Koreańska Strefa Z(de)militaryzowana

Nasz ostatni pełen dzień w Korei Północnej ponownie zaczął się wcześnie – już o 7:30 rano. Było to możliwe dzięki temu, że poprzedni wieczór – po tym, jak wróciliśmy spod wodospadu Ulim – skończył się dość spokojnie. Po kolacji zjedzonej na szczycie hotelu Yanggakdo pokręciliśmy się jeszcze trochę po wieczornym Pjongjangu, czyniąc obserwacje odnośnie prądu; a następnie obskoczyliśmy kilka „zaległych” miejsc, w tym plac Kim Ir Sena czy fontannę Diamentowych Wrożek. Przy okazji oględzin tego ostatniego dowiedzieliśmy się, że w KRLD generalnie pomniki stawia się tylko ludziom zasłużonym w jakiś sposób dla reżimu, nawet jeśli sportretowane postacie pozornie nie mają z reżimem nic wspólnego. I tak, Diamentowe Wróżki to najprawdopodobniej grupa baletnic, która „bohatersko” straciła życie w katastrofie lotniczej, lecąc gdzieś reprezentować swój ukochany kraj. Nie zdziwiłbym się, gdyby w oficjalnym komunikacie podano, że baletnice do ostatniej chwili ćwiczyły piruety w ciasnym korytarzu, a tuż przed rąbnięciem w ziemię wszystkie wykonały synchroniczne salto ku chwale Wodza.

Pjongjang - pomnik Diamentowych Wróżek

Pomnik prawdopodobnie poświęcony tragicznie zmarłym stewardessom

Tak czy owak, we czwartek 3 maja 2015 roku ruszyliśmy aż trzema samochodami w kierunku południa kraju. Na pokładzie mieliśmy wszystkich pracowników ambasady, którzy jeszcze nie byli w Strefie Zdemilitaryzowanej lub takich, którzy po prostu chcieli ją odwiedzić jeszcze raz. Tej drugiej grupie, szczerze powiedziawszy, bardzo się dziwię.

Jadąc na południe, po raz drugi minęliśmy pomnik Dwóch Sióstr, czy też – bardziej oficjalnie – Łuk Zjednoczenia. Ta ogromna, betonowa konstrukcja powstała w 2001, aby upamiętnić – uwaga – STARANIA Kim Dzong Ila na polu dążenia do zjednoczenia narodu koreańskiego. Dwie kobiety odziane w tradycyjny strój choson-ot trzymają w dłoniach mapę całego półwyspu koreańskiego, symbolizującą trzy kroki, które Wieczny Sekretarz Generalny opracował w ramach planu reunifikacji. Kroków tych nie będę tutaj omawiał, zwłaszcza że – pomimo chwilowego, faktycznego ocieplenia stosunków pomiędzy Koreami za rządów drugiego z Kimów – pozostały one tylko na papierze, a pamiątką po nich pozostał tylko ten jeden monument.

Pjongjang - Łuk Zjednoczenia

Pod monumentem jak zwykle tłoczno – jak to w KRLD

Po śmignięciu pod pomnikiem dobrych intencji nie pozostało nam nic innego, jak szybko przebyć niecałe 200 km, dzielące stolicę Korei Północnej od miasta Kaesong, a następnie Strefy Zdemilitaryzowanej. Droga na południe jest w stosunkowo dobrym stanie, a do tego bywa momentami bardzo szeroka, także po ok. 2 godzinach byliśmy na miejscu… i stanęliśmy w ogromnym korku.

Jak być może wiecie, Koreańska Strefa Zdemilitaryzowana ciągnie się z grubsza wzdłuż 38 równoleżnika przez 250 km – od morza do morza. To niestandardowe miejsce powstało po Wojnie Koreańskiej po to, by maksymalnie ograniczyć kontakt wzrokowy pomiędzy oboma krajami, tym samym minimalizując ryzyko wybuchu kolejnego konfliktu. Dodatkowo, Strefa służyła (i czasem nadal służy) jako neutralne miejsce spotkań i prac komisji dbających o to, by obie Koree znów nie skoczyły sobie do gardeł. Pominę tutaj detale historyczne, bo sytuacja jest na tyle skomplikowana, że nawet jej skrótowe opracowanie zajęłoby mi kilka notek (w razie czego odsyłam do odpowiedniego wpisu historycznego). To, o czym jednak muszę wspomnieć to fakt, że Koreańska Strefa Zdemilitaryzowana jest równocześnie strefą najmocniej na świecie zmilitaryzowaną. Po obu stronach granicy zgromadzono sprzęt wojskowy o wartości milionów dolarów, a także liczne oddziały wojskowe tylko czekające na to, by ktoś dał im sygnał do ataku. Ponadto, na terenie Strefy znajduje się największe na świecie pole minowe, na widok którego każdy szanujący się Czerwony Khmer miałby łzy w oczach. Wreszcie, pomimo tego, że według norm międzynarodowych w Strefach Zdemilitaryzowanych nie powinien funkcjonować żaden ruch, a już zwłaszcza turystyczny, po obu stronach granicy w okolicy miejscowości Panmunjom codziennie pojawiają się setki ludzi, ostrzeliwujące drugą stronę krótkimi seriami z aparatów fotograficznych. Oczywiście, to w części południowej spotkamy większą ilość turystów, którzy tylko tak mogą – bez wydawania fury pieniędzy – zerknąć sobie z daleka na KRLD. W części północnej odwiedzających Strefę jest zdecydowanie mniej, ale i tak zdarza się, że autokary z turystami z Chin szczelnie korkują wjazd na miejsce, a następnie tamtejszy parking. Sami zresztą się o tym przekonaliśmy.

Zwiedzanie DMZ od strony północnej polega głównie na czekaniu: na wjazd do samej Strefy, na kontrolę wojskową, na wskazanie miejsca parkingowego, czy wreszcie – na start samej wycieczki. Oczywiście turyści nie mogą biegać po obszarze samopas, choćby ze względu na miny, o których wspomniałem wcześniej. Każda wycieczka prowadzona jest przez wojskowego, który z pokerową twarzą opowiada najpierw o podstawach funkcjonowania obszaru (zwiedzający czuje się tak, jakby był na briefingu przed operacją wojskową), a następnie równie beznamiętnie wodzi odwiedzających od budynku do budynku, informując obszernie o tematyce zgromadzonych w nich zdjęć i przeróżnych gadżetów, na czele z wypłowiałą flagą Narodów Zjednoczonych. Dwuczęściowy finał wycieczki składa się z odwiedzin na „tarasie widokowym”, z którego rozciąga się widok na najbardziej fotogeniczne elementy Strefy (w tym pomalowane na jasnoniebieski kolor budynki, w których odbywały się rozmowy prowadzące do zawieszenia broni); a także – jeśli będziecie mieli trochę szczęścia – z odwiedzin w jednym ze wzmiankowanych baraków. Będąc w środku turysta ma okazję formalnie przekroczyć granicę pomiędzy Koreami i rzucić okiem na stojących przy drzwiach żołnierzy z południa.

Jeśli miałbym jednym słowem określić wizytę w DMZ od strony północnej, to użyłbym wyrażenia „przereklamowana”. Tak naprawdę spacer jest średnio ciekawy, a grupy są duże, w związku z czym trudno jest wyciągnąć ze spaceru jakieś konkretniejsze informacje, tym bardziej że większość z podawanych „faktów” nosi bardzo wyraźne nacechowanie propagandowe. Dla nas największą atrakcją okazał się… fakt bycia największą atrakcją dla żołnierzy stacjonujących po drugiej stronie. Dwóch wojskowych – w tym jeden, zdaje się, ze Szwecji – z dużym zainteresowaniem obserwowało ruch po drugiej stronie granicy, a jeden zrobił nam całą serię zdjęć.

Koreańska Strefa Zdemilitaryzowana - żołnierze

Zajarani żołdacy

Swoista „magia” Strefy Zdemilitaryzowanej jest niestety w dużej mierze niedostępna dla zwiedzających. Poza sprawami ewidentnymi, takimi jak „wojna” na ilość kamer po obu stronach granicy czy też widoczne tu i ówdzie zabezpieczenia przeciwczołgowe, turysta nie będzie miał okazji podziwiać na przykład słynnych masztów flagowych, pobudowanych na zasadzie „kto wyżej”; czy popatrzeć sobie na propagandowe wioski, stawiane przez rząd KRLD w pobliżu granicy po to, by pochwalić się pozornym bogactwem. Nie byłem jeszcze w Korei Południowej, ale wydaje mi się, że jeśli ktoś liczy na podobne atrakcje, to swoje zwiedzanie DMZ powinien zaplanować raczej z tamtej strony, gdzie podejście do całej sprawy nie jest może swobodne i lekkie, ale na pewno bardziej zbliżone do europejskiego. Wreszcie, możliwość „bezkarnego” postawienia stopy w Korei Południowej nie jest dla Europejczyka niczym specjalnym, chociaż w historii Strefy znalazł się przypadek Rosjanina, który tak bardzo chciał „na dziko” przekroczyć granicę, że prawie został zastrzelony. Zaufajcie mi i uwierzcie, że Koreańczycy z obu stron nie mają w tej kwestii poczucia humoru: wszelkie podobne próby mogą po prostu skończyć się śmiercią, a wy nie zdążycie nawet wrzucić zdjęcia na Fejsa.

Koreańska Strefa Zdemilitaryzowana

Żołnierze z Północy przy faktycznej granicy

Przereklamowana czy nie, Strefa Zdemilitaryzowana znajduje się w programie niemal każdej wycieczki do Korei Północnej i w sumie trudno się dziwić. Jest to ewenement na skalę światową, nawet jeśli z południowokoreańskich głośników właśnie nie leci rozwalony na cały regulator k-pop, a na niebie nie widać balonów przenoszących ulotki propagandowe, czy choćby sylwetki koronnika czerwonego (niezwykle rzadkiego gatunku żurawia, występującego w granicach tutejszego rezerwatu przyrodniczego, obok – prawdopodobnie – równie rzadkich: tygrysa syberyjskiego czy lamparta amurskiego). Poza tym, w drodze powrotnej do Pjongjangu można zahaczyć nie tylko o miasto Kaesong, ale także o kilka innych miejsc, które w naszym przypadku tak naprawdę „zrobiły” tę wycieczkę.


Podobał Ci się ten wpis? Poczytaj inne notki o Korei Północnej! Możesz również polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

WSPOMÓŻ MNIE I KLIKNIJ:

Skomentuj czy coś: