Spacer po Królewskiej Przystani, czyli Dubrownik w dwa dni

Reszta dnia po znalezieniu noclegu upłynęła nam na łażeniu po tym, co Dubrownik ma najlepszego, czyli po starej części miasta. Część ta, na oko starsza niż zawód prostytutki, to według mnie najlepsze, co może Was spotkać na wybrzeżu Adriatyku. Pomijam fakt tego, że od niedawna miejsce aż roi się od ludzi, którzy są pewni, że zwiedzają Królewską Przystań (chociaż miasto wykorzystuje swój westeroski odpowiednik zdecydowanie słabiej niż robi to na przykład Nowa Zelandia w stosunku do Shire z Władcy Pierścieni), ale wszyscy Ci, którzy dostają erekcji na sam widok bardzo dużej ilości kamieni położonych jeden na drugim, będą tym obszarem wprost zachwyceni.

W starej części Dubrownika można zwiedzić przede wszystkim trzy główne „segmenty”: mury miejskie wraz z bramami i basztami, główną ulicę Stradun oraz całą resztę sypiącego się z gracją badziewia, o którym i tak nikt później nie będzie pamiętał. Najtaniej wychodzi spacer szerokim, wyłożonym kamieniem głównym bulwarem, a także zagubienie się w gąszczu odchodzących od niego uliczek. Znaczne różnice w wysokościach sprawiają, że taki spacer to właściwie trekking, a najlepszą metodą na jego odbycie to wywalenie przewodnika do kosza i po prostu skręcanie w tę uliczkę, która wyda się Wam interesująca. W ten sposób na pewno zgubicie się z pięć czy dziesięć razy, ale za to zrobicie to z klasą, a przed zdziwioną ludnością miejscową zawsze możecie udać, że szukacie toalety (zresztą, co mało przyjemne, część turystów taką toaletę znajduje – niekoniecznie w miejscach, które na toaletę się nadają). Kręcąc się po zaułkach niechybnie traficie przy okazji na większość tutejszych zabytków, do których można wejść, włączając w to choćby najstarszą aptekę w Europie (wstęp płatny i to co najmniej tak, jakby w środku sprzedawali lek na raka), kilka klasztorów (w tym jeden pod postacią ruin) czy tak duże zatrzęsienie kościołów, że poczujecie się jak w Licheniu (także z powodu średniego wieku innych odwiedzających, nieodmiennie paradujących w nieśmiertelnych daszkach przeciwsłonecznych). Do kościołów oczywiście można wejść za darmola, ale za zaszczyt odwiedzenia większości posiadłości, pałaców i/lub muzeów będziecie już musieli oddać kilka(dziesiąt) kun.

Dubrownik - Stradun

Porządna froterka i można by jeździć na łyżwach

Równe 100 kun (w lipcu 2014 roku była to równowartość 50 zł) będzie Was również kosztować wejście na spektakularne i długie jak cholera mury miejskie. Moi towarzysze w podróży doszli do wniosku, że nie chcą inwestować w tę przyjemność, ale ja się skusiłem i nie mogę powiedzieć, żebym żałował. Murami można obejść dookoła całe stare miasto i zajrzeć do miejsc, do których normalnie dostęp jest utrudniony – albo dlatego, że są własnością prywatną, albo dlatego, że ni cholery nie da się tam trafić bez pomocy lokalnego wróżbity. Dzięki temu miałem okazję podziwiać między innymi czerpiącą życie garściami starszą Panią, która topless opalała się na dachu jednej ze starych kamienic. Prawdę mówiąc, dopłaciłbym jeszcze z 50 kun, żeby pozbyć się z głowy tego widoku. No – i jest jeszcze dubrownicki port, czyli klasa sama w sobie.

Dubrownik

Widok z murów

Dubrownicka starówka to jednak nie jedyna atrakcja, którą oferuje zwiedzającym to dalmackie miasto. Kolejną jest wjazd kolejką linową na wnoszące się na ponad 400 m n.p.m. wzgórze Srd (spróbujcie wypowiedzieć tę nazwę z pełnymi ustami) – za 100 kun będziecie mieli okazję zerknąć na miasto z góry i jestem zdania, że warto wydać te pieniądze. Dodatkowo na górze możecie paść krzyżem pod wielkim krzyżem (najlepszy widok na miasto będziecie mieli właśnie spod niego), zjeść coś w malowniczo położonej restauracji (jeśli macie za dużo hajsu) albo zapisać się na dziwne safari małymi go-kartami po obszarze, który wyglądem przypomina bardziej żyzną część Afryki.

Dubrownik

Widok ze wzgórza o łamiącej język nazwie

Jeśli jednak nie macie na podorędziu milionów monet i chcecie mieć z Dubrownika kilka wspomnień więcej niż przeciętny uczestnik wycieczki all-inclusive do Chorwacji, możecie wyjść ze starego miasta w kierunku północno-zachodnim i wybrać się na spacer po labiryncie nie tak starych, ale równie malowniczych uliczek, wijących się na obszarze niemal dorównującym temu zajmowanemu przez starówkę. Ta część miasta to głównie prywatne domy, ale już same bramy do nich robią spore wrażenie, a wysokie ściany ogrodzeń tutejszych posesji sprawią, że momentami poczujecie się jak w jakimś bajkowym labiryncie – polecam spacer przede wszystkim wieczorem. Jeśli będziecie mieli szczęście, natkniecie się na cmentarz, różniący się od naszych nie tylko ogólnym klimatem, ale także zastosowaniem zniczy na baterie oraz komunalnymi narzędziami, których nikt nie kradnie (a „do wzięcia” są m.in. taczki czy solidne konewki). Jeśli natomiast zamiast szczęściu wolicie zaufać Waszej kondycji, to możecie doczłapać się aż do leżącego na kamienistym cypelku luksusowego hotelu (widać go z biegnącej nad morzem drogi na północ). O ile dobrze poszukacie, obok niego znajdziecie zejście na równie kamienistą, sekretną „plażę” (o ile można tak nazwać kilka wielkich, ostrych skał przylegających do Adriatyku), wyróżniającą się wmurowaną w kamienie drabinką, po której bez trudu zejdziecie do wody. Z doniesień znajomych wiem zresztą, że podobnych plaż jest na dubrownickim wybrzeżu całkiem sporo.

Dubrownik

Nasza „sekretna” plaża

Zmierzchem na właśnie tym kamienistym spłachetku zakończyliśmy nasze zwiedzanie stolicy Dalmacji. Byliśmy zmęczeni, nieco odurzeni wreszcie grzejącym słońcem i mocno spłukani, ale szczęśliwi, że spędziliśmy na miejscu więcej niż jeden wieczór. Tym bardziej, że następny tak „długi” pobyt czekał nas dopiero za kilka dni w Sarajewie.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram337
  • Google+1