 7 sierpnia 2015
  4. Aneta 28 lutego 2016
    • Brewa 28 lutego 2016
  5. majkel 14 kwietnia 2016
    • Brewa 14 kwietnia 2016
  6. Karolina 8 maja 2016
    • Brewa 8 maja 2016
  7. marcin 18 maja 2016
    • Brewa 19 maja 2016
  8. Adek 14 czerwca 2016
    • Brewa 25 czerwca 2016
  9. Dorka 7 lipca 2016
    • Brewa 7 lipca 2016
  10. Paula 19 lipca 2016
    • Brewa 19 lipca 2016
  11. Iwona 22 sierpnia 2016
    • Brewa 22 sierpnia 2016
      • Iwona 22 sierpnia 2016
      • Brewa 22 sierpnia 2016
  12. wiktor 11 września 2016
    • Brewa 11 września 2016
  13. Aga 20 września 2016
    • Brewa 1 października 2016
  14. Andrzej 27 września 2016
    • Brewa 1 października 2016
  15. ewa 12 stycznia 2017
    • Brewa 12 stycznia 2017

Skomentuj czy coś: