Recenzja: plecak CabinZero Mini 28L

Już od pewnego czasu dojrzewała we mnie decyzja o kupnie nowego plecaka z przeznaczeniem na bagaż podręczny, ze szczególnym naciskiem na wymiary „wizzairowe”. Jak być może zdajecie sobie sprawę, WizzAir jakiś czas temu wprowadził duże obostrzenia odnośnie darmowego bagażu podręcznego, drastycznie zmniejszając jego rozmiar. Chociaż zasadniczo byłem zadowolony ze swojego dotychczasowego plecaka (któremu być może poświęcę oddzielny tekst), to w związku z zakupem dodatkowego sprzętu – w tym choćby drona – byłem zmuszony rozważyć zmianę. Wybór padł na Cabin Zero Mini i już po jednym wyjeździe z nim mogę stwierdzić, że dobrze trafiłem.

CabinZero Mini – wymiary i specyfikacja

Plecak CabinZero Mini 28L to brytyjska produkcja będąca pomniejszoną wersją flagowca tej firmy, czyli CabinZero Classic 44L. Jak łatwo się domyślić, od większego kuzyna różni się litrażem. O ile wersja 44L to… no cóż – 44 litry mieszczące się w wymiarach 55 x 40 x 20 cm (czyli w specyfikacji darmowego bagażu podręcznego w RyanAirze i „dużego” płatnego w WizzAirze), a tyle wersja mini to 28 litów i wymiary 39 x 29,5 x 20 cm. Jako że jest to plecak, to odpowiednio go wypychając możemy uzyskać po 1-2 cm na każdej osi, nie bojąc się jednocześnie o to, że nie zmieści się w słynnej, wizzairowej kratownicy. W tym ostatnim pomogą także troki ściągające – zamocowane po obu bokach pozwalają na ściągnięcie zawartości tak, by bagaż zajmował jak najmniej miejsca.

28 litrów plecaka to całkiem sporo, nawet jeśli zazwyczaj bierzemy ze sobą masę sprzętu. Podczas mojej ostatniej wycieczki do Bergen byłem w stanie zmieścić do środka drona DJI Mavic Pro wraz z akcesoriami (w tym z kontrolerem i dwoma zapasowymi bateriami), bezlusterkowca Sony A6000 z „minimalnym wyposażeniem” (obiektyw kitowy, statyw, filtry, torba i baterie), laptopa o przekątnej 15,4”, elektronicznego gimbala do bezlusterkowca, czytnik Kindle oraz – co może nie być oczywiste w moim przypadku – komplet ciuchów na zmianę. Co więcej, po odpowiednim „stetrisowaniu” całej zawartości w plecaku zostało jeszcze odrobinę miejsca na 0,5 kilograma żelków, które miałem w obowiązku przywieźć ze Skandynawii mojej Beacie. Jeśli ktoś nie zabiera na swoje wyjazdy aż tyle szajsu, to plecak spokojnie pomieści wszystko, co jest niezbędne podczas weekendowej wyprawy, włączając w to dobrze wyposażony aparat (choćby lusterkowy) i parę klapek, w których ja oczywiście zapomniałem.

CabinZero Mini

Tak wygląda zawartość bez ostatniego „składnika” – kosmetyczki

Wnętrze plecaka jest dość spartańskie, ale praktyczne. Po wewnętrznej stronie w pełni odsuwanej klapy przedniej (bardzo ułatwiającej pakowanie) znajdziemy dwie zasuwane na suwak kieszenie, a od strony pleców dołącza do nich kolejna, tym razem zakończona gumką przegroda, za którą można wsunąć na przykład komputer. Do tej ostatniej kieszeni mam jedną, małą uwagę – jako że jest ona „skośna”, to laptop 15,4” cala lekko z niej wystaje, tym samym brzydko ją rozciągając. Rozumiem, że została ona zaprojektowana tak, by jak najmocniej trzymać przechowywane w kieszeni przedmioty, niemniej obszycie jej od góry nieco utrudnia pakowanie choćby tego nieszczęsnego laptopa, któremu brakuje ok. 1 cm do tego, by wchodził do niej bez problemu. Jest to jednak detal o niewielkim znaczeniu. Wreszcie – na zewnętrznej części głównej klapy jest jeszcze jedna, wodoodporna kieszeń, w której można trzymać jakieś podręczne pierdoły – zmieści się tam czytnik elektroniczny, wydrukowane bilety i inne płaskie szpargały.

CabinZero Mini - wnętrze

Wnętrze plecaka

CabinZero Mini jest również bardzo porządnie wykonany. Szwy są mocne, troczki porządnie przyszyte i po spakowaniu i podniesieniu całych 10 kg nie ma się wrażenia, że coś się zaraz urwie. Wybrany przeze mnie (i wyśmiewany przez Beatę) kolor Urban Camo sprawia przy okazji wrażenie, że na plecach mamy solidny, wojskowy wyrób, który niejedno może przeżyć.

Co dość ważne – sam CabinZero Mini waży zaledwie ok. 600 gram, także jego waga jest pomijalna, nawet jeśli boimy się o swoje plecy.

CabinZero Mini – udogodnienia

Nie oszukujmy się jednak – na Allegro można znaleźć sporo podobnych plecaków, które kosztują mniej niż 200 PLN-ów, a wymiarowo niczym się od CabinZero Mini nie różnią. Za co więc dopłacamy?

Po pierwsze – suwaki. Jakkolwiek by to nie brzmiało, zakochałem się w nich od pierwszego wejrzenia. Zamki błyskawiczne w CabinZero Mini to grube suwaczyska o dużych zębach, dodatkowo zabezpieczone obszyciami chroniącymi przez deszczem. Ich zastosowanie pozytywnie wpływa na wytrzymałość bagażu, bo suwaki trzymają jak dzikie i zasuwanie nawet mocno napchanego plecaka nie budzi strachu o to, czy zamek wytrzyma. Dodatkowym „ficzerem” jest specjalne miejsce na kłódkę na suwaku głównym. Dzięki niemu nie musimy spinać z reguły mniej wytrzymałych dzynksów służących do odsuwania zamka (chociaż te zastosowane w CabinZero Mini również wyglądają na solidne).

Kłódka Travel Sentry

Sprawa wyboru kłódki do plecaka może wydawać się trywialna, ale i tej kwestii warto poświęcić kilka minut. Ja do plecaka dokupiłem kłódkę szyfrową (kluczyki chronicznie gubię) wyposażoną w system Travel Sentry (TSA). Wzmiankowany system pozwala obsłudze lotniska otworzyć zamek bez konieczności przecinania (i niszczenia) samej kłódki – za pomocą specjalnego, uniwersalnego klucza. W przypadku bagażu podręcznego będzie to raczej sytuacja rzadka, ale nie można wykluczyć, że w pewnych sytuacjach takie rozwiązanie może się przydać. Kłódka z systemem TSA to koszt od ok. 15 zł w górę. Warto wybrać model z dobrze widocznym logo systemu, tak by nawet krótkowzroczny celnik zauważył je, zanim chwyci za cęgi do metalu.

Po drugie – rączki. Mała rzecz, a cieszy. CabinZero Mini wyposażone jest nie tylko w plecakowe szelki, ale także w dwie mocno przyszyte rączki – na górze i z lewej strony plecaka. Bardzo ułatwia to jego szybkie przenoszenie, a ponadto rączka zamocowana z boku może służyć do dodatkowego zamocowania sprzętu. W moim przypadku idealnie sprawdziła się jako „trzymacz” na statyw, który przez cały lot dumnie wisiał po jego lewej stronie, dodatkowo zabezpieczony trokami ściągającymi.

CabinZero Mini - rączki

Jak widać – lekki statyw zamocujemy bez problemu

Po trzecie – system Okoban (wymyślony przez Travel Sentry – tych od kłódek). Osobiście nie jestem pewien, czy to się sprawdza, ale lepiej mieć niż nie mieć, a poza tym plecak niekoniecznie będzie poróżował z nami tylko po Polsce. System Okoban z grubsza polega na tym, że na specjalnej, metalowej wszywce znajdziecie specjalny numer, który należy zarejestrować na stronie okoban.com. Jeśli bagaż się zgubi, znalazca może wejść na ową stronę i za pomocą numeru sprawdzić, z kim (i jak) należy się skontaktować w razie odnalezienia plecaka. Co ważne, system działa niejako „wewnętrznie”, co znaczy że można w nim zarejestrować tylko te torby, które mają już odgórnie nadany numer. Jest to więc sprawa dość ekskluzywna, która może usprawiedliwić dodatkowy wydatek. Zakładając oczywiście, że plecak zgubicie w kraju, którego mieszkańcy w trybie natychmiastowym nie wystawią jego zawartości na jakimś serwisie aukcyjnym.

System Okoban

Wszywka jest z metalu, więc raczej się nie zetrze

Wreszcie – nie bez znaczenia jest 10-letnia gwarancja na plecak, którą można za darmo przedłużyć do 25 lat (sic!), jeśli – uwaga – polubimy stronę producenta na Facebooku. Widać, ze CabinZero umie też w Social Media.

Podsumowanie

Biorąc pod uwagę, że swojego CabinZero Mini udało mi się wyjąć w promocyjnej cenie 150 zł, to uważam, że były to dobrze wydane pieniądze. Jeśli szukacie plecaka, który można w pełni otworzyć (jak walizkę), któremu niestraszne będzie ciągłe przenoszenie z miejsca na miejsce i który co do centymetra wykorzystuje niewielki zakres, który zapewnia darmowy bagaż podręczny zabierany do samolotów WizzAira, to CabinZero Mini jest wyborem idealnym. Jedynym zarzutem może być to, że plecak nie zapewnia dodatkowych przestrzeni „troczkowo-gumkowych” – zabrakło mi w nim zewnętrznych, rozciąganych kieszeni bocznych, do których można by włożyć butelkę wody albo jakiś inny, drobny szpargał pokroju chusteczek higienicznych. Podejrzewam jednak, że tu wyznacznikiem były wymiary zewnętrzne CabinZero, a użytkowanie plecaka już podczas samego wyjazdu było kwestią drugorzędną.

Plecak CabinZero Mini możecie kupić na w sklepie Equip.pl – dowolny z dostępnych wariantów kolorystycznych otrzymacie w ciągu 24h. Standardowa cena to ok. 230 PLN.

Podobał Ci się ten wpis? Możesz poczytać inne moje recenzje i polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

REKLAMA:

komentarze 2

  1. Janusz 2 lutego 2017
    • Brewa 3 lutego 2017

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram305
  • Google+2