Witamy w Kosowie

O Kosowie napisano już bardzo wiele i pewnie będzie się pisało jeszcze więcej. Jako terytorium sporne pomiędzy Serbami, Albańczykami, Chorwatami i cholera wie kim jeszcze, długo pozostawało na czołówkach gazet całego świata z powodu praktycznie permanentnego konfliktu zbrojnego, który można datować właściwie od słynnej bitwy na Kosowym Polu w 1389 roku. Wtedy to do kotła bałkańskiego oliwy dolało Imperium Osmańskie, tym samym powiększając burdel panujący w regionie. Nie będę tu na pewno opisywał historii powstania Republiki Kosowa, bo nie mam na to ochoty, czasu i niezbędnej, dość szczegółowej wiedzy. Grunt, że obecnie rejon ten zyskał coś na kształt niepodległości, proklamowanej w 2008 roku (i do tej pory nie uznawanej przez wiele państw, w tym najbardziej zainteresowaną Serbię, Rosję – co nie jest niespodzianką; a także takich gigantów ekonomicznych jak Argentyna, Kirgistan czy Laos). Formalnie Kosowo nadal pozostaje jednak pod zarządem Tymczasowej Misji Administracyjnej Narodów Zjednoczonych, a chyba żadna ze zgromadzonych na miejscu mniejszości narodowych nie jest zadowolona z tej sytuacji i żąda przekazania spornego terytorium ich krajowi pochodzenia. Jestem pewien, że jeśli kiedyś faktycznie doczekamy się wizyty obcych, to nie wylądują oni klasycznie w USA, a właśnie w Kosowie, jednocześnie oznajmiając, że od dawien dawna jest ono częścią ich planety. Być może to ustabilizowałoby wreszcie sytuację w regionie.

Bezpośrednim wynikiem tego, o czym piszę powyżej jest fakt, że sporo osób boi się wjeżdżać do Kosowa – głównie ze względu na strach przed możliwością wybuchu kolejnej wojny. Kraj, pomimo iż zjednoczony pod wspólną flagą, w dalszym ciągu jest mocno podzielony, a podział ów widać jak na dłoni tuż po przekroczeniu granicy. W pierwszych mijanych przez nas miejscowościach widać było dumnie powiewające flagi serbskie, które po pewnym czasie ustąpiły miejsca flagom albańskim. Narodowe niesnaski odczuliśmy też na własnej skórze, kiedy po wyjeździe z Prisztiny zatrzymaliśmy się na małej stacji benzynowej w celu zrobienia kilku zdjęć. Albański (najprawdopodobniej) właściciel potrzebował tylko chwili, by zauważyć, że do jego dominium wjechał samochód na serbskich tablicach rejestracyjnych. Nie pomogło tłumaczenie, że jesteśmy turystami z Polski – gość oznajmił nam, że nie chce na swojej własności serbskiego samochodu i kazał nam spierdalać, co uczyniliśmy w pośpiechu, tym bardziej że typ nie miał połowy uzębienia.

Prisztina - stare miasto

Wpływy islamskie widać na każdym kroku

Wiedząc, że podobne sytuacje mogą występować, przygotowaliśmy wcześniej specjalne kartki, które naklejaliśmy na szyby, kiedy w Kosowie oddalaliśmy się od samochodu. Na kartkach czytelnymi wołami nabazgraliśmy, że jesteśmy turystami, tym samym pragnąc uniknąć wymiany kół i przypadkowych zarysowań lakieru przez całą długość pojazdu. W zasadzie nie wiemy, czy kartki coś dały, ale poza tym jednym, wspomnianym wyżej epizodem nie doświadczyliśmy w Kosowie większych nieprzyjemności.

Naszą wizytę zaczęliśmy od Prisztiny – stolicy Republiki Kosowa, która mi osobiście skojarzyła się z Tunisem. W ogóle cały kraj jest potwornie zakurzony, a z oczywistych względów tym, co z daleka przykuwa wzrok, są meczety – pod tym względem Prisztina nie była wyjątkiem. Miasto to jest wyraźnie bardzo żywe, chociaż dość brudne i mało zadbane. Zwiedzanie zaczęliśmy od niewielkiej dzielnicy zabytkowej i równie niewielkiego targu, ale dość szybko się stamtąd zwinęliśmy – nie chcieliśmy nadwerężać cierpliwości licznych, zgromadzonych tam muzułmanów.

Drugim punktem programu był główny bulwar spacerowy, rozpoczynający się skwerem Ibrahima Rugovy. To właśnie tam kosowska flaga łopocze jak wielkie prześcieradło, dając pozór zjednoczenia całego regionu. Tu też znajdują się (na tyle, na ile mogliśmy stwierdzić) najmodniejsze knajpy i sklepy w całym mieście. Ulicą przespacerowaliśmy się w lipcowym słoneczku, a największe wrażenie zrobił na nas widoczny na jednym z budynków mural, którego bohatera przezwaliśmy Kotem z Prisztiny. Nie mieliśmy (i raczej nadal nie mamy) pojęcia o legendach street-artu, ale potem doczytaliśmy, że wzmiankowany kot występuje w wielu miejscach w Prisztinie (i nie tylko – natknęliśmy się na niego także w Sarajewie), a jego autorem jest niejaki Thomas Vuille (ps. Mr Tomcat). Ten nieco dziwny, ale pozytywny (a dodatkowo w pełni legalny) projekt miał na celu krzewienie optymizmu wśród mieszkańców miasta i podejrzewam, że cel ten w jakiś stopniu został osiągnięty (choć nie w przypadku albańskiego właściciela stacji benzynowej – może nigdy nie był w stolicy). Więcej o prisztińskim kocie można przeczytać tutaj.

Po spacerze nieco zgłodnieliśmy, więc zaczęliśmy rozglądać się za miejscem, w którym moglibyśmy coś zjeść. Za moją namową, motywowaną dziwną, samobójczą fascynacją lokalnymi fast-foodami, wybraliśmy niejakiego Kolonata, czyli albańską zrzynkę z Mc Donalds. Zrzynkę potworną, dodam, bowiem do amerykańskiego pierwowzoru nawiązuje tu nie tylko menu, ale także kolory i logo. Jedzenie było co najwyżej zjadliwe, ale przynajmniej tanie, a w ramach poznawania tutejszej kultury biznesowej wzięliśmy nawet ulotkę, która zachęcała do pracy w tym jakże postępowym przybytku. Jej wygląd daje niejakie pojęcie o poziomie kosowskich (czy może bardziej – albańskich) grafików i DTP-owców, ale równocześnie wróży świetlaną przyszłość komukolwiek, kto chciałby pracować na miejscu, a jednocześnie chociaż raz w życiu odpalił Photoshopa.

Ulotka Kolonata

Zwróćcie uwagę na profesjonalnie nałożone frytki

Po tym niezwykłym doświadczeniu gastronomicznym doszliśmy do wniosku, że Prisztina do nas nie przemawia, a czasu na Kosowo mamy coraz mniej (nie planowaliśmy tu nocować – za bardzo ceniliśmy sobie sprawny samochód). Jak jeden mąż ruszyliśmy więc do jak na razie nienaruszonego auta i pomknęliśmy w stronę położonej niedaleko Gracanicy.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram305
  • Google+1