Narzekań na Sarajewo ciąg dalszy

Na „prawdziwe” zwiedzanie Sarajewa przyszedł czas dopiero następnego dnia, kiedy to – z racji na wczesne łóżkopójście poprzedniego dnia – wszyscy wstaliśmy wcześnie i z nową energią do życia. Energia ta, skutecznie zbijana do niskich poziomów za sprawą lipcowego upału i kolejnych pokonywanych kilometrów, starczyła nam na tyle długo, by obejść newralgiczne obiekty i dobrze je sobie zapamiętać. Pomimo ich sporej ilości, stolica Bośni i Hercegowiny ostatecznie zajęła niskie miejsce na naszej liście TOP-10 ulubionych bałkańskich miast, a powodów było kilka.

Zwiedzania w Sarajewie jest sporo. Osmańska „starówka” z potężną liczbą zabytkowych budynków, oraz przerażającą wręcz liczbą restauracji i sklepów z pamiątkami nie zrobiła na nas wrażenia o tyle, że Bałkany naprawdę mają do zaoferowania znacznie ładniejsze miejsca. Ciekawszymi punktami są specjalnie oznaczone punkty, które umożliwiają zrobienie „podwójnego zdjęcia”. Jeśli ustawimy się plecami do jednej części ulicy, w tle będziemy mieli wyłącznie zabudowę austrowęgierską; jeśli z drugiej – wyłącznie taką, która powstała w czasie panowania tureckiego. Jest to niewątpliwie ciekawe, ale ileż można stać i robić zdjęcia ulicy.

Jeden z symboli Sarajewa  – studnia Sebilj – to w ogóle jakaś granda. Niewielki budyneczek sterczy sobie dość niepozornie na środku dość szerokiego pasażu i, pomimo faktu jego niewątpliwego uroku, daje zajęcie na jakieś 5 minut. Gdyby ktoś mnie spytał, co w Sarajewie faktycznie warto zobaczyć, na pewno nie wskazałbym na tę atrakcję.

Na szczęście, niedaleko studni stoi ratusz miejski. Ten robi już większe wrażenie, jako że budynek z daleka rzuca się w oczy dzięki charakterystycznym, żółto-bordowym pasom zdobiącym całą bryłę. Tuż obok ratusza znajduje się kolejny, umiarkowanie ciekawy obiekt: Niepokorny dom. Sam dom nie zgarnąłby może architektonicznego Grand Prix, niemniej jego historia sprawia, że warto zatrzymać się obok. „Niepokorny” zyskał przejął swój zwyczajowy przymiotnik od kolejnych właścicieli, z których pierwszy nie zgadzał się, by na jego miejscu wybudowano meczet Hadz (w związku z czym dom przeniesiono na drugi brzeg rzeki); a 200 lat później kolejny oponował, kiedy „nowe” miejsce miało stać się placem budowy wspomnianego wcześniej, kolorowego ratusza – wtedy jeszcze mającego być biblioteką narodową. Ostatecznie dom wrócił niemal dokładnie tam, gdzie stał wcześniej i obecnie sąsiaduje z meczetem Hadz. Na parterze niesfornego budyneczku funkcjonuje teraz restauracja, w której jednak nie zjedliśmy z uwagi na równie niepokorne ceny, nie chcące przystosować się do zawartości naszych portfeli.

Sarajewo - Niepokorny Dom

Nie dość, że niepokorny, to jeszcze dość nieforemny

Spacer po Sarajewie można kontynuować wzdłuż rzeki, zahaczając przy okazji o Most Łaciński, na którym w 1914 niejaki Gawriło Princip zasadził head-shota arcyksięciu Franciszkowi Ferdynandowi, tym samym w praktyce rozpoczynając I Wojnę Światową. Mostów na Miljacce w ogóle jest dość sporo i wypada przyznać, że łaciński nie jest najbardziej imponującym z nich. Znacznie ciekawszym jest nowa, fikuśna budowla, na którą natkniecie się w pobliżu (chyba) Muzeum Sztuki Współczesnej. Poznacie ją po pętli w środku, na której sprytnie umieszczono ławeczki dla zmęczonych piechurów.

Sarajewo - jeden z mostów

Ławki na pewno przeszkadzają lokalnym entuzjastom deskorolek

My jednak – równie niepokornie jak wzmiankowany wcześniej dom – wspięliśmy się nieco na drugi brzeg rzeki, by odwiedzić browar Sarajewsko. Dom najpopularniejszego piwa w BiH wreszcie zrobił na nas wrażenie, jakiego oczekiwaliśmy po stolicy – nie tylko za sprawą przepysznego trunku, ale także wystroju tutejszego pubu o ogromnych rozmiarach. Tego typu miejsca najczęściej zdarzają się przede wszystkim na Wyspach Brytyjskich, choć muszę przy okazji przyznać, że w „jukeju” i u sąsiadów obsługa na pewno jest milsza. Ponadto na Wyspach nie można już (na szczęście) palić w lokalach.

Ogólnie jakość lokali gastronomicznych w Sarajewie to zagadka, której nie zdołaliśmy rozgryźć. Z jednej strony na mieście jest mnóstwo pekar ze świeżym pieczywem et consortes, wszelakich restoranów z grillowanym mięsem i tego typu śmiecia. Serwowane jedzenie jest zazwyczaj wysokiej jakości, która z kolei jest odwrotnie proporcjonalna do poziomu zachowania kelnerów. Notorycznie byliśmy olewani, nasze prośby były ignorowane, a czekając na rachunek w jednej z knajp zdążyłem zapuścić brodę. Podobnie zresztą było w przypadku zwykłych sklepów, gdzie sprzedawcy również nie grzeszyli uśmiechem czy chęcią pomocy. A tyle się mówi o przyjaznych Bośniakach.

Spacer, po przejściu kolejnych kilku kilometrów, a także zahaczeniu o jakieś niewarte wspomnienia centrum handlowe, postanowiliśmy przerwać na moment w okolicach hostelu. Przerwa na moment, podlana kolejnymi Sarajewskimi, skończyła się tak, że o 23:00 nagle znaleźliśmy się w pobliskim parku, po którego uliczkach radośnie chodziliśmy zygzakiem, bełkotliwymi głosami rozmawiając o nacjonalizmie, życiu, śmierci i tego typu pierdołach. Zupełnie nie przeszkadzało nam, że początkowo mieliśmy jeszcze w Sarajewie obejrzeć sobie kompleks olimpijski i muzeum srebrenickie – alkohol zrobił swoje, a my odzyskaliśmy nieco podkopane morale.

Co do muzeum masakry w Srebrenicy, to akurat tu przyznam, że chyba zrobiliśmy źle, chociaż będąc na Bałkanach praktycznie wszędzie widzi się świadectwo wojen, które przetoczyły się przez ten obszar. Samo Sarajewo jest podziurawione kulami jak szwajcarski ser i nawet w centrum miasta zobaczycie zniszczone budynki, które jeszcze nie zostały przywrócone do dawnej świetności. W owym momencie nie mieliśmy ochoty na kolejne dobijanie się, a muzeum srebrenickie to miejsce, które w takim wypadku należy omijać szerokim łukiem. I to nie tylko dlatego, że wejście do niego kosztuje pierdylion złotych.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram337
  • Google+1