3. Ogólnopolskie Spotkanie Blogerów Podróżniczych – relacja

Przez ostatnie pół roku wiele zmieniło się w moim „blogowym” życiu. Nie mówię tu o samych wypadach czy dłuższych podróżach, a właśnie o sprawach stricte związanych ze stroną, na której właśnie jesteście. Oczywiście, największą zmianą były ostatnie przenosiny na własny, płatny serwer, jak również zmiana systemu zarządzania treścią z bezpłatnego WordPress.com na równie bezpłatny, ale wymagający znacznie większego wkładu pracy WordPress.org. Nie chcę jednak zamęczać Was szczegółami, a jedynie stwierdzić, że podobna zmiana zapewne długo jeszcze by nie zaszła, gdybym w październiku zeszłego roku nie wybrał się – pełen wątpliwości – na 2. Ogólnopolskie Spotkanie Blogerów Podróżniczych, z którego relację możecie przeczytać tutaj.

Niemal dokładnie pół roku później, a konkretnie – w zeszły weekend – ponownie ruszyłem do Cieszyna (niezastąpionego miasta-gospodarza całej imprezy), by na miejscu oddać się rozmowom z już znanymi i dopiero-co-poznanymi fellow blogerami, posłuchać licznych dyskusji warsztatowych, a także – nie ukrywajmy – urżnąć się jak szop dwie noce z rzędu.

Tym razem w ogóle nie miałem wątpliwości, czy należy jechać. Powiem więcej – całość swoich różnorodnych planów ustawiałem tak, żeby w Cieszynie na pewno się pojawić. Na poprzedniej edycji poznałem masę ludzi, z którymi od tamtego czasu utrzymuję stałe kontakty (wliczając w to silną, blogerską grupę warszawską), więc miałem pewność, że w swój drugi Cieszyn wejdę jak gorący nóż w masło, czy też – niech już zacznie być hermentycznie – jak chętna kobyłka w pług.

O samym Mieście Trzech Braci pisałem już dwukrotnie (raz tu, a raz tu), więc nie będę się nad ponownie rozwodził. Dość powiedzieć, że trzeci kwietniowy weekend przywitał nas piękną pogodą, dzięki której pierwszy raz w tym roku mogłem latać po Cieszynie w samym t-shircie. Na Zlot, różnymi drogami – jak to na podróżników przystało – przybyło prawie 100 blogerów z całej Polski (i nie tylko), a większość z nich była na miejscu już w piątek wieczorem, podobnie jak ja (tu ogromne dzięki Kindze z Gadulca za luksusowy i ultra-przyjemny transport z Katowic). Ta liczba nieco przerażała organizatorów (czyli mocną ekipę z Polish Travel Blogs), a tylko odrobinę mniej chłopaków z niezniszczalnego 3 Bros’ Hostel – nieodmiennych gospodarzy tej powiększającej się z półrocza na półrocze hordy. I tym razem tylko część uczestników znalazła nocleg w samym hostelu – reszta rozlokowana została w różnych obiektach w całym mieście, w zależności od preferencji cenowych i wygodowych. Summa summarum – Cieszyn przyjął nas z cichym syknięciem, ale niczym poza tym.

Co się działo? Bardzo, bardzo dużo. Już wczesnym wieczorem w piątek pękło kilkanaście pierwszych piw, co męska część ekipy jednogłośnie uznała za akt dywersji, jako że o 20:30 całą (choć niepełną jeszcze) czeredą zwaliliśmy się do ratusza miejskiego, gdzie najpierw posłuchaliśmy uroczystego powitania obu burmistrzów (czyt. polskiego i czeskiego), a następnie obejrzeliśmy zdywersyfikowany, taneczny folk-show. Problem polegał na tym, że częścią owego show była aktywna partycypacja w grupach – męskiej i damskiej. Mężczyźni, zupełnie wbrew modnej ostatnimi czasy teorii równościowej, musieli skakać jak banda pajaców, łazić w przykucu, a następnie usiłować robić pompki z klaśnięciem. Dla odmiany, ładniejsza (i chyba nieco większa) część naszej społeczności zagrała sobie w łapki w parach, a następnie trochę pokręciła bioderkami. A przynajmniej tyle widziałem, bo po ostatniej pompce byłem zajęty szukaniem lewego płuca.

Cieszyn - taniec ludowy

Ludzka stonoga była najlepszym punktem pokazu

Po tej części, niestety znów kompletnie trzeźwi, ruszyliśmy naprawiać ten stan rzeczy, by przerwać go ponownie koło północy, kiedy to sporą grupą udaliśmy się do pobliskiej piekarni po wszelkiego rodzaju świeże pieczywo. Połowa wypieków zniknęła oczywiście już w drodze powrotnej, padając ofiarą powszechnie występującej gastrofazy. Wymęczony tym wszystkim, a także nieustannym wymogiem spożywania kolejnych napojów alkoholowych do wtóru rozmów, które stawały się coraz bardziej niezrozumiałe, poszedłem spać koło 3:00 w nocy…

… i obudziłem się – na srogim kacu – dopiero koło 9:00. Niestety, mój stan nakazał mi zostać w łóżku do południa, przez co ominęła mnie część warsztatów, szczęściem z rodzaju tych mniej mnie interesujących. Do wczesnego popołudnia kręciłem się w hostelowym common-area, zanudzając innych opowieściami o swoim opłakanym stanie, a kres tej denerwującej sytuacji położyła przerwa „w obradach”, podczas której zrobiliśmy sobie fenomenalne zdjęcia grupowe, a następnie udaliśmy się na jedzenie. Półtorej porcji smażonego sera z frytkami i sałatką (za połówkę muszę podziękować Kamili z Kami Everywhere) przywróciło mi siły na tyle, że po powrocie do hostelu mogłem zająć się pierwszym tego dnia piwem, a także dyskusją – w tym między innymi podczas fenomenalnej prezentacji Karola z Busem Przez Świat, który wtłaczał w nas tajniki viralmarketingu z takim samym entuzjazmem, z jakim inni robili to z kolejnymi browarami.

Cieszyn - obiad w parku

Prawdziwy podróżnik zawsze znajdzie okazję, żeby zjeść na kolanie

Nie wiedzieć kiedy, nadszedł wreszcie sobotni wieczór, a niemal kompletny zestaw blogerów ustawił się… – chciałem napisać, że karnie, ale to w sumie ostatni przymiotnik, jakiego mógłbym użyć – … i ruszył na komisyjne zwiedzanie Muzeum Śląska Cieszyńskiego. W muzeum tym byłem już wcześniej, ale z zadowoleniem odnotowałem, że pokazano nam kilka rzeczy, których nie zaprezentowano mi podczas wizyty „dla zwykłych śmiertelników”. Były heheszki z wielorybiego penisa, trochę macania peruk, a także darcie łacha z Jezusa w butelce. Standard.

Muzeum Śląska Cieszyńkiego

Nikt nie spodziewał się, że w zbiorach jest także Święty Graal

Wreszcie – kolacja. Nie była tak fancy jak ostatnio, więc nie przydał się monokl, który wziąłem z Warszawy specjalnie na tę okazję, ale i tak zadałem szyku w swojej bluzie Adidasa i białych butach, godnych rezydenta warszawskiej Pragi Północ. W żołądku czułem jeszcze złogi tłuszczu pozostawione przez zapiekany ser, więc – zupełnie inaczej, niż dyktowała mi moja cebulacka natura – nałożyłem sobie na talerz tylko kilka kawałków szynki z melonem, zabawny zawijas z tak ukochanym przez Hanę z Plecak i Walizka chrzanem oraz kilka babaczek. Kilka, bo już z metra wyczułem, że są z alkoholem.

Cieszyn - blogerska kolacja

Na kolacji był też gość specjalny

No a potem już standard, czyli błogie pijaństwo, rozmowy o dupie Maryni (poruszane były m.in. awiacja wojskowa oraz zwyczaje ssaków morskich i lądowych, ze szczególnym uwzględnieniem żyraf) i końskie (lol) zaloty do słomianych wdów, które najpierw obiecywały różne rzeczy, a potem musiały mierzyć się z kreatywnymi sposobami na spełnienie ich pozornie zaporowych zachcianek. Tu nie będę dziękował nikomu konkretnemu za towarzystwo, ale Ci co byli, to wiedzą co i jak. No – i przynajmniej jedna osoba po tej nocy zyskała swoją własną domenę.

Niedziela była tyleż smutna, co krótka. Osobiście urwałem się z paroma osobami o 12:00 (zaliczając rzutem na taśmę panelową dyskusję o wideo i YouTube), by wyzuty z energii i pełen nie do końca strawionego alkoholu stawić się punkt 17:30 na dworcu Warszawa Zachodnia. Resztę dnia snułem się jak zombie na gazie rozweselającym, a moja Beata ze zrozumieniem odnosiła się do mojego niechciejstwa w praktycznie każdym temacie. Jak chyba łatwo wywnioskować, było totalnie klawo, zawodowo i w ogóle pełen wypas. W październiku powtórka.

Aby nie zanudzać tych czytelników, którzy uczestnikami nie byli, a dodatkowo i tak już zmarnowali te 2 minuty na lekturę wpisu zupełnie ich nie interesującego, pominę tym razem swoje wnioski i propozycje zmian w kolejnych edycjach (te zostały już bezpośrednio przekazane organizatorom). Napiszę za to tylko jedną, ważną konkluzję: jeśli zastanawialiście się kiedyś nad założeniem własnego bloga podróżniczego, to zróbcie to jak najprędzej – bez gadania i marudzenia – a następnie przyjeżdżajcie, na jesieni 2016 roku, na 4. edycję blogerskiego Cieszyna. Uczestnictwo nie zagwarantuje Wam natychmiastowego sukcesu i góry gotówki, ale ustawi Was na właściwym torze i da do ręki narzędzia niezbędne do tego, by się rozwijać. Ale ponad wszystko – będziecie mieli okazję poznać osoby (pewnie będzie ich już wtedy ponad 100), z których każda jest co najmniej równie pierdolnięta jak Wy. Takiej możliwości nie wolno odrzucać.

Na sam koniec, standardowo jeszcze raz dziękuję wszystkim organizatorom oraz chłopakom z 3 Bros’ Hostel, którzy stawali na rzęsach, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik (a jeśli guzik się oderwał, to mieli pod ręką agrafkę). Nie chce mi się myśleć, z iloma osobami trzeba było gadać, żeby to wszystko załatwić, ale teraz jestem skłonny uwierzyć, że zachrypniętych głosów nie macie (tylko) przez czeskie piwo.


Podobał Ci się ten wpis? Poczytaj też inne notki o krótkich wypadach w Polskę! Możesz również polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

REKLAMA:

komentarze 2

  1. Gadulec 19 kwietnia 2016
    • Brewa 19 kwietnia 2016

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram305
  • Google+2