Wielka Wyprawa na Wielki Mur

Nasz ostatni pełen dzień w Chinach przed wylotem do Korei Północnej mieliśmy przeznaczyć na coś, co ja już raz widziałem, ale czego nie wolno ominąć nikomu, kto jest pierwszy raz w Chinach. Mowa, rzecz jasna, o Wielkim Murze. Na wyprawę nań mieliśmy calutki dzień (kolejną noc spędzaliśmy jeszcze w Pekinie), bo z pociągu wysiedliśmy o 6:00 nad ranem.

Wielki Mur można w Chinach zobaczyć w wielu miejscach. Skurwysyn jest w końcu „Wielki” i rozciąga się praktycznie przez cały kraj. Stolica to jednak najwygodniejsze miejsce na „zaliczenie” jakiegoś odcinka, bo można – w teorii – szybko i łatwo skombinować tu transport. Z praktyką jak się okazało jest nieco inaczej, zwłaszcza jeśli mamy ochotę wpaść na mniej zatłoczoną część konstrukcji.

Kilka lat temu mi udało się odwiedzić odcinek w Simatai. Mieliśmy dużo szczęścia, bo na miejscu było niewielu turystów, dzięki czemu doświadczenie było naprawdę zacne. W tym roku chciałem powtórzyć ten sukces i, zamiast pakować się na festyny w Badaling lub Mutianyu (czyli dwie najbardziej popularne części Muru), wybrałem dla nas odcinek w Huanghua Cheng. Ten wybór okazał się jednocześnie najlepszym i najgorszym z możliwych.

Według przewodnika dostanie się na wymarzony odcinek było bardzo proste – wystarczyło wsiąść w odpowiedni autobus (numer 916 – 16 juanów od osoby) na Dongzimen i dojechać do Hairou, skąd kolejny autobus miał nas zabrać w pobliże Muru. Już na Dongzimen napotkaliśmy jednak na pewne problemy, bo panowie nie mieli wydać, a rozmienienie 100 juanów na drobne okazało się wyzwaniem ponad siły większości okolicznych punktów handlowych. Wreszcie jednak udało nam się znaleźć na pokładzie, gdzie spędziliśmy następne 30 minut konwersując nieco z przemiłą Chinką, która przekazała nam kilka cennych wskazówek odnośnie dostania się na Mur. Jak to zwykle bywa, wskazówki olaliśmy, bo były stosunkowo skomplikowane.

Kiedy dojechaliśmy do Hairou, zaczął się swoisty koszmar. Niby bardzo szybko znaleźliśmy odpowiedni przystanek, ale autobus, w który mieliśmy się załadować, zrobił nam na złość i wywalił na nas lachę. Pod wiatą spędziliśmy godzinę (w  międzyczasie panicznie szukając miejsca, w którym można by się było dyskretnie odlać), po której zaczęliśmy tracić nadzieję.

Jak wiadomo, jednym z wcieleń nadziei są dzieci.

To konkretne wcielenie objawiło nam się pod postacią dwóch dziewczynek, z których jedna była nieco pryszczata, a druga miała aparat ortodontyczny, przez co naprawdę ciężko było się z nią komunikować. Jakimś cudem jednak udało nam się ustalić, że niewiasty jadą w tym samym kierunku co my. Zawiązała się nić porozumienia, która w ciągu następnej godziny przekształciła się w trwały sojusz. Sojusz był potrzebny, bowiem przez cały czas naszego pobytu na przystanku byliśmy narażeni na ataki namolnego taksówkarza, który chciał przewieźć nas wprost pod Mur w zamian za czarnorynkową cenę zdrowej nerki. Taksówkarz nacierał, a nasz autobus wciąż nie nadjeżdżał. Kiedy wreszcie się pojawił okazało się, że kilka pasujących już widzieliśmy, ale były one oznaczone inaczej niż wskazywały nasze informacje – gdyby nie dziewczyny, zapewne wrócilibyśmy źli do Pekinu. Należało im za to podziękować.

Autobus z Hairou do Huanghua Cheng

To właśnie znaków pod barierką należy szukać, jeśli chcemy dojechać na miejsce

Podziękowania złożyliśmy im w typowym, polskim stylu. Stało się bowiem tak, że kiedy nasz transport pojawił się na przystanku, jedna z gówniar właśnie poleciała za róg ulżyć pęcherzowi. Jej koleżanka dostała przez to panicznego kociokwiku, a my nie byliśmy za bardzo w stanie przekonać kierowcy, żeby trochę poczekał (nie to, żeby usłuchał, bo nie wyglądał na gościa, z którym można by wklejać piątale). Tym samym sprytni turyści dostali się do autobusu, zostawiając na lodzie dwie małe dziewczynki, bez których cała wyprawa zostałaby spisana na straty. Jeśli karma istnieje, to niedługo srogo kopnie nas za to w dupę.

