Wielkie żarcie w Kaesong

Położone w bezpośrednim sąsiedztwie granicy z Koreą Południową miasto Kaesong to ważny ośrodek przemysłowy Korei Północnej, a także dość przeciętne miasto, o którym jednak wypada powiedzieć kilka słów.

Przede wszystkim, bliskość granicy sprawia, że miasto jest ewenementem jeśli chodzi o tutejszą specjalną strefę przemysłową. Pobudowane w miejscowości i dookoła niej fabryki specjalizują się przede wszystkim w przemyśle lekkim – na miejscu mamy między innymi zakłady tekstylne czy związane z produkcją specyfików na bazie żeń-szenia, a także zakład przetwarzania kamieni szlachetnych. Co ważne, w Strefie Przemysłowej Kaesong pracuje nie tylko 1/6 ludności miasta, ale także około tysiąca zatrudnionych z Korei Południowej. Ludzie z bardziej cywilizowanej części półwyspu dojeżdżają do pracy specjalną linią kolejową albo samochodami, a na miejscu – pomimo zakazu używania wonów z Korei Południowej – mogą zrobić zakupy m.in. w sklepie znanej w Azji, japońskiej sieci Family Mart, do którego Koreańczykom z północy wchodzić nie wolno. W 2013 roku współpraca pomiędzy formalnie wrogimi krajami na chwilę zawisła na włosku, kiedy to – w czasie trwania Kryzysu Koreańskiego (związanego rzecz jasna z testami jądrowymi) – pracownicy z Najlepszej Korei opuścili swoje stanowiska pracy, a na miejscu zostało kilkuset Koreańczyków z Południa. Po ociepleniu stosunków i sześciu rundach rozmów Strefa została jednak otwarta na nowo i funkcjonuje do dziś, znacznie (i pozytywnie) wpływając na PKB całego kraju.

Kaesong

Miasto – na pierwszy rzut oka – nie zachwyca

Jeśli chodzi o samo miasto Kaesong, to na pewno zostalibyśmy w nim dłużej, gdybyśmy mieli więcej czasu. Na tle całej Azji jego atrakcje turystyczne nie urywają wprawdzie szczęk – mamy tu między innymi stare miasto, kilka bram, mostów i pawilonów; pozostałości paru pałaców i fortec; dwa królewskie grobowce czy wreszcie Muzeum Koreańskie (do którego – po odwiedzinach w innych północnokoreańskich muzeach – nawet nie chcieliśmy się zbliżać). Należy jednak pamiętać, że pod względem prawdziwych zabytków Pjongjang nie oferuje zwiedzającym praktycznie nic wartego uwagi, więc na tym tle Kaesong błyszczy niczym ostatnia perła w bardzo zniszczonej koronie któregoś z ostatnich władców Wielkiej Korei. Czy to z powodów formalnych (aby oddalić się od stolicy na więcej niż 70-80 km nawet dyplomacja potrzebuje odpowiednich zezwoleń, które również są ograniczone miejscowo), czy czasowych nie udało nam się niestety pochodzić po samym mieście. Na jego centrum zerknęliśmy sobie tylko z okien w drodze do Strefy Zdemilitaryzowanej, a po odwiedzinach na granicy spożyliśmy tu tylko „skromny” lunch. „Skromny”, bo do skromności było mu tak blisko, jak władzy w KRLD do władzy demokratycznej.

Kaesong - restauracja dla turystów

Okolice restauracji okazały się znacznie bardziej malownicze

Przy okazji notki o jedzeniu w KRLD pisałem, że przy ważniejszych okazjach jedzenie w KRLD serwuje się w formie niewielkich potraw, zgromadzonych w dużej ilości (zależnej od znaczenia gościa) miseczek. Nie wspomniałem jednak, że ta forma wywodzi się właśnie bezpośrednio z Kaesong i północy kraju, gdzie w zakresie gastronomii utrzymują się jeszcze dość luksuśne tradycje, mocno pachnące południową częścią półwyspu. Nasz posiłek spożyliśmy siedząc na podłodze przy małych, zdobionych stolikach, ustawionych w jednym z kilku pawilonów na terenie restauracji, której nazwy niestety się nie doszukałem. Dzięki takiej formie goście mają zapewnioną prywatność, choć trudno nie odnieść wrażenia, że w naszym przypadku częściowo chodziło o odgrodzenie nas od bardziej standardowej klienteli. Potrawy tradycyjnie nie są podawane, a już czekają na stole – nie wpływa to na nie negatywnie, bo wszystkie są zimne (chociaż funkcjonują też wersje z gorącą „dostawką” w formie – na przykład – bibimbapa, a ciepła bywa również zupa). Dzięki małym porcjom goście mogą spróbować praktycznie wszystkich regionalnych specjalności, a gardło przepłukują herbatą albo łykami alkoholowego soju, również podanego w miseczce. Nie jestem pasjonatem kulinariów, więc trudno jest mi punkt po punkcie wskazać, co jedliśmy. Dość powiedzieć, że pośród 12 (standardowa liczba) potraw każdy znalazł coś, co mu smakowało – mogły to być pyeonsu (kwadratowe pierożki), bossam kimchi (specjalnie zwijana kapsuta), placuszki z nori (prasowane wodorosty znane z sushi) czy mój faworyt, czyli słodkie, niby-orzechowe i melasowate umegi. Tak duża ilość smaków sprzyjała również wymianom i praktycznie każda z potraw znalazła swojego amatora, choć na dziwne, galaretowate prostopadłościany w sosie sojowym długo trzeba było szukać chętnego.

Po posiłku założyliśmy buty (w pawilonie siedziało się bez nich) i ruszyliśmy w stronę tych atrakcji, które mieliśmy obejrzeć dokładniej. W planach mieliśmy pobliską świątynię Ryongtongsa oraz wodospad Pakyon.


Podobał Ci się ten wpis? Poczytaj inne notki o Korei Północnej! Możesz również polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

WSPOMÓŻ MNIE I KLIKNIJ:

Skomentuj czy coś: