Coś na ząb, czyli szama z Shanxi

Jak wiele razy zaznaczałem, nie jeżdżę do Azji dla jedzenia. Może się to wydać straszne hardcore’owym foodiesom-podróżnikom, którzy nad każdą tajską krewetką rozpływają się jak masło w lipcowe popołudnie, ale jeśli danego dnia nie zjem na miejscu czegoś na wskroś azjatyckiego, to poziom endorfin nie spada mi poniżej jąder i nie chodzę przez resztę dnia mażąc się jak niemowlę z zespołem Downa. Równie dobrze mogę opierdolić coś w KFC, ponarzekać trochę na to, że żółtki nie umieją poprawnie skręcić Twistera (a w większości krajów azjatyckich nie ma go nawet w menu), po czym – po 15 minutach – zapomnieć o całej sytuacji.

Są jednak takie momenty, kiedy lubię wciągnąć coś, co w danym rejonie zjeść warto, a już szczególnie jeśli usłyszę, że dana potrawa jeszcze nie przyjęła się na świecie. W takim wypadku przeważającym argumentem za konsumpcją jest to, że danej potrawy po prostu nie miałem okazji jeszcze jeść, a co za tym idzie – może to być coś całkowicie nowego. Równie często jest to również coś, co powoduje gazy, których intensywność wprowadza indywidualną produkcję metanu na poziom przemysłowy, ale tego niestety nie da się przeskoczyć. Tak też było z kuchnią prowincji Shanxi.

Jak wspominają zarówno localsi, jak i przewodniki, kuchnia z prowincji Shanxi jakimś cudem nie przeniknęła jeszcze w świat tak szeroko, jak potrawy z innych rejonów Chin. O kaczce po pekińsku słyszał każdy, nawet jeśli nie miał okazji jej zjeść; kurczak w sosie słodko-kwaśnym to pozycja numer jeden w każdej chińskiej budzie od Półwyspu Iberyjskiego aż po środkowy Ural; natomiast jakiś typ mięsa w orzechach ziemnych miał w ustach niemal każdy, kto na pewnym etapie miał już dość potrawy poprzedzającej. Natomiast faktycznie do tej pory nie zdarzyło mi się w Polsce trafić na „kurczaka żebraków” (Beggar’s chicken) czy kluski Kao Laolao (nie mylić z wyjątkowo paskudnym, laotańskim alkoholem o podobnej nazwie zwyczajowej).

Menu w Pingyao

Kretyńskie literówki to chiński klasyk

Zgodnie z ogólną opinią sieciową, Shanxi to ziemia najlepszych w Chinach klusek, przyjeżdżających na stół w różnych kształtach i wydaniach. Oczywiście, kluski te zazwyczaj uzupełnione są w jakiś sposób przetworzonymi warzywami lub mięsem, niemniej to jednak wyrób mączny jest centralnym elementem niemal każdej potrawy w tej prowincji (nie licząc przystawki znanej jako Pingyao beef, będącej co do zasady długo przetrzymaną wołowiną).

Poniżej opiszę tylko kilka potraw, których próbowaliśmy na miejscu (i przede wszystkim w Pingyao, bo tam spędziliśmy najwięcej czasu). Od razu zaznaczę, że ogólnie jest ich oczywiście znacznie więcej, ale te poniżej wydawały nam się najbardziej charakterystyczne lub warte spróbowania.

POTRAWY RESTAURACYJNE

Te rzeczy można zjeść przede wszystkim w lokalach, gdzie można na chwilę usiąść. Jest ich wszędzie zatrzęsienie, a menu w nich jest zazwyczaj podobne, choć jeśli szukamy czegoś naprawdę dobrego, to warto odejść parę kroków od najbardziej turystycznych miejsc. Z cenami jest różnie, ale zazwyczaj oscylują one – przynajmniej w przypadku Pingyao – w okolicach 15-30 juanów za potrawę.

Mączne kluski + X – w miejsce „X” wstawcie sobie cokolwiek – od dowolnego typu mięsa (zapewne włączając psa) do warzyw. To najpopularniejsza potrawa na miejscu i nie jest to zasadniczo nic super specjalnego. Kluchy są dość twarde, grube oraz długie i to one są głównym clue każdego dania. Mocno umaczane w słodkawym sosie sprawiają, że człowiek jest pełen po 3 minutach jedzenia, ale są na tyle smaczne, że żal zostawić cokolwiek na talerzu. Ich konsystencja sprawia, że nawet osoba z niewielkim doświadczeniem w jedzeniu pałeczkami nie powinna mieć problemów z ich wciągnięciem. O widelec nie wypada prosić, bo siara.

