Dziesięć powodów, dla których lecę na Svalbard

Nie samą Koreą Północną człowiek żyje. Ta Wyprawa jest już dawno za mną, a kończący się rok przypomina, że najwyższy czas planować już kolejne wyjazdy. Jako, że w słowach jestem niezły, ale w czynach bywam lepszy, postanowiłem podzielić się z Wami kurewską wręcz ekscytacją, jaka przepełnia mnie na myśl, że już za trochę ponad pół roku będę „wygrzewał” się w czerwcowym słońcu na Svalbardzie – czyli tym kawałku Norwegii, za którym dalej jest już tylko Biegun Północny. Wygrzewać się nie będę sam, choć początkowo to planowałem (Beata niemal opluła się ze śmiechu na myśl, że miałaby spędzić ponad tydzień czerwca w miejscu, w którym temperatura nie przekracza 18°C). Zabieram ze sobą sprawdzonego zioma, który towarzyszył mi już podczas epickiej, w 100% szowinistycznej wyprawie do Wietnamu, z której wrócił nieco biedniejszy w znaczeniu finansowym, ale znacznie bogatszy w sferze duchowej (jeśli jako odniesienie przyjmiemy słowo spiritus).

Svalbard, czy też raczej może Spitsbergen, na której to wyspie spędzimy prawdopodobnie większość naszego 7-dniowego pobytu, to miejsce, które tylko pozornie oferuje wyłącznie mróz, gołe skały i straszną śmierć (co czyniłoby z niej mroźną siostrę Australii). Tym, którzy na widok tytułu notki popukali się z politowaniem w czoło, przedstawiam 10 konkretnych powodów, dla których na Svalbard chcę polecieć, a nawet polecę.

10. Tani bilet lotniczy

To najbardziej prozaiczna przyczyna. Linie SAS od niedawna oferują bardzo atrakcyjne ceny na połączenie lotnicze pomiędzy Gdańskiem a Longyearbyen (które to sioło jest administracyjną stolicą prowincji), o ile tylko kupimy bilety odpowiednio wcześniej. Dzięki wyszukiwarce momondo.pl, którą z tego miejsca serdecznie polecam, udało nam się upolować bilety za mniej niż 1000 zł od łebka. Standardowa cena tego połączenia to około 2500 zł, a więc cena jest szczególnie atrakcyjna. Zwłaszcza, że to praktycznie środek „sezonu”.

9. Norwegia

Kolejna prozaiczna przyczyna. Cały czas mam na koncie 49 „zaliczonych” krajów i tak się składa, że w Norwegii nigdy nie byłem. Nie jest to może budżetowa destynacja, ale bardziej niż godna numeru „50” na mojej liście, zwłaszcza że na miejscu nie będziemy na tyle długo, by kompletnie się spłukać… a przynajmniej taką mamy nadzieję. Pomocny w tej ostatniej kwestii będzie fakt, że prowincja jest strefą bezcłową, a co za tym idzie – kupno piwa nie będzie od nas wymagać wzięcia kredytu hipotecznego.

8. Dzień polarny

Pomimo tego, że Svalbard świetnie jest odwiedzić także jesienią czy zimą, kiedy istnieje ogromna szansa na zobaczenie zorzy polarnej, to jeszcze mnie do końca nie pojebało. Nie należę do zmarźlaków, ale zorzę zaliczę sobie innym razem w jakimś cieplejszym miejscu, a tym czasem w czerwcu na Svalbardzie będę cieszył się 24-godzinnym dniem polarnym. Nie mam pojęcia, jak to wpłynie na moje ogólne samopoczucie, ale ufam, że znacznie lepiej niż noc polarna.

7. Lodowce i krajobrazy

Długi dzień niewątpliwie pozwoli nam również bardziej cieszyć się tym, co Svalbard ma (obiektywnie) najlepszego do zaoferowania. Konkretnie – niesamowitymi krajobrazami i całorocznym śniegiem. Wstępnie planujemy 2-3 dniowy trekking w głąb wyspy, aby maksymalnie nacieszyć oczy pięknem natury, choć cena tej przyjemności zapiera dech w piersi co najmniej tak samo, jak oferowane atrakcje. Mamy jednak nadzieję, że posiadanie własnego sprzętu umożliwi nam podziwianie uroków Svalbardu na takich warunkach finansowych, które nie zmuszą nas do uprawiania ekskluzywnej prostytucji przez 2 lata po powrocie do Polski.

Piękno Svalbardu

Aparat pęknie mi w szwach (źródło: 123rf.com)

6. Kajaki

Czy ktoś z Was marzył kiedyś o kajakowaniu w kurtce po lodowatych wodach omywających okolice Bieguna Północnego? Ja też nie, zwłaszcza że kajaki to zdradliwe bestie nawet wtedy, kiedy nie macie na sobie trzech warstw odzieży. Niemniej, to najlepszy sposób na przyjrzenie się z bliska co piękniejszym zakątkom Spitsbergenu, a do tego ciekawe doświadczenie, z którego na pewno nie zrezygnujemy. Wodoodporny case do kamery już posiadam.

