Międzynarodowa Wystawa Przyjaźni na Myohyangsan

Myohyangsan to, w wolnym tłumaczeniu, Tajemnicza Pachnąca Góra, znajdująca się w północnej części Korei Północnej. Jeśli ktoś spędziłby te 2 godziny w samochodzie tylko po to, aby poczuć jakiś frapujący zapach, to byłby zapewne srogo zawiedziony – góra pachnie standardowo: mieszaniną sosenki, dymu i – od czasu do czasu – ludzkich wydzielin najgorszego sortu, jako że miejsce poprzecinane jest szlakami spacerowymi, ale wygódki na szlaku raczej się nie uświadczy.

Gdyby w Korei Północnej religia nie była – delikatnie mówiąc – passe, to miejsce zapewne byłoby odwiedzane przez więcej osób. Na stokach góry znajduje się powiem świątynia Pohyon (zrównana z ziemią przez amerykańskie bomby, a następnie częściowo odbudowana), a także kilka pustelni. Poza tym Myohyangsan to także legendarne miejsce zamieszkania Króla Tanguna – gościa, który zgodnie z tradycją był protoplastą Koreańczyków.

A. No i jest tam jeszcze najprawdopodobniej największy publicznie dostępny skarbiec na świecie. Taki detal.

Myohyangsan - wnętrze

Tu możecie rzucić okiem na ten fragment wnętrza Wystawy, który udało mi się sfilmować

Międzynarodowa Wystawa Przyjaźni to jedno z najbardziej kuriozalnych muzeów w Korei Północnej. W dwóch budynkach, z zewnątrz wyglądających ciekawie, ale niezbyt imponująco, składowane są „prezenty”, które Kim Ir Sen oraz Kim Dzong Il otrzymali od liderów innych państw w ramach standardowej, grzecznościowej wymiany dyplomatycznej. Rzecz jasna, odwiedzający słyszą poprzednie zdanie z pominięciem członu „w ramach […] wymiany dyplomatycznej”, co służy krajowej propagandzie i ma pokazać narodowi, że ich wodzowie są tak kochani na świecie, że otrzymują podarki za frajer.

Myohyangsan - drzwi wejściowe

Można poczuć się jak w Gwiezdnych Wojnach

Domyślam się, że w Waszych głowach jak do tej pory całość nie wygląda imponująco, ale czytajcie dalej.

Budynki, które na miejscu widzi się z zewnątrz, to tylko wierzchołek skurwysyńsko wielkiej góry lodowej. W obu przypadkach kompleksy muzealne ciągną się kawał drogi w głąb wzgórza, a całość wystawy zajmuje dobrze ponad 150 dużych pokoi i sal, po sufit wypchanych najróżniejszym, drogim badziewiem. Co więcej, taka konstrukcja sprawia, że oba budynki (zapewne połączone jakimś korytarzem) mogą służyć jako solidnej jakości schrony – dba o to nie tylko ich zakorzenienie w górze Myohyang, ale także ciężkie, zdobione, metalowe drzwi, będące pierwszą rzeczą, o jakiej opowie Wam przewodnik. Tak – przewodnik; bez niego człowiek najpewniej po prostu zgubił by się na miejscu.

Zwiedzanie kompleksu to sprawa czasochłonna i dość upierdliwa. Z racji tego, że zgromadzone w muzeum prezenty świadczą o chwale Wodzów, turyści spędzają na miejscu około 3 godzin, czyli mniej więcej o 2 godziny za dużo. Zanim odwiedzający wejdzie do właściwego muzeum, musi wzuć na buty typowo szpitalne ochraniacze (z uwagi na marmurowe posadzki), a także zostawić w szatni wszystko, co nie jest ubraniem, dokumentami i pieniędzmi – włączając w to także aparat fotograficzny. Nie, nie wydaje Wam się – fotografowanie zbiorów Kimów jest zabronione i praktycznie niemożliwe bez specjalnej zgody. A szkoda, bo jest co fotografować.

Sam budynek (w ilości dwóch sztuk) w środku to po prostu dłuuugie korytarze z wysokimi drzwiami osadzonymi po bokach. Każde z nich prowadzą do sali o powierzchni od kilkudziesięciu do kilkuset metrów kwadratowych, na której ścianach zobaczycie setki przeróżnych przedmiotów, zabezpieczonych w szklanych gablotach. Oczywiście, co większe rzeczy stoją sobie luźno na środku tych pokojów, odgrodzone od zwiedzających ozdobnymi linami. Nie chcę wiedzieć, ile osób codziennie odkurza cały ten szajs.

Prezentów jest MASA. Z trzech godzin naszego pobytu dwie spędziliśmy w części poświęconej Kim Ir Senowi (zgodnie z licznikiem w jednej z sal otrzymał on łącznie ok. 120 tys. prezentów), a jedną – w części dedykowanej jego synowi (ok. 60 tys. giftów). Jako że nasza trasa miała charakter skrócony (sic!), obejrzeliśmy sobie tylko najbardziej imponujące podarki, a także te pochodzące z Polski, wysyłane regularnie do 1990 roku. Chcecie przykładów? Proszę bardzo!

Gabarytowo najlepiej spisywał się sam batiuszka Stalin. W oddzielnej, stosunkowo niedawno otwartej hali znajduje się pochodzący od niego samolot, a w innej – trzy potężne samochody produkcji radzieckiej. Sagę transportową zamyka pancerny wagon, podarowany Kim Ir Senowi przez Mao Zedonga, a wszystkie maszyny można niestety oglądać tylko z zewnątrz. Nie, nie można się przejechać.

Jeśli chodzi o rozmiar średni, to tu na pierwszy plan wychodzą państwa afrykańskie, których rozmiary prezentów są odwrotnie proporcjonalne do zamożności danego kraju. Rzeźby z hebanu czy kości słoniowej mają nieraz imponujące gabaryty, a do tego często służą jako coś więcej niż tylko bardzo nieporęczne durnostojki (zazwyczaj jako lampa albo inny typ mebla). Na tym polu wyróżniają się również Chiny, chociaż na mnie największe wrażenie zrobił zestaw biurowy (biurko, krzesło + okoliczne pierdoły) w całości wykonany z pojedynczych płatów aluminium i przysłany z – o ile mnie pamięć nie myli – Francji lub Szwecji.

Z „wagi lekkiej” warto wspomnieć o PIERDYLIONIE sztuk przeróżnej broni – libijskiej, japońskiej, nepalskiej i tak dalej. Szable, pistolety i inne ostre gówna to generalnie popularny prezent dyplomatyczny, więc w zasadzie nikogo nie powinno to dziwić. W tej kategorii jednak znajdziemy również najdziwniejsze z podarków, w tym:

  • najnowsze modele aparatów fotograficznych (często w różnokolorowych parach, bo jeden wszak dla żony), disc-manów (!), telewizorów i innych urządzeń RTV-AGD od firm z całego świata;
  • płyty CD z muzyką (jest nawet Limp Bizkit) i kasety VHS z przeróżnymi filmami (Kim Dzong Il był znanym wielbicielem kinematografi);
  • piłkę do kosza podpisaną przez Michaela Jordana (od Madeleine Allbright) czy dość zwyczajną, kryształową popielniczkę od Harry’ego Trumana;
  • wypchane zwierzęta, w tym niedźwiedź prosto od Nicolae Ceausescu, czy – szczyt wszystkiego – stojący na dwóch nogach krokodyl trzymający tacę z kieliszkami;
  • mnóstwo obrazków i tablic pamiątkowych dołączanych do piór, zegarków (widzieliśmy co najmniej dwa Breitlingi) i innych tego typu pierdół, przesyłanych przede wszystkim przez osoby prywatne i sympatyków idei Dżucze na świecie (co jest trochę straszne);
  • wreszcie – podarki z Polski: zazwyczaj dość biednie wyglądające kryształowe wazy i zastawa, jedna szabla i… pistolet od towarzysza Bieruta, który pewnie jako jedyny wybrał prezent osobiście. Jeśli dłużej się nad tym zastanowić, to może to i lepiej, że nie mamy się czym chwalić na tym polu.

Po tych wszystkich „wspaniałościach” nadeszła wreszcie pora na moment kulminacyjny, czyli odwiedziny u woskowych Kimów. Bardzo naturalnie wyglądające rzeźby, ustawione na tle urokliwych pejzaży, otoczone są kolejnymi prezentami, chociaż klucz ich doboru nie był dla nas jasny. We wszystkich trzech pokojach (Kim Ir Sen, Kim Dzong Il i Kim Dzong Suk) Koreańczycy rzecz jasna kłaniają się w pas, ale my – jako goście ambasady kraju UE – byliśmy zwolnieni z tego krępującego zwyczaju i wymagano od nas tylko krótkiego stanięcia na baczność… co i tak zrobiliśmy z niejakim zażenowaniem. Generalnie zażenowanie, od czasu do czasu połączone z zaciekawianiem, to uczucie, które przez cały czas towarzyszyło nam na miejscu, tym bardziej że przewodniczka każdą opowieść o danym eksponacie kończyła pytaniem „You like?”, na które nie wypadało nie odpowiedzieć.

Myohyangsan - strażnik

Tak, dobrze widzicie – to jest SREBRNY Kałasznikow

Po wszystkim pozostało nam tylko wrócić do samochodu i skoczyć coś zjeść. Posiłek nie był wybitny, a humor dodatkowo psuła nam świadomość, że trzygodzinna wizyta w muzeum uniemożliwiła nam zwiedzenie pobliskiej świątyni, jeśli chcielibyśmy zdążyć na wieczorne obchody pierwszomajowe w stolicy. Ostatecznie świątynię postanowiliśmy olać (mieliśmy w planach jeszcze jedną), a na obchody – z przyczyn proceduralnych – i tak nie poszliśmy. Na szczęście, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, z pomocą przyszło nam lokalne piwo i idealna pogoda na jego wieczorne spożywanie.


Podobał Ci się ten wpis? Poczytaj inne notki o Korei Północnej! Możesz również polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

WSPOMÓŻ MNIE I KLIKNIJ:

Brak komentarzy

Skomentuj czy coś: