Naturalny prysznic w Wonsan

Wonsan. Władysławowo Korei Północnej. Miasto-kurort, malownicze mniej więcej tak samo jak Ruda Śląska (z całym szacunkiem). Już od wjazdu na jego teren człowiek wie, że na miejscu nie ma co liczyć na wyjątkowo estetyczne rozwiązania urbanistyczne, chociaż – jak w całej Korei Północnej – wielbiciele betonowych monumentów na pewno znajdą tu coś dla siebie.

Tak naprawdę to niewielkie miasto ma do zaoferowania tylko jedną atrakcję, a jest nią tutejsza plaża, nie skażona nie tylko tak powszechnymi gdziekolwiek indziej na świecie śmieciami (trudno wyrzucić na piasek papierek po batoniku, kiedy nie ma się możliwości kupna batonika), ale także innymi ludźmi. Obywatel Korei Północnej nie ma czasu na bezproduktywne siedzenie na plaży, bo musi pracować na chwałę swojego narodu. Obywatel Korei Północnej może jednak przyjść na plażę w innym celu – właśnie po to, by pracować… albo się umyć.

Wonsan - plaża

Parawaning jest tutaj raczej mało popularny

Ta pierwsza kategoria chyba nie jest specjalnym zaskoczeniem. Utrzymująca się w KRLD susza jest poważnym problemem nie tylko dla rządzącej elity, bezsilnie rozkładającej ręce nad problemem, którego nie da się rozwiązać przez rzucanie weń fałszywymi dolcami; ale także – a nawet przede wszystkim – dla normalnych ludzi, nie mających co włożyć do przysłowiowego garnka. Rybołówstwo, jak zdążyliśmy z Beatą zauważyć już w Pjongjangu, jest popularną metodą na walkę z głodem, choć trudno mi uwierzyć w to, by stołeczna rzeka mogła stać się skutecznym remedium na ten problem. Co innego morze – nie dość, że obfitujące we wszelkiego łuskowatego zwierza, to jeszcze – jak na ten rejon Azji – bardzo czyste. W związku z powyższym na plażach Wonsan da się dostrzec liczne łodzie, a obok nich także rybaków, którzy z typową dla przedstawicieli tego zawodu beztroską wpatrują się w wodę w oczekiwaniu na to, by ryby magicznie wmaszerowały w ich sieci.

Jeśli chodzi o ludzi myjących się w morskiej, niekoniecznie przyjemnej dla skóry wodzie, to tu ponownie problem (najprawdopodobniej) wynika z potrzeby reglamentacji tego życiodajnego płynu. Mijając rzeki w KRLD bardzo szybko da się dostrzec, że ich nurty zwężone są niejednokrotnie do ledwo ciurkających strużek, a chętnych do zutylizowania nawet tych resztek jest niemało. Można więc śmiało założyć, że w Korei Północnej woda używana jest przede wszystkim do zasilania ledwo dychających plonów oraz do zaspokajania podstawowych potrzeb ludności. W połączeniu z powszechnym brakiem ciepłej wody w mieszkaniach czy domach, a także równie powszechnym występowaniem łazienek komunalnych (służących lokatorom kilku mieszkań na raz), trudno się dziwić, że Koreańczycy o bardziej cywilizowanych przyzwyczajeniach ablucyjnych udają się w celu ich zaspokojenia nad morze. Tu wody jest pod dostatkiem, a jej temperatura może być niejednokrotnie bardziej satysfakcjonująca niż ta, z którą można zetknąć się w przypadku ewentualnej (o ile w ogóle istniejącej) kranówy. W morzu myją się wszyscy, choć my zauważyliśmy przede wszystkim dzieciaki i osoby starsze. Te pierwsze traktują całość jak zabawę, natomiast tym drugim jest już zapewne wszystko jedno.

Sytuacja jest o tyle bardziej groteskowa, że z wonsańskiej plaży bardzo łatwo można dostrzec górujący nad okolicą hotel Tongmyong. Pobudowany w pobliskiej miescowości Songdowon i zaopatrzony w obowiązkową, obrotową restaurację na szczycie, oferuje swoim zagranicznym gościom nie tylko wspaniałe widoki i sławetną czystość przyhotelowego akwenu, ale zapewne także ciepłą wodę pod prysznicem, której brak zbulwersowałby odwiedzających nawet bardziej niż nieodpowiednio wyposażony mini-bar. Podwodny (sic!) hotel, którego projekt został ogłoszony przez władze w 2014 roku, pewnie również może liczyć na doprowadzenie gorącej wody.

Plaża w Wonsan na pewno nie zdobyłaby żadnego z miejsc w Top 10 najbardziej malowniczych plaż wszechczasów, ale mogłaby zbliżyć się do podium w kategorii plaż najbardziej wyludnionych. Tych odwiedzających, którzy wpadli na nią tylko po to, by przez chwilę rekreacyjnie pokorzystać z czystej wody i promieni słonecznych, można policzyć na palcach jednej ręki. No, ale przynajmniej można sobie na niej pierdolnąć udaną sesję ślubną – nikt nie pałęta się przed obiektywem, a nielicznych obmywających pachy staruszków będzie można potem wyciąć w jakiejś koreańskiej wersji Photoshopa…


Podobał Ci się ten wpis? Poczytaj inne notki o Korei Północnej! Możesz również polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

WSPOMÓŻ MNIE I KLIKNIJ:

Skomentuj czy coś: