O zamku bez żadnej wieży

W okolicach Pingyao jest kilka rzeczy wartych zobaczenia. Prócz Podziemnego zamku, o którym poniżej piszę więcej, rzut mokrym beretem od samej miejscowości znajdują się między innymi: posiadłość rodziny Wang oraz świątynia Shuanglin. Z obu tych atrakcji zrezygnowaliśmy – przede wszystkim z braku czasu, ale także dlatego, że przeróżnych posiadłości można się do porzygu naoglądać w samym Pingyao, a świątynia… Cóż – to po prostu kolejna świątynia.

Warto jednak wspomnieć, że nawet porządny research czasem zawodzi. Pomimo posiadania dwóch przewodników książkowych i przeszukania sieci, jakimś cudem umknęła nam informacja, że niedaleko od Pingyao znajduje się jeszcze jedno imponujące miejsce, a dokładniej – góra: Mianshan. Natknęliśmy się co prawda na zdjęcia znajdujących się tam świątyń, pawilonów i fantastycznych wręcz nadziemnych przejść, ale ich przyporządkowanie do konkretnej miejscówki jakoś nam nie wyszło. O tym, że faktycznie można było tam skoczyć dowiedzieliśmy się dopiero siedząc w recepcji hotelowej w oczekiwaniu na ostateczne zdanie pokoju. To był dla mne duży cios, bo wystarczy wpisać sobie w Google słowo „Mianshan” żeby momentalnie zapragnąć się tam znaleźć. Miejsce wygląda jak mała Lhasa, a Wiszący Klasztor przy nim wydaje się tylko nędzną podróbką. Cóż – naszą następną wizytę w Chinach najprawdopodobniej zaczniemy właśnie od tego punktu, bo do tej pory łzy cisną mi się do oczu, kiedy pomyślę co pominęliśmy. To też przestroga dla Was, żeby zawsze planując wyjazd zarezerwować sobie dodatkowy dzień na atrakcje, o których wcześniej nie mieliście informacji.

To napisawczy przejdę jednak do miejsca, które udało nam się odwiedzić, to jest do Podziemnego zamku Zhangbi, ulokowanego jakieś 15-20 km na południe od Pingyao. Na miejsce dostaliśmy się taksówką z miasta, podstawioną dla nas przez hotel. Na chwilę obecną możliwy jest tylko taki sposób, chyba że wykupicie jakąś łączoną wycieczkę dla frajerów. Nam jak zwykle zależało na niskich kosztach, więc wybraliśmy opcję zwiedzania samodzielnie, która kosztowała nas „zawrotne” 340 juanów za dwie osoby (200 za przejazd w obie strony i 120 za bilety do Zamku).  Biorąc pod uwagę fakt, że w zamkowych korytarzach można spędzić pół dnia, nie jest to duża kwota.

Tu od razu ważna uwaga. Przewodnik Lonely Planet z maja 2013 roku (czyli dość świeży) statuuje, że bilet do Podziemnego zamku obejmuje darmowego przewodnika, który jest niezbędny. Oba te stwierdzenia to, jak to często bywa, kompletny bullshit. Obecnie przewodnik jest dodatkowo płatny (i o ile dobrze pamiętam, niemało – bilet drożał o ponad 100%), a oznaczenia w środku twierdzy są na tyle dobrze rozlokowane, że przeciętny zwiedzający z Europy bez trudu poradzi sobie z nawigacją. Być może Australijczycy używają tylko połowy mózgu i gubią się po drodze, ale w naszym przypadku taki problem nie zaistniał.

Podziemny zamek Zhangbi

Mapa oczywiście czytelna i zrozumiała…

Kiedy człowiek słyszy o podziemnych „zamkach” albo „fortecach”, to wyobraża sobie nie wiadomo co. W istocie Polacy, którzy ostatnio odwiedzili Wieliczkę mogą mieć jeszcze bardziej plastyczne wyobrażenia – wiemy, że ze skałami można wyprawiać niesamowite rzeczy, więc nasze oczekiwania automatycznie szybują w górę. Tak naprawdę jednak w większości przypadków „podziemne X” oznacza zazwyczaj, że będziemy mieli do czynienia z tunelami o łącznej długości pierdyliona kilometrów, wzdłuż których znajdują się „pokoje”, często zastawione plastikowymi figurami, którym ktoś już dawno temu upierdolił wystające części (przeważnie nosy). Tak było i w tym przypadku, ale zacznijmy od początku.

