Wodospady, malarze i porno made in KRLD

Z perspektywy czasu mogę z dużą pewnością powiedzieć, że jeśli kiedykolwiek uda mi się wrócić do Korei Północnej, to tym razem – o ile ktoś w ogóle da mi wybór – znacznie więcej czasu poświęcę na eksplorację okolic Kaesong. Oczywiście nie zjeździliśmy całej KRLD wzdłuż i wszerz, a w północno-wschodniej części kraju w ogóle nie postawiliśmy stopy (a można tam wejść choćby na monumentalną górę Pektu-san), niemniej to właśnie okolice granicy z Koreą Południową wydały mi się najbogatsze w potencjał typowo podróżniczy…

Dowody? Proszę bardzo.

Pomijając samo miasto, które potraktowaliśmy bardzo po macoszemu, wystarczy przejechać się 25 kilometrów w głąb kraju, by szybko trafić na malowniczą szutrówkę prowadzącą do wodospadu Pakyon. Miejsce to, pomimo iż nieco mniej malownicze od dość podobnego wodospadu Ulim, jest nieco bardziej popularnym celem wypraw miejscowej ludności. 37-metrowy, wąski wodospad został otoczony iście piknikową infrastrukturą, zachęcającą nie tylko do spędzania czasu w cieniu licznych drzewek, ale również do kąpieli czy dłuższych spacerów po najbliższej okolicy. Sama droga pod wodospad również została ewidentnie przygotowana pod turystów – na trasie co i rusz mija się dobrze przygotowane punkty widokowe (na jednym z nich zauważyliśmy nawet znak wskazujący trasę trekkingową – nie chcę nawet myśleć o tym, ile pozwoleń trzeba uzyskać, żeby z niej skorzystać), sponiewierane gipsowe zwierzątka, upieprzone spalinami krasnale i inne bzdety, które całej wyprawie nadają pozór odwiedzin w bardzo budżetowej wersji Disneylandu. Wreszcie, ostatnim elementem lokalnego kolorytu, nad którym warto się na moment pochylić, są malarze.

KRLD - trasa trekkingowa

Powiem szczerze: czegoś podobnego się nie spodziewałem

Jak wspomniałem przy okazji odcinka JeBS!+ o zakupach w Korei Północnej, malarstwo to jeden ze sposobów tego kraju na powolne ciułanie dolarów. Ręcznie malowane miniatury, plakaty propagandowe czy wreszcie pełnoprawne dzieła przedstawiające kwitnące wioski i krajobrazy KRLD to popularne pamiątki z tego kraju, przy okazji często prezentujące bardzo przyzwoity poziom artystyczny (przynajmniej na moje laickie oko). Sztuka wszelakiego typu to zresztą nie tylko źródło przychodu, ale także stosunkowo neutralny sposób na promowanie kraju za granicą – nie bez powodu duża część pracy miejscowych ambasad polega na organizowaniu różnorodnych wystaw, wymian kulturalnych czy wysyłek miejscowych dzieł do innych krajów. W ten sposób Korea Północna może zaprezentować światu „ludzką twarz” i faktyczne piękno kraju… Zakładając oczywiście, że nie mówimy o wystawach plakatów, których głównym tematem są głowice nuklearne i elementy amerykańskiej flagi kruszone pod butami wściekłych Azjatów o natchnionych facjatach.

Wzmiankowane malunki – wszystko jedno jakiego typu – powstają przy dużym udziale rządu KRLD. Szkoły i różnego typu „pałace młodzieży” bardzo szybko odławiają wszelakie talenty – w tym plastyczne – które następnie kierowane są odgórnie na właściwą ścieżkę kariery, kończąc ostatecznie z pędzlem w dłoni, ewentualnie w warsztacie studia rzeźbiarskiego Mansudae, o którym już wspominałem. Wydaje się, że jeśli tylko taki „mistrz z nadania” nie wykazuje odchyłów w stronę sztuki nieprawomyślnej (jak to w komunizmie, tutejsza wierchuszka szczególnie mocno zdaje się cenić realizm oraz – z drugiej strony – łatwy do przejrzenia symbolizm o „czerwonym” zabarwieniu), to może wieść całkiem wygodne życie, przynajmniej jak na realia północnokoreańskie. Oczywiście, „wygodne” może mieć w tym wypadku całą masę znaczeń, ale mówiąc o Korei Północnej można sobie wyobrazić los o wiele gorszy od spędzania kilku godzin dziennie w cieniu wodospadu Pakyon, pracując nad jego wizerunkiem, który następnie zawiśnie w domu jakiegoś zadowolonego z siebie Europejczyka. Po raz setny przypomnę jednak przy okazji, że te 200 czy 300 dolarów wydane na nawet najpiękniejszy obraz, nigdy nawet nie otrze się o dłoń artysty. Większość tych pieniędzy trafi do rządu, mała część do sprzedawcy, a malarz dostanie co najwyżej dodatkowy przydział ryżu. Samemu trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czy zasilenie wojskowych pomiatających krajem taką kwotą jest usprawiedliwione, pamiętając jednocześnie, że na drugiej szali leży życie zwykłych ludzi, chcących po prostu utrzymać swoje rodziny…

KRLD - malarz przy pracy

Mistrzuniu przy pracy

No dobra, zrobiło się trochę drętwo – wypadałoby trochę oczyścić atmosferę. Zróbmy to za pomocą małej krotochwili natury erotycznej.

Jak być może wiecie, pornografia w Korei Północnej jest nielegalna (być może niedługo nieco rozwinę ten temat), a jej posiadanie – surowo karane. W związku z powyższym, podejście do tematu seksu wśród Koreańczyków jest mniej więcej takie, jak naszych pradziadków: każdy wie, że coś tam się dzieje, każdy w sumie wie również jak, ale kiedy jakaś spódniczka przez przypadek wzniesie się powyżej kolana, to wszyscy nagle czerwienieją jak róż pąki i powstrzymują krwotoki z nosa. Nikogo nie powinno więc dziwić, że po wizycie pod wodospadem nasz – już ewidentnie zaprzyjaźniony – koreański opiekun, którego na takiej wycieczce mieć musieliśmy, chichocząc jak 11-letni podlotek zaoferował nam szybki spacer pod „atrakcję specjalną dla facetów”. Zaintrygowani weszliśmy po kilkunastu kamiennych schodkach na niepozorne wzniesienie, a tam naszym oczom ukazało się to, co widzicie poniżej. Ocenę tego, jak bardzo „specjalnia” była to atrakcja, pozostawiam moim czytelnikom…

KRLD - męska atrakcja

Zarumieniliście się?


Podobał Ci się ten wpis? Poczytaj inne notki o Korei Północnej! Możesz również polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

WSPOMÓŻ MNIE I KLIKNIJ:

Comment 1

  1. Pudelek 11 marca 2016

Skomentuj czy coś: