Pierwsze kilometry w Bośni

Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że Bośnia i Hercegowina nie okazały się dla nas miłością od pierwszego wejrzenia, ale ostatecznie okazały się miłością – i to dość płomienną.

Pierwsze zetknięcie z tym wielokulturowym krajem zaliczyliśmy w Trebinje – stosunkowo niewielkiej miejscowości niedaleko granicy, gdzie zatrzymaliśmy się na mały popas i krótki spacer po tutejszej starówce. Ta ostatnia nie zrobiła na nas wielkiego wrażenia, chociaż przy okazji przekonaliśmy się, że ludzie w mniejszych miejscowościach w Bośni najwyraźniej nie mają nic do roboty w środku tygodnia w 12:00. Wszystkie kawiarnie na głównym placu były wypełnione po brzegi ludźmi, siedzącymi i leniwie sączącymi południową kawkę. Idąc za ich przykładem zajęliśmy miejsce w lodziarni położonej w pobliżu niewielkiej baszty i poprosiliśmy o menu.

Trebinje

Takie lody za 4 zicsy? Tylko w Bośni

I tu miało miejsce pierwsze pozytywne zaskoczenie. Za całkiem pokaźnych rozmiarów deser lodowy lokal życzył sobie zaledwie około 4 zł od łebka, co było ceną nie tyle niewygórowaną, co wręcz bajecznie niską, zwłaszcza że lody okazały się wyjątkowo dobre i podane w przyzwoity sposób. Podniesieni na duchu ruszyliśmy dalej, zahaczając jeszcze tylko o okoliczny, całkiem sympatyczny w odbiorze, zabytkowy most. Naszym następnym celem był wodospad niedaleko Kravic.

Tu krótki wtręt technologiczno-nawigacyjny. O ile nawigacja GPS, z której korzystaliśmy, nie miała ze sobą żadnych problemów w Serbii i Czarnogórze, o tyle na niektórych obszarach Bałkanów byliśmy zmuszeni zaufać jej w ograniczonym zakresie. Pierwsze rysy na naszym związku pojawiły się w Kosowie, którego sieć dróg rozwija się w dość dużym tempie, a co za tym idzie – części z nich nie da się uświadczyć nawet na zaktualizowanych mapach (korzystaliśmy z TomToma). Dużym zaskoczeniem było jednak dla nas to, że w Bośni i Hercegowinie było z tym nawet gorzej, co okazało się bardzo frustrujące właśnie w przypadku dojazdu do wodospadu, do którego ostatecznie musieliśmy dostać się niemal na ślepo, posiłkując się wskazówkami uzyskiwanymi w sklepach i na stacjach benzynowych. Było to o tyle utrudnione, że – jak łatwo się domyślić – personel tych przybytków nie dysponuje językiem angielskim na poziomie choćby zbliżonym do komunikatywnego. Koniec końców jednak, jakoś znaleźliśmy drogę.

Kravice

Kawałek Azji w środku Bałkanów

A warto było się pomęczyć. Wodospad w Kravicach jest niezwykle wręcz spektakularny i budzi bardzo mocne skojarzenia z podobnymi atrakcjami w Laosie czy innych krajach azjatyckich. No, może poza ilością ludzi na miejscu – w Kravicach było ich od pyty, choć rozmiar „kompleksu” sprawia, że każdy znajdzie tam dla siebie trochę miejsca. Wodospad, a właściwie wodospady, bo nie jest to typowa, pojedyncza struga, a dość duże zagłębienie w terenie, do którego woda spływa z kilku miejsc, dysponuje również rozległym, malowniczym kąpieliskiem, z którego niestety nie zdążyliśmy skorzystać – pora była już dość późna (na miejscu byliśmy około 16:00), a my planowaliśmy na ten dzień nocleg w Mostarze. Z tego powodu pokręciliśmy się trochę po okolicy i jak niepyszni znów zapakowaliśmy do samochodu. Największego focha miała B., której nie w smak był fakt tego, że nie umoczyła nawet stopy. Na szczęście wieczór miał przynieść jej definitywną poprawę humoru.

Pocitelj

Tyle dobra na jednym zdjęciu

Jednym z zasadniczych elementów składowych magii Bośni i Hercegowiny jest to, że jest ona wręcz do dzikiej nieprzytomności upstrzona malowniczymi miejscowościami. Mijany przez nas Stolac zaprezentował nam słusznej wielkości, widoczny z drogi zamek, a położony tuż przy drodze Pocitelj skusił nas na tyle, że pomimo uciekających minut postanowiliśmy zatrzymać się w nim na kilkadziesiąt minut i chociaż z dołu obejrzeć sobie kolejną twierdzę, jak również kilka innych zabytkowych budowli. Dodatkowego czaru miasteczku dodawał fakt, że wszystkie te do zesrania cudowne rzeczy zgromadzone są na obszarze tak niewielkim, że da się je objąć pojedynczym zdjęciem. Popędzani przez nieubłagany zegar i narastający w trzewiach głód, byliśmy jednak zmuszeni ponownie wsiąść do samochodu i dojechać wreszcie do tego pieprzonego Mostaru, który szybko okazał się tym zajebistym Mostarem.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram337
  • Google+1