Smutna Podgorica, nocleg na studenta i Szkoderskie

Zgodnie z większością przewodników po regionie, Podgorica w żadnym przypadku nie jest highlightem podróży po Czarnogórze. Ja jednak wyznaję silną zasadę, że stolicę odwiedzanego kraju należy zobaczyć, jeśli tylko nie jest to w jakiś sposób mocno utrudnione. Żal przyznać, że wizyta w administracyjnym centrum Czarnogóry nieco ową zasadą zachwiała.

Bynajmniej nie stanowiła o tym cena noclegu. Dzięki dodatkowemu przewodnikowi Michelin, który miała ze sobą A., udało nam się znaleźć łóżka za śmieszną kwotę 6 ojrosów od łebka. Co prawda łóżka owe zlokalizowane były w studenckim akademiku, a konkretniej w pokoju, którego wystrój i stan przywodził na myśl sportowe obozy w Ostrowie Mazowieckim, na które jeździłem za młodu; niemniej za tę cenę byliśmy skłonni zaakceptować nie tylko wygniecione od studenckich ciał (często zapewne dwóch lub więcej na raz) materace, ale także kible, programowo pozbawione desek klozetowych (i to wszędzie – sprawdziliśmy nawet toalety na korytarzach).

Po zakwaterowaniu i dojściu do siebie wyruszyliśmy na miasto, które od samego początku robiło wszystko, by nas do siebie zniechęcić. Z nieba wciąż lał się irytujący deszcz, od czasu do czasu przechodzący w ulewę, a podobna do siebie, niska zabudowa skutecznie utrudniała poruszanie się po stolicy w bardziej skoordynowany sposób. Wieczorem w dniu przyjazdu zdążyliśmy tylko wejść do jakiegoś wcale ładnego parku oraz trochę pokręcić się po dzielnicy handlowej. Z kolei następnego dnia – po wymeldowaniu się (długość procedury sprawiła, że poczuliśmy się jak prawdziwi studenci mieszkający w akademiku) – Podgorica znów przywitała nas zachmurzonym niebem i kapuśniaczkiem, który po kilku minutach przeszedł w solidny bigos.

Podgorica

To jest dosłownie jedyne zdjęcie, które zrobiłem w Podgoricy w ciągu dnia

W niemrawych nastrojach bujnęliśmy się na miejscową starówkę, gdzie kompletnie sami odbyliśmy krótki, chyba nawet nie godzinny spacer, zakończony równie szybkim posiedzeniem w lokalnej piekarni. Nawet sławne bałkańskie pieczywo nie poprawiło nam nastroju, w tym szczególnie mi, bowiem tym razem kiepsko wcelowałem w wybór buły, otrzymując coś, co konsystencją i smakiem przypominało babkę z piasku.

Po tym wszystkim doszliśmy do wniosku, że Podgorica jest sprawą straconą i najwyższa pora ruszać w kierunku południowo-wschodnim, czyli nad jezioro Szkoderskie. Ta decyzja okazała się najlepszą podjętą w ciągu tego dnia i zaowocowała natychmiastową poprawą nastrojów.

Deszcz dość skutecznie gonił nas jeszcze przez kilka kilometrów, ale wreszcie dał spokój jeszcze zanim dojechaliśmy do wioski rybackiej Vranjina. Tu postanowiliśmy zrobić sobie pierwszy przystanek i na spokojnie przejść się jedyną wartą uwagi ulicą w miejscowości. Wioska może nie skręca jaj w chińskie osiem, ale dobrze wpisuje się w dominujący na południu Czarnogóry trend małych, malowniczych miejscowości, w których warto zatrzymać się na chwilę choćby po to, żeby cyknąć kilka fotek.

Vranjina

Wioska w sam raz na 3–minutowe rozprostowanie nóg

Zaraz za Vranjiną zatrzymaliśmy się ponownie, tym razem pod restauracją o oryginalnej nazwie Jezero. To niespodziewane miano wynika oczywiście z faktu, że lokal wznosi się dumnie na samym brzegu sławnego i bardzo pocztówkowego jeziora Szkoderskiego. Na miejscu można nie tylko zjeść (nie wiem, czy dobrze, bo jeszcze nie byliśmy głodni), ale także przespacerować się wzdłuż brzegu wzmiankowanego zbiornika wodnego i dobrze przyjrzeć się Albanii, którą w pogodny dzień widać stąd jak na dłoni. Przypomnę tylko, że w naszym przypadku dzień był od pogodnego dość daleki. Na grobli, łączącej przyczółek gastronomiczno-widokowy z drugim brzegiem jeziora, stoi sobie także niejaki fort Lesendro, któremu przewodniki poświęcają zaskakująco mało uwagi. Być może jest tak dlatego, że dostęp do tej XVIII-wiecznej twierdzy jest nieco utrudniony (przy samych ruinach nie ma żadnego parkingu, a żeby dojść do nich od strony Vranjiny, trzeba przedostać się na krzywy ryj przez tory kolejowe). Niemniej, ja osobiście znalazłem zamek bardziej interesującym niż zapierające dech w piersi widoki dookoła (choć raczej ze względów estetycznych – jego historia nie jest w żaden sposób porywająca).

Virpazar

Widok na wschód (chyba) z virpazarskiej twierdzy

Jeśli człowiek znajduje się nad jeziorem Szkoderskim, to zazwyczaj trafia jeszcze do Virpazar – miejscowości leżącej na drugim końcu opisanej wyżej grobli. Tutaj zdecydowanie jest co robić. Można pokręcić się po samym mieście; można – tak jak wielu innych zwiedzających wykluczając nas – wynająć łódkę, popływać trochę po samym jeziorze i zobaczyć m.in. stare więzienie dla przestępców nieumiejących pływać; można również – podobnie jak my – wybrać niewymagającą wspinaczkę do odrestaurowanej twierdzy, leżącej na wzgórzu nieopodal miejscowości. Sama twierdza jest chyba mniej więcej tak samo popularna jak fort Lesendro (poza nami nie było w niej żywej duszy), ale z jej lśniących nowością wieżyc rozciągają się naprawdę zapierające dech w piersi widoki na jezioro Szkoderskie i okolice. Dodatkową atrakcją w naszym przypadku była gromada puchatych jak skurwysyn szczeniaków, której najtwardszy przedstawiciel podążał za nami prawie na sam szczyt wniesienia, powodując nieustanny strumień ochów i achów wylewający się z gardeł damskiej części naszej ekspedycji.

Jezioro, poprawa pogody, puszyste psiuńcie i tego typu szajs sprawiły, że na nasze twarze wreszcie powróciły uśmiechy. Z naładowanymi akumulatorami pożegnaliśmy wreszcie jezioro Szkoderskie i pognaliśmy w stronę sławnego, czarnogórskiego wybrzeża.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram337
  • Google+1