Kluski z warzywami w stylu Shanxi

Bezpieczny wybór nawet na pierwszy obiad

Kurczak żebraka (Beggar’s chicken) – w odróżnieniu do bardziej popularnej potrawy o tej nazwie (to jest całego kurczaka wypchanego różnym szajsem i pieczonego w glinie), kurczak żebraka z Shanxi to kawałki kurczaka zapieczone w cieście o miękkiej, gąbczastej konsystencji. Maczane w sosie słodkim lub sojowym zapychają szybciej niż dowolne kluski, a ich smak sprawił, że ta „biedna” potrawa została moim osobistym faworytem. Ciasto z kurakiem zapiekane jest na raz, więc kolejne fragmenty odrywa się od większej całości, a im bliżej środka, tym ciasto jest twardsze. Rzecz była w cholerę dobra.

Kurczak żebraka z Shanxi

Każdy żebrak chciałby tak jadać

Kao Laolao – zabawne, twarde kluchy postawione na talerzu na sztorc. W zasadzie je się je bez żadnego wypełnienia, ale jeśli myślicie, że nie napchają Wam kałduna wystarczająco, to można zamówić sobie to tego jakieś mięsko (wrzucane do środka). Generalnie jada się je maczając w słodkim sosie, a że same są słodkawe, to po połowie porcji warto zbadać sobie poziom cukru we krwi. Do zjedzenia praktycznie wszędzie, choć w przypadku Pingyao podobno im dalej od turystycznego centrum, tym lepsze.

Z ciekawszych rzeczy nie udało nam się spróbować kandyzowanego (?) sera raz Gao bubble, które – o ile wiem – są po prostu kawałkami mięsa w cieście, zasmażonymi w głębokim tłuszczu. Skok cholesterolu gwarantowany.

STREET-FOOD

Tutaj raczej w Shanxi nie natkniecie się na wielkie nowości, niemniej warto wspomnieć i o tego typu szamie.

Szaszłyki – klasyk na każdą kieszeń. W tym wypadku króluje soczysty kurczak w ostrej mieszance przypraw na bazie papryczki chili. Pod koniec dnia, kiedy na ulicach zaczyna ubywać turystów, szaszłyki można dostać w pakietach, jako że handlarze chcą szybciej pozbyć się mięsa z danego dnia. Naszym rekordem było uzyskanie 5 kawałków za równowartość około 5 zł, choć w ciągu dnia zapłacicie około 8-10 juanów za 3 sztuki. Funkcjonują również wersje wegetariańskie, zazwyczaj pod postacią pokrojonego w sprężynkę ziemniaka, fantazyjnie rozciągniętego na patyku, umaczanego w jakimś sosie i posypanego na przykład sezamem.

Szaszłyki wegetariańskie

Swawolne ziemniaki

Ciastka – w Shanxi, podobnie jak w całych Chinach, znajdziecie zatrzęsienie różnego typu ciastek i ciasteczek, zazwyczaj serwowanych na słodko lub słono. Słodkie mają zazwyczaj w bonusie całą masę orzechów ziemnych, choć zdarzają się też odmiany bez nich, często mdłe jak smalec z masłem. Słone to w zasadzie pieczone w głębokim tłuszczu wariacje na temat podpłomyka, które dobrze funkcjonują jako zagryzka pod kurczaka. W Pingyao funkcjonują również uliczne fabryczki kulek z ciasta wypełnionych kremem czekoladowym – można je rozpracować od razu po zapakowaniu.

Kandyzowane owoce – to jest niewątpliwie hit wśród słodkich przekąsek. Wśród owoców znajdziecie w zasadzie wszystko, od bananów po kawałki kiwi – te pokryte są po prostu brązowawym syropem cukrowym, który sprawia, że już po 5 minutach będziecie się cali kleić jak majtki gimnazjalistki. Najlepszym wyborem są jednak małe, lokalne kwaśne jabłuszka – ich cierpki posmak doskonale harmonizuje ze słodkim syropem, a w środku czeka Was czasem niespodzianka pod postacią orzecha albo innego migdała.

Owoce w syropie cukrowym

Te jabłuszka były chyba nadziane pistacjami

Jak widać, w Shanxi da się zjeść coś oryginalnego, a przy okazji nie zapłacić za żarcie jak za… no cóż – zboże. My pod koniec pobytu w Pingyao jechaliśmy już praktycznie tylko na szaszłykach, rezygnując ze stałych godzin posiłków i kupując je od czasu do czasu, kiedy tylko trochę zgłodnieliśmy. Taka taktyka w ogólnym rozrachunku pozwala zaoszczędzić pieniądze, a przy okazji zjeść coś lokalnego. To wszystko oczywiście zalewaliśmy lokalnym piwem (jak Snow Beer), które jednak nie było na tyle dobre, by dłużej się o nim rozpisywać.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram337
  • Google+2