Jak przeżyć "za grosze" w Dubrowniku

Jako że z opalania nic nie wyszło, postanowiliśmy zebrać dupę w troki i jak najszybciej dojechać do zaplanowanego na najbliższe dwa dni Dubrownika. Deszcz nie stanowił zachęty do zwiedzania po drodze, ale nawet pomimo tego na moment zatrzymaliśmy się w Herzeg Novi, żeby na szybciora zerknąć na tamtejszą twierdzę. „Na szybciora” było w tym przypadku truchtem w stronę murów i zajrzeniem do środka przez bramę tak, by uniknąć płacenia 1 Euro za wejście. Brzmi po żydowsku, ale mając w perspektywie Dubrownik chcieliśmy zachować przy sobie tyle kasy, ile zdołamy. Zresztą sama budowla zrobiła na nas wrażenie na tyle niewielkie, że po 15 minutach opuściliśmy ją bez wyrzutów sumienia.

Do Dubrownika, czyli pięknego serca małej, chorwackiej enklawy, dotarliśmy koło 14:30. W międzyczasie pogoda zmieniła się diametralnie i w granice miasta wjechaliśmy oświetlani gorącym, lipcowym słońcem. Zanim jednak mieliśmy udać się na zwiedzanie perły Adriatyku, musieliśmy poszukać w miarę racjonalnie wycenionego noclegu.

Dubrownik

Takie znaki spotkacie dosłownie wszędzie

Nasze przewodniki i wcześniejszy wywiad ujawniły, że w tym celu najlepiej udać się do punktu informacji noclegowej, który dysponuje spisem najtańszych miejscówek. Punkt ów, znajdujący się jakieś 0,5 kilometra od słynnej miejskiej starówki, obsługiwany był w owym czasie przez mało zainteresowane, lekko podśmierdujące babsko, które traktowało nas jak dopust boży. Po kilku minutach handryczenia się uzyskaliśmy informację, że za pokój dla naszej czwórki, zlokalizowany w domu jakiejś miłej (być może) rodziny, będziemy musieli zabulić ok. 75 Euro za dzień. Dużo, zważywszy na to, że poprzednią noc spędziliśmy w wyposażonym nawet w jajowar apartamencie, wycenionym na 50 ojro. Pokręciliśmy nosem, podziękowaliśmy za wycenę i wyszliśmy na zewnątrz z silnym postanowieniem, że sami znajdziemy sobie nocleg.

Tak naprawdę znalezienie w Dubrowniku dachu nad głową nie jest aż tak wielką sztuką. Wszystkie miejsca, w których można szukać, opatrzone są wyraźną tabliczką z symbolem łóżka, a tabliczek tych zobaczycie dosłownie dziesiątki. Problemem była pora roku, czyli lipiec i środek sezonu. W związku z nimi odbiliśmy się od różnych drzwi co najmniej czterokrotnie i to po rozdzieleniu grupy na dwie drużyny poszukiwawcze. Słońce jednak grzało, stare miasto kusiło, a my mieliśmy jeszcze w sobie sporo sił.

Po dłuższym spacerze trafiliśmy wreszcie na sporej wielkości dom, również oznaczony wzmiankowaną tabliczką. Tabliczka była nowa, co wskazywało, że lokum jest dostępne od niedawna, a co za tym idzie – może nie być jeszcze oblegane tak jak inne, pobliskie „noclegownie”. Jakaż była nasza radość, kiedy dowiedzieliśmy się, że faktycznie gospodarz ma na parterze jeden wolny apartament, dostępny za cenę 80 Euro za noc. Jako jednak, że polskie cebulactwo było w nas głęboko zakorzenione, pokręciliśmy się po okolicy jeszcze trochę, by wywęszyć inne okazje. Okazji takich, co w sumie piszę z radością, nie stwierdziliśmy. Wspominam o radości, bowiem ostatecznie wróciliśmy do miłego Pana od apartamentu za 80 eurosów (dodam, że w niejakim pośpiechu i strachu o to, że jakaś inna grupa sprzątnie nam sprzed nosa upatrzony lokal) i po kilku minutach zbiliśmy cenę o dodatkowe 5 Euro za dzień, a następnie – w wyniku nieposiadania drobnych przez właściciela – o kolejne 5 ojro ogólnie. W sumie za 145 Euro otrzymaliśmy więc do dyspozycji przestronne, zlokalizowane na parterze mieszkanie, wyposażone w dwie duże sypialnie, aneks kuchenny, łazienkę oraz oddzielny kibelek. Tylko przyzwoitość powstrzymała nas przed udaniem się do punktu informacji noclegowej i przykazania przesiadującej tam matronie, żeby wsadziła sobie w dupę swoje świetne oferty.

Po zainstalowaniu się na miejscu od razu ruszyliśmy na miasto, które jednak zrobiło na mnie wrażenie na tyle duże, że poświęcę mu „za moment” kilka oddzielnych akapitów. Jeszcze większe wrażenie zrobiły na nas natomiast dubrownickie ceny, w tym przede wszystkim te zwisające z artykułów spożywczych. Dość powiedzieć, że za materiały na 4-osobowe spaghetti (włączając najtańsze wino, a wyłączając mięso i czosnek, którego kilka ząbków haniebnie ukradłem ze sklepu) zapłaciliśmy w przeliczeniu prawie 50 PLN. Jeden z posiłków na mieście – pod postacią dwóch smętnych, małych pizz, które tylko ślepy Etiopczyk uznałby za od biedy zjadliwe – kosztował nas dwa razy tyle, a nie mogę napisać, żebyśmy się nim przesadnie najedli. Szczęściem w Dubrowniku można spokojnie oszczędzić na opłatach za wstęp, bowiem największa atrakcja – czyli znana choćby z Gry o Tron starówka – jest otwarta dla wszystkich, a zwiedzania jest tam tyle, że mając dzień na miejscu spokojnie można odpuścić sobie resztę atrakcji. My jednak mieliśmy półtora dnia i chcieliśmy zagospodarować je w jak największym zakresie.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram337
  • Google+1