Podziemny zamek Zhangbi to tak naprawdę dwa kompleksy: pod- i nadziemny. Do tego drugiego dostajemy się po krótkim spacerze przez ten pierwszy, a prowadzą doń dość niepozorne schody zlokalizowane w jednym z budynków. Cały podziemny kompleks został „wzniesiony” 1400 lat temu (sic!) w strachu przed dynastią Tang. Spodziewany atak jednak nigdy nie nadszedł, co daje niejaki ogląd na to, jak świetnie średniowieczni Chińczycy radzili sobie nie tylko z budżetami na infrastrukturę, ale także z przewidywaniem zagrożeń. Tak czy owak, kompleks powstał pod naziemną posiadłością rodziny i umożliwiał nie tylko długą obronę, ale także szybkie spierdalabla.

Zhangbi Cun

Z góry kompleks wygląda tak se

Dziś z 10 km tuneli (czyli najdłuższego podobnego kompleksu w całych Chinach) zwiedzać można 1500 m, co wystarcza z nawiązką – w szczególności Europejczykom, którzy przez sporą część trasy muszą się garbić. Część dla turystów jest klimatycznie oświetlona, a prócz samych tuneli można obejrzeć sobie studnie, dziury wyrąbane dla szybkiego transportu między poziomami i pomieszczenia magazynowe czy strażnicze. W dużej mierze to po prostu bardzo długi labirynt stworzony rękami człowieka, a najciekawszymi momentami jest zawsze wybór pomiędzy rozchodzącymi się odnogami. My weszliśmy do tuneli kompletnie sami, co jeszcze spotęgowało doznania, jako że nikt nie zaoferował nam choćby najmniej szczegółowej mapy. Po szwendaczce trwającej około godziny trafiliśmy wreszcie na skrzyżowanie, które – po krótkim zamotaniu sytuacji – doprowadziło nas na taras zlokalizowany na jednym ze skrajów miasta. Tu można sobie w spokoju usiąść, wypić piwko, a następnie przejść do części nadziemnej, która też reprezentuje sobą co nieco.

Poniżej możecie sobie również obejrzeć krótki film z wyjścia na powierzchnię:

Zhangbi Cun, bo tak nazywa się wioska, to zgrupowanie posiadłości, świątyń i normalnie funkcjonujących domów mieszkalnych, między którymi można pochodzić jeszcze około godziny, zanim zatęsknicie za znacznie bardziej gwarnym Pingyao. Tu znów warto wskazać omyłkę przewodnika LP – zwiedzanie miasteczka nijak nie równa się obecnie pominięciu części podziemnej, więc na miejscu można zaliczyć obie atrakcje na raz, tym samym wypełniając więcej niż pół dnia czasu spędzonego w Państwie Środka.

Zhangbi Cun

Na powierzchni natknęliśmy się też na rodzinny piknik

Dla nas Podziemny zamek był pożegnalną atrakcją, którą zaoferowało nam Shanxi. Po wszystkim spędziliśmy jeszcze część dnia w Pingyao, a po 19:00 udaliśmy się na dworzec kolejowy, skąd pociąg miał nas zabrać do z powrotem do Pekinu. Czekając na niego mieliśmy jeszcze jedną, sympatyczną przygodę – okazało się, że jeden ze strażników zbiera monety zza granicy. Po początkowej panice spowodowanej tym, że nie mieliśmy przy sobie złotówek zdaliśmy sobie sprawę, że po międzylądowaniu w Dubaju zostały nam jakieś Dirhamy. Tym samym strażnik otrzymał kompletnie niespodziewany nabytek do kolekcji (jestem niemal pewien, że na miejsce wpada więcej Polaków niż mieszkańców ZEA, także pewnie sobie nadrobi), za który – pomimo naszych protestów – skwapliwie zapłacił nam równowartością w juanach. W bonusie zyskaliśmy życzliwość dworcowych opiekunów, którzy z daleka dali nam znać, kiedy mamy przygotować się do wyjścia. Dzięki temu po niecałej godzinie siedzieliśmy już na naszych pryczach w pociągu zdążającym do stolicy Chin. Pewnie byśmy coś tam jeszcze porobili, ale punktualnie o 22:00 zgasło światło, więc pozostało nam tylko spanie.

REKLAMA:

Brak komentarzy

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram337
  • Google+2