No, ale przecież nie zostalibyśmy tam z nimi dla zasady – aż tak mili nie jesteśmy. Tak czy owak, wreszcie jechaliśmy pod Mur, choć nie był to jeszcze koniec naszych przygód. W istocie dopiero się one zaczynały.

Uprzejma Pani robiąca w autobusie za kogoś w rodzaju odźwiernego przyjęła od nas informację na temat miejsca docelowego i dała nam znać, że bus wysadzi nas w odpowiednim miejscu. Tak się też stało – po godzinie jazdy wywalono nas z pojazdu na jakimś totalnym zadupiu – wcześniej na szczęście mignął nam gdzieś billboard reklamujący tutejszy odcinek Muru (chociaż równie dobrze mogła to być reklama wina GreatWall), więc byliśmy pełni nadziei. Po krótkiej przerwie i piwku (a jakże) w okolicznym barze, skierowaliśmy nasze kroki tam, gdzie wskazał jego właściciel. Okazało się, że od Muru dzieli nas zaledwie 500 metrów. Byliśmy zachwyceni tą wiadomością, zwłaszcza że przez drobne nieporozumienie początkowo wydawało nam się, że mowa jest o 5 km.

Droga do Huanghua Cheng

Tacy ludzie czuwają nad tym, by każdy wysiadł tam, gdzie powinien

Nasza destynacja szybko pojawiła się w zasięgu wzroku, podobnie jak dziwna, niebieska tablica, na której jak wół stało napisane, że niniejszym ten odcinek wyłączony jest z użytku. O prawdziwości komunikatu świadczył fakt, że w pobliżu nie było praktycznie żywej duszy. Mi serce opadło do okolic jąder, a Beata stała tylko w milczeniu, które zwiastowało nadchodzącą burzę. Postanowiliśmy jednak się nie poddawać i przeszliśmy na drugą stronę rzeki szczytem tamy – z daleka zauważyliśmy bowiem, że furtka w ogrodzeniu stoi otworem.

Huanghua Cheng

Mul ciągnie się i ciągnie

To – jak się okazało – był najlepszy wybór tego dnia.

Zaraz za furtką natknęliśmy się na jegomościa o facjacie buldoga angielskiego, który wskazał na ręcznie napisaną tabliczkę. Tabliczka mówiła – „3 juany”. Początkowo trudno było nam uwierzyć, że gość zbiera od ludzi równowartość niecałych 2 zł, ale potem doszliśmy do wniosku, że pewnie większa kwota mogłaby sprawić, że ktoś by na niego doniósł. Zapłaciliśmy więc bez gadania (bo i nie było o czym) i poszliśmy dalej. Po krótkim spacerze natrafiliśmy najpierw na kupę gruzu będącą pozostałością po cywilizowanym wejściu na Mur, a następnie na budzącą niewielkie zaufanie drabinę, po której jednak bez trudności wspięliśmy się na cel naszej wędrówki…

Wielki Mur w Huanghua Cheng

… a taki widok nas powitał, kiedy już weszliśmy na Mur

Szybko okazało się, że wyprawa w to konkretne miejsce była świetnym pomysłem. Poza nami po Murze przechadzała się ilość ludzi, którą można by policzyć na palcach jednej ręki, a sama budowla była w świetnym stanie (chociaż momentami potwornie zaśmiecona, a nawet – cóż – obsrana). Nie mam bladego pojęcia, dlaczego ten odcinek został oficjalnie zamknięty, ale spowodowało to wyłączenie go z programów wycieczek, dzięki czemu niezależni turyści mogą tu spokojnie (choć zasadniczo nielegalnie) spędzić sporo czasu na spacerze i podziwianiu widoków. My przeszliśmy się kawałek w gorę odcinka (w dół się nie dało albowiem Rzeka – co samo w sobie też było dla mnie pewnym novum), ale po godzinie czy coś koło tego byliśmy zmuszeni zawrócić. Nad naszymi głowami zbierały się zupełnie niemetaforyczne czarne chmury, a  strome odcinki Muru nie zachęcały do spaceru w deszczu. Ja trochę panikowałem, Beata utyskiwała, a mijająca nas rączo Chinka w szpilkach zdawała się milcząco drwić z naszego pospiesznego zejścia. Koniec końców, deszcz złapał nas na tamie, a na przystanek biegliśmy już właściwie w jego solidnych strugach.

Wielki Mur w Huanghua Cheng

Jak widać, ludzie nie mają oporów przed totalnym zaśmiecaniem kilkusetletnich budowli

Podróż powrotna przebiegła już bez większych komplikacji – około 19:00 wysiedliśmy w Pekinie, tym samym kończąc nasz etap zwiedzania Chin. Pozostało nam tylko coś zjeść i iść spać, bo o tej porze następnego dnia mieliśmy już być w Pjongjangu.

Nie powiem, że nie mieliśmy pietra.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram305
  • Google+2