5. Psie zaprzęgi

W ramach stopniowania napięcia przed numerem 4 na pewno przejedziemy się również psim zaprzęgiem. Kilkugodzinna przejażdżka tym środkiem lokomocji to coś, na co czekam z dużą niecierpliwością, nawet pomimo tego, że w lato sanie nie są de facto saniami, a wyposażonymi w 4 koła wózkami. Liczę też na dobre ujęcia z tego, jak mój współtowarzysz zaliczy pierwszą spektakularną glebę.

Psi zaprzęg

Czy może być coś fajniejszego? No, poza skuterem śnieżnym… (źródło: 123rf.com)

4. Skutery śnieżne

Nigdy nie jeździłem skuterem śnieżnym i – całe szczęście – nikt mnie nim również nie zwoził ze stoku narciarskiego. Na Svalbardzie kilkugodzinna przejażdżka skuterem śnieżnym to jedna z bardziej popularnych atrakcji, co musi niezwykle radować tych odwiedzających prowincję, którzy szukają w niej ciszy i spokoju. Osobiście mam zamiar wykorzystać moje doświadczenie początkującego motocyklisty i epicko rozpieprzyć się tuż po wykonaniu swojego pierwszego skoku na muldzie. Z tego powodu planuję tę atrakcję na któryś z ostatnich dni.

3. Niedźwiedzie polarne

Pomimo tego, że wolałbym oglądać je z daleka, to bardzo liczę na spotkanie przynajmniej z jednym. Jest na to spora szansa, bowiem według niektórych źródeł, tych przesympatycznych zabójców jest na Svalbardzie więcej niż ludzi. Co więcej, z racji ich obecności prawdopodobnie przygotujemy sobie komplet dokumentów potrzebnych do wynajęcia na miejscu broni palnej. Bez tej ostatniej wychodzenie poza obszary miejskie jest zabronione, chyba że chcecie zginąć rozszarpani przez białego niedźwiedzia lub – co gorsza – dostać norweski mandat. Przedwyjazdowe zajęcia na strzelnicy również nas nie ominą, choć głęboko wierzymy, że będą tylko dodatkową atrakcją, a nie czymś, czego w praktyce będziemy musieli użyć na miejscu.

2. Maskonury

Sam nie wiem czemu, ale te przedziwne ptaszki strasznie mnie kręcą, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Lubię nazywać je tukanami północy, czym narażam się na zdziwione spojrzenia i okazjonalne kopnięcia w dupę od znajomych ornitologów, których na szczęście nie posiadam. Niemniej, maskonury powinny być na miejscu, podobnie jak cała gromada innych ptasiorów o dziwnych nazwach, takich jak alki, wydrzyki, nury, fulmary czy śnieguły. Są nawet kaczki i gęsi… Kto wie, może nawet uda nam się dotrzeć pod Nurzykowy Klif.

Maskonur

Majestatyczny TUKAN PÓŁNOCY! (żródło: 123rf.com)

1. Globalny Bank Nasion

Ostatnia atrakcja w stylu tych najdziwniejszych. Z jakiegoś powodu idea zbudowania na Svalbardzie Globalnego Banku Nasion, który ma być polisą ubezpieczeniową ludzkości na wypadek apokalipsy ekologicznej, jest dla mnie niezwykle ekscytująca. Niestety, do Banku nie można wchodzić, ale już sama możliwość podejścia i dotknięcia budynku, który może (oby nie) być kiedyś ostatnią nadzieją ludzkości, będzie dla mnie czymś tak niesamowitym, jak tylko niesamowite może być dotknięcie betonowej bryły o wartości 9 milionów dolarów. Podejrzewam, że pobiegnę na miejsce od razu po wyjściu z samolotu.


Ten przegląd to w pewien sposób katalog oczywistości i moich własnych zboczeń, co nie zmienia faktu, że te siedem pełnych dni, które wraz z kumplem planujemy spędzić na Svalbardzie, jawi się nam jako prawdziwa, męska przygoda, podczas której nie tylko zmarzniemy, ale także naoglądamy się niesamowitych rzeczy. Podejrzewam, że czytając o Spitsbergenie, a następnie już będąc na miejscu, do powyższej listy dopiszę co najmniej 10 (albo i 20) kolejnych punktów. Możecie się spodziewać, że na miejscu nakręcę też dla Was chore ilości materiału wideo, narobię kretyńskich zdjęć, a po wszystkim zanudzę Was na blogu kolejną relacją.


Podobał Ci się ten wpis? Możesz poczytać inne moje posty o Norwegiipolubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

REKLAMA:

komentarze 2

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram305
  • Google+2