Bergen – wstęp i informacje praktyczne

Decyzja o moim solowym wyjeździe do Bergen zapadła bardzo spontanicznie. Nie byłem w stanie oprzeć się pokusie, którą stanowiła cena biletu (niecałe 80 zł w obie strony na pokładzie samolotu linii WizzAir) – nawet pomimo tego, że ta oszczędność bardzo szybko zbladła w zestawieniu z cenami na miejscu. Kiedy jednak sprawdziłem pogodę w tym mieście w połowie stycznia (ok. 7-9 stopni w ciągu dnia) oraz przejrzałem na szybko dostępne w Google zdjęcia, doszedłem do wniosku, że Bergen będzie idealnym punktem na weekendowe „warsztaty” z nowym sprzętem, który sprawiłem sobie w prezencie na Gwiazdkę… nawet jeśli przewiezienie go w „małym” podręcznym stanowiło wyzwanie porównywalne z przejściem Dark Souls III bez ani jednej śmierci.

Bergen to drugie pod względem wielkości norweskie miasto, położone w okolicy rozlicznych fiordów, jak również samo w sobie oferujące kretyńską wręcz liczbę atrakcji. Wielkość miasta nie oznacza, że jest to potężnie rozrośnięta metropolia (to w końcu Norwegia) – w tym momencie miejscowość może pochwalić się zawrotną liczbą niecałych 270 tys. mieszkańców, zaledwie o 25 tys. przewyższając pod tym względem ukochany przez wszystkich Radom. Większość obszaru Bergen pokryta jest niską zabudową, tęsknie wzdychającą do czasów hanzeatyckich. To właśnie ona jest jedną z głównych atrakcji miasta, na czele z ulicą Bryggen, stanowiącą jego rozpoznawalną wizytówkę. Nie rozpędzajmy się jednak za bardzo.

Bergen - architektura

Architektura to najmocniejsza strona Bergen… zaraz za pierdylionem muzeów

Celem mojej wycieczki było poznanie samego miasta i – ewentualnie – jego najbliższych okolic. Początkowo (kiedy miałem jeszcze plany „dwuosobowe”) miałem zamiar wynająć samochód i poszwendać się po okolicy, ale wysokie koszty takiego przedsięwzięcia zmusiły mnie do zmiany zamysłu. Tym sposobem postanowiłem spędzić większość czasu w „centralnym” Bergen, przymierając głodem i skupiając się na – niejednokrotnie czasochłonnych – szeroko pojętych działaniach fotograficzno-filmowych. Całość wyjazdu mieściła się w ramach 3 pełnych dni – przyleciałem w piątek późnym popołudniem, a wylatywałem w poniedziałek koło 14:00. Jeśli nie uwzględniałbym cen na miejscu, powiedziałbym, że nie miałem za dużo czasu. Trudno jednak aż tak tęsknić za miejscem, w którym koszt najtańszego browara oscyluje w granicach 13 zł.

Kiedy do Bergen?

Do Bergen najlepiej wybrać się w lato… o ile nie przeszkadzają Wam przewalające się wszędzie tabuny turystów i tłok na szlakach górsko-spacerowych. No i ceny, bo w sezonie szybują podobno tak wysoko, że trzeba zmieniać trasy samolotów.

Jeśli chodzi o wyjazd poza sezonem, to osobiście mogę go bardzo polecić. Turystów jest mało, nie ma problemów z rezerwacją noclegu, a pogoda… Cóż – Bergen leży w strefie wpływów ciepłych prądów morskich, które otaczają swoim spoconym uściskiem całe wybrzeże, tym samym sprawiając, że przez większość czasu jest tu stosunkowo ciepło. Podczas mojego wypadu temperatura nie spadała poniżej 5 stopni Celsujsza, a jedynym naprawdę irytującym zachowaniem pogodowym był siąpiący od czasu do czasu deszcz. W Bergen pada często i choć jest to głównie penetrująca wszystko mżawka, to idzie jakoś wyżyć.

Uwaga jednak – poza sezonem może i jest taniej i mniej tłoczno, ale niektóre atrakcje mogą być czynne krócej albo wręcz zamknięte (czy to oficjalnie, czy to z powodu napraw sezonowych). Jeśli zależy Wam na odwiedzeniu konkretnego miejsca, lepiej przed wyjazdem sprawdzić, czy nie odbijecie się od drzwi.

Dojazd z/na lotnisko w Bergen

Bergeńskie lotnisko leży dłuższy kawałek od miasta, ale komunikacja na tej trasie jest szybka, skuteczna i relatywnie tania. W zamian za kwotę 80 koron (ok. 40 zł) możemy załadować się do specjalnego busa, który w ciągu ok. 30 minut dowiezie nas do samego centrum miasta (konkretnie – na Bryggen, ale można też wysiąść wcześniej lub później). Zakupiony od razu bilet w dwie strony pozwoli nam oszczędzić 10 koron, która ta kwota wystarczy na połówkę pączka z 7-Eleven. To tak, żebyście mieli odniesienie.

Bergen - autokar na lotnisko

Takim autokarem dostaniecie się do miasta

Wracając, busa najwygodniej jest złapać nie z centrum, a z dworca autobusowego, oddalonego od Bryggen o 15 minut spacerem. Dzięki temu będziecie mieli pewność, że wsiedliście do właściwego pojazdu, chociaż wielki napis „flybussen” na boku powinien od razu rozwiać wszelkie wątpliwości.

Na lotnisko można dojechać również standardową komunikacją, ale wiąże się to z niewiele niższym kosztem i znacznie większą stratą czasu (ok. 50 minut, niezbędna też będzie przesiadka na pociąg). Ta opcja jest za to niezłym pomysłem, jeśli posiadacie już Bergen Card (będzie o niej nieco później) – w takim wypadku przejazd będzie darmowy.

Jeśli chodzi o taksówkę z/na lotnisko, to przejazd nią kosztuje tyle, że również dobrze możecie po prostu kupić samochód w Polsce i dojechać nim do Bergen samodzielnie.

Zwiedzanie Bergen (i okolic)

Ten temat jeszcze znacznie rozwinę w kolejnych wpisach na temat Bergen, dlatego tutaj tylko go zarysuję.

Bergen, czy też może jego „turystyczna” część, to dość niewielki obszar, który spokojnie można zrobić „z buta”. Coś dla siebie znajdą zarówno wielbiciele muzeów i podobnych atrakcji, jak również fani natury, gór, fiordów czy czego tam jeszcze. Jeśli będzie Wam mało, możecie także wyskoczyć za miasto, korzystając z oferty licznych miejscowych tour-operatorów – w tym wypadku należy się jednak liczyć z dość dużymi kosztami. Samo zwiedzanie na miejscu również jest dość kosztowne, chociaż tu może pomóc dostępna w Informacji Turystycznej Bergen Card, której omówię później.

Sama Informacja Turystyczna jest podobno świetna, och i ach, tylko szkoda, że podczas całej mojej wizyty była… zamknięta. Bardzo mnie to zdziwiło, zwłaszcza biorąc pod uwagę ogólne uporządkowanie Norwegów i fakt tego, że bardzo duża część miejskich atrakcji jest czynna także poza sezonem. IT znajdziecie w budynku Targu Rybnego w samym centrum miasta. Bardzo trudno go przegapić, nawet jeśli jesteście ślepi – zapach wskaże Wam drogę.

Bergen - Informacja turystyczna

Jak mówię – budynku z IT trudno nie zauważyć…

Na samym początku zwiedzania warto zaopatrzyć się przede wszystkim w oficjalne przewodniki po Bergen i okolicach (ten drugi skupia się przede wszystkim na pobliskich fiordach). Znajdziecie w nich pełen spis wszystkich atrakcji oraz oferowanych wycieczek po najbliższych (ale nie tylko) obszarach. Znajdziecie je w każdej noclegowni oraz w Informacji Turystycznej. Zawarte w nich informacje warto potwierdzić u kogoś dobrze poinformowanego (np. u obsługi hostelowej), zwłaszcza poza sezonem i kiedy planujecie jakiś dalszy wypad.

Po Bergen można rzecz jasna poruszać się nie tylko na piechotę, ale jest to po prostu… drogie. Komunikacja publiczna nie należy do najtańszych, rower jest zasadniczo zbędny (zwłaszcza że do wielu miejsc będziecie mieć pod dość stromą górkę), a jeśli macie kasę na wynajęcie Segwaya, to może po prostu od razu przyjedźcie na miejsce Waszym Lamborghini. Jeśli jednak koniecznie chcecie jeździć autobusem, to rozważcie zakup Bergen Card – z nią za ten typ transportu nie zapłacicie ani korony.

Jedzenie w Bergen

Nie odkryję Ameryki jeśli stwierdzę, że jedzenie to najbardziej kosztowna część wyprawy nie tylko do Bergen, ale ogólnie do całej Norwegii. Typowe „drugie” w średniej klasy bergeńskiej restauracji to koszt 150-200 NOK, więc jeśli jesteście przyzwyczajeni do sytych obiadów, to przed wyjazdem okradnijcie bank w jakiejś małej miejscowości. Oficjalny przewodnik po Bergen z końca 2016 roku wymienia aż 50 różnorodnych restauracji, z których 6 to pozycje ujęte w kategorii „Exclusive” (czyt. obiad dla dwóch osób za pensję minimalną w Polsce). Typowo „bergeńskie” lokale to m.in. Bryggen Tracteursted i Bryggelftet & Stuene zlokalizowane na Bryggen czy Floien Folkerrestaurant, w której można zjeść przy okazji pobytu na górze Floyen.

Jeżeli naprawdę chcecie spróbować czegoś, co powszechnie uznaje się za „smak Bergen”, to pewnego rodzaju alternatywą jest Targ Rybny, zlokalizowany w samym centrum miasta. Ceny może nie zachwycają, ale za w miarę rozsądne pieniądze można kupić na nim np. porcję świeżych krewetek, które beztroskie dzieciństwo spędziły w zimnych, norweskich wodach. Targ Rybny jest jednak nawet przez samych mieszkańców Bergen uważany z tzw. tourist trap – widać to wyraźnie po tym, jak to miejsce wygląda. Ja spodziewałem się małych, zadaszonych stoisk, jakie swego czasu miałem okazję odwiedzić w belgijskiej Ostendzie, a trafiłem na nowoczesny budynek pełen wypasionych witryn chłodniczych i chilloutowych rytmów sączących się z poupychanych w kątach głośników.

Bergen - Targ rybny

Targ Rybny to tutejsza „Hala Koszyki”

Śniadania w Grand Terminus Hotel

Miałem to szczęście, że hostel w którym nocowałem (Marken Gjestehus – patrz niżej) zapewnił mi vouchery na śniadania w pobliskim Grand Terminus Hotel. Koszt takiego vouchera jest niemały (zasadniczo oscyluje w cenie noclegu), ale za kwotę ok. 150 NOK otrzymujecie dostęp do bufetu w czterogwiazdkowym hotelu, czynnego od 6:30 do 10:00. Prawdziwy szwedzki stół to idealne rozwiązanie na początek dnia. Poetycko mówiąc, można nawpierdalać się w nim na cały dzień, korzystając z szerokiego wyboru dań ciepłych i zimnych, włączając w to takie frykasy jak fasolka po angielsku (Wasi współlokatorzy będą zachwyceni), kilka rodzajów wędzonej ryby, smażony bekon czy cała patera świeżych owoców. To wszystko zakąsicie francuskimi serami i kilkoma z pierdyliarda rodzajów ciastek. Jeśli nie boicie się posądzenia o cebulactwo, to na takim potężnym śniadaniu spokojnie dojedziecie do godziny 15:00, o której trzeba będzie zacząć rozglądać się za 7-eleven.

Bergen - Grand Terminus Hotel

Sam Grand Terminus Hostel też robi dobre wrażenie

Jeśli zarabiacie normalne, polskie pieniądze, to zostają Wam dwie opcje: gotowanie w hostelu (te, które sprawdzałem przed wyjazdem chwaliły się w pełni wyposażoną kuchnią) albo jadanie w fast-foodach. Weźcie jednak pod uwagę, że cena za zestaw w McDonaldzie to ok. 100 NOK (a więc ok. 50 zł), także trudno mówić tu o dużej oszczędności. Właścicielom stalowych żołądków polecam wreszcie stołowanie się w convinience stores pokroju 7-Eleven. Dzięki różnego rodzaju lunchowym promocjom można tam opędzlować ciepłą kanapkę z napojem za jakieś 40-50 koron, co pozwoli nieco odetchnąć Waszemu portfelowi i nasycić organizm tłuszczami trans, które wszyscy tak kochamy.

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o tym, jak można tanio (choć niekoniecznie dobrze) zjeść w Skandynawii, to polecam Ci tę notkę. Po jej lekturze może być Ci smutno, ale przynajmniej nie będziesz zwiedzał z pustym brzuchem.

Noclegi w Bergen

Baza hotelowa w Bergen jest imponująca, chociaż może na to nie wyglądać, jeśli swoją jedyną informację o niej czerpiecie z serwisów internetowych.

Jeśli chodzi o noclegi budżetowe, to serwis Hostelworld lokuje w Bergen zaledwie 3 hostele, podczas gdy w rzeczywistości sam oficjalny przewodnik wymienia ich 13, a na miejscu okazuje się, że jest ich jeszcze więcej. Ceny w hostelach wahają się od ok. 200 do 500 NOK za noc, w zależności od rodzaju pokoju. Najtańszymi wariantami są YMCA Hostel (bez niespodzianki) oraz Intermission Hostel, w których łóżko w dormie wyjmiecie już za ok. 190 koron (czyli ok. 95 zł).

Większość budżetowych noclegowni w Bergen działa przez cały rok, ale niektóre (jak np. wspomniany Intermission Hostel) otwierają swoje podwoje tylko w sezonie. Jeśli będziecie w Bergen w tym okresie, to dobrym pomysłem może być przejście się po centrum i poszukanie noclegowni nieuwzględnionych w przewodniku. Na ulicy Kong Oscars znajduje się choćby niewielki Piano Hostel.

Swoistym novum był dla mnie twór o nazwie Bergen Backpackers Hostel, którego jednak nie umiem namierzyć w sieci (włączając Google Street View – zdjęcia dla tego obszaru były robione 2 lata temu). To miejsce – również zlokalizowane na Kong Oscars – nie dysponuje recepcją, a kod do szafki zawierającej klucz do pokoju otrzymuje się drogą mailową. Podejrzewam, że – z racji na brak bieżącej obsługi – miejsce jest bardzo tanie, więc jeśli naprawdę zależy Wam na oszczędzeniu kilku groszy, to warto pokopać w tym kierunku.

Jeśli szukacie taniego noclegu w Bergen, możecie również kliknąć tutaj – powinniście bez trudu znaleźć coś dla siebie.

Marken Gjestehus

Ja swoje trzy noce w Bergen spędziłem w Marken Gjestehus lub, jak kto woli, Marken Guesthouse. Hostel zlokalizowany jest na Kong Oscars, zaledwie 5 minut spacerem od Bryggen, a wjeżdża się do niego windą, działającą nieprzerwanie od 85 lat (była to pierwsza w moim życiu winda, której integralnym wyposażeniem jest ławeczka dla strudzonego wędrowca).

Marken nie robi wrażenia dużego, do momentu w którym wyjdziemy za recepcję. Lokal dysponuje 86 łóżkami (to trzeci pod względem wielkości hostel w mieście), ulokowanymi w czystych, schludnych pokojach, wyposażonych w zamykane na kluczyk szafki, za które nie trzeba dodatkowo dopłacać. Pościel – jak w całej Skandynawii – jest dodatkowo płatna (20 NOK), a za wygodne łóżko i skoligaconą z nim lampkę zapłacicie od 250 (pokój 4-osobowy) do 900 (jedynka z łazienką) koron. Pokoje „wspólne” są ponadto wyposażone w biurko, co niektórzy mogą sobie bardzo chwalić. Wspólnych łazienek jest sporo, podobnie jak nie-koedukacyjnych kibli, a w bonusie do nich dostaniecie naprawdę solidnie wielką kuchnię oraz kilka salek wspólnych, wyposażonych nieraz w naprawdę dziwne meble.

Dobrego wrażenia dopełnia recepcja, obwieszona dyplomami za „Hostel roku” przyznawanymi przez wszystkie możliwe serwisy noclegowe świata oraz zawalona wszelkiego typu ulotkami informacyjnymi na temat Bergen et consortes. Obsługi również nie można się czepiać – w pewnym zakresie zdołała mi nawet pomóc telefonicznie, kiedy mój dron postanowił udać się na bliskie spotkanie z sosną i zostać z nią nieco dłużej, niż można to było uznać za przyzwoite. Do tego jeszcze dojdziemy. Nocleg w Marken Guesthouse zarezerwujecie tutaj.

No. Skoro mamy ogarnięte podstawy, to teraz możemy śmiało zająć się tym, co w Bergen (i okolicach) jest do zobaczenia. Ale o tym już następnym razem.

Podobała Ci się ta notka? Poczytaj inne moje wpisy o Norwegii! Możesz również polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

REKLAMA:

Comment 1

  1. Evi Mielczarek 16 lutego 2017

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram337
  • Google+1