Propaganda w Korei Północnej: Kultura

Na obszarze występowania północnokoreańskiej propagandy w tamtejszej szeroko pojętej kulturze mam (czy też mamy) znacznie uboższe doświadczenia własne niż w przypadku tego, co udało nam się zaobserwować w przestrzeni publicznej. Nie jestem z tego powodu specjalnie zadowolony, jako że to właśnie w tej dziedzinie życia KRLD posługuje się najmocniejszym orężem w walce z nieprawomyślną postawą swoich obywateli. Ponadto, w tym wypadku cały aparat indoktrynacji jest niemal w 100% nastawiony na pracę z własnym narodem, co implikuje potrzebę zupełnie innego podejścia, którego turysta na miejscu nigdy nie doświadczy. Jestem przekonany, że wyjątki z propagandy KRLD serwowane obcokrajowcom są mocno okrojone i złagodzone w stosunku do analogicznych treści, wpychanych do głów ludności koreańskiej. Coś tam jednak i nam udało się zobaczyć… czy też może bardziej usłyszeć.

Propaganda rządu Korei Północnej wręcz bombarduje dźwiękiem. W kraju tym właściwie nie słychać innej muzyki niż typowo rewolucyjna (w typie rosyjskiego Chóru Aleksandrowa) czy coś, co można nazwać rev-popem (czyli chwalącym ustrój, rewolucyjnym popem, którego najsławniejszym przedstawicielem jest damska grupa Moranbong, podobno osobiście namaszczona przez samego młodego Kima). Ten drugi usłyszymy w samolocie linii Air-Koryo, w telewizji, czy w nawet w głośnikach przejeżdżającego konwoju wojskowego. Ta pierwsza z kolei uderzy w nasze uszy z samego rana, kiedy „szczekaczki” suną przez miasto budząc ludzi; albo kiedy na sąsiadującym placu budowy akurat gra wojskowa orkiestra dęta, zagrzewająca w ten sposób robotników do wzmożonej pracy. Tak, serio – nasi znajomi na miejscu byli świadkami czegoś takiego i byli z tego faktu niezwykle wręcz „zadowoleni”, zwłaszcza że cała sytuacja miała miejsce o 7:00 nad ranem.

Ja i moja Beata mieliśmy z kolei okazję zapoznać się osobiście z talentem wokalnym północnokoreańskich żołnierzy. Naszego ostatniego dnia na miejscu, tuż przed wylotem do Pekinu, na lotnisku natknęliśmy się na maszerującą wojskową kompanię budowlaną, na cały głos śpiewającą jakąś północnokoreańską wersję Hej ho, Do pracy by się szło. Byliśmy pod takim wrażeniem, że żadne z nas nie zdążyło niestety wyjąć aparatu na czas.

Kino, będące poza naszym zasięgiem z uwagi na brak czasu i – chyba nawet bardziej – lokalnej waluty, to chyba jeden z przykładów najbardziej skutecznego narzędzia propagandowego w Korei Północnej. Zamiłowanie rodziny Kimów do ruchomych obrazków jest powszechnie znane (Kim Dzong Il posuwał się nawet do porywania zagranicznych artystów), a – jak to w kraju komunistycznym bywa – główne zainteresowanie wodza winno też być głównym zainteresowaniem narodu. W kinach Korei Północnej, do których bilety kosztują śmieszne pieniądze, lecą właściwie tylko filmy produkcji lokalnej, produkowane zresztą taśmowo w studiu filmowym im. 25 kwietnia, zlokalizowanym na obrzeżach stolicy (tak, turyści mogą je zwiedzać).

A co z lekturami, zapytacie? Tu również brakuje mi osobistych doświadczeń, choć na pokładzie samolotu Air-Koryo wpadła mi w ręce gazeta przeznaczona dla turystów anglojęzycznych, pełna propagandowych komunikatów, wieści o odwiedzinach Kim Dzong Una na górze Paektu (gdzie wkleił piątala swoim żołnierzom), a także informacji o najnowszym wynalazku północnokoreańskich inżynierów, mającym ograniczyć negatywny wpływ promieniowania telefonu komórkowego na ludzki organizm (sic!). Nawet bez czytania opracowań na ten temat można się jednak domyślić, że w KRLD czyta się w dużej mierze prace Wodzów (pisane jakoby przez nich osobiście, choć tempo ich pojawiania się sugeruje, że doba Kimów składa się z co najmniej 52 godzin), mówiące dosłownie o wszystkim – od filozofii i polityki poczynając, a na wskazówkach dotyczących uprawy rzepy kończąc.

Mnie jednak, jako nie-eksperta, zainteresowały bardziej sprawy językowe. Jak się okazuje, ustrój Korei Północnej ma wpływ także na język, którym posługują się jej mieszkańcy. Dowiedzieliśmy się między innymi, że na Północy mowa jest znacznie bardziej formalna, a ludzie między sobą nadal używają zwrotu grzecznościowego, który można luźno przetłumaczyć jako „Towarzyszu”; z kolei język Koreańczyków z Południa jest na Północy uznawany za zbyt frywolny i nie licujący z koreańską godnością. Z drugiej strony, jeśli wy (lub Wasi zagraniczni znajomi) będziecie chcieli w Korei Północnej powiedzieć, z jakiego kraju jesteście, to wystarczy wymówić jego nazwę tak, jak brzmi ona w natywnym języku odpowiedniej nacji. Tak więc – transliterując – Polska to po prostu „Polska”, Niemcy to „Deutchland”, a Rosja to „Rassija”. Jakkolwiek dziwne by to nie było, na pewno ułatwia sprawę turystom.


Czy coś jeszcze w tym temacie? Na pewno. Wystarczy choćby metaforycznie zajrzeć do szkół i innych, podobnych ośrodków, w których Koreańczykom z Północy od małego wkłada się do głów jedyną słuszną wizję świata, oficjalnie drżącego przed majestatem Kimów. Tu jednak odeślę do prac uciekinierów z tego kraju i ludzi, którzy Koreę Północną studiują od dawna (w tym kontekście warto przede wszystkim przywołać książkę Paula Fischera – Kim Dzong Il. Przemysł propagandy, traktującą o roli kina w indoktrynacji obywateli KRLD; czy pracę Briana Myersa – Najczystsza rasa: Propaganda Korei Północnej, zajmująca się tematem od strony tekstów i ilustracji) – ich twórczość traktuje ten problem znacznie szerzej i pełniej. Moim zamiarem było z kolei zapewnienie dodatkowego, głębszego kontekstu swoim wspomnieniom z tego przedziwnego kraju, a także zwrócenie uwagi na to, jak często i łatwo da się pomylić atrakcję (albo pamiątkę) turystyczną z narzędziem – jakby na to nie patrzyć – ucisku całego narodu. Nie ma chyba na świecie innego kraju, który tak dobrze opanowałby przekuwanie propagandy na dochodowy biznes.

Pjongjang - szkoła

Jedna z mijanych przez nas szkół – wydaje się, że pod koniec zajęć


Podobał Ci się ten wpis? Poczytaj inne notki o Korei Północnej! Możesz również polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

WSPOMÓŻ MNIE I KLIKNIJ:

Comment 1

  1. Marta 3 marca 2016

Skomentuj czy coś: