Zarządzanie pieniędzmi na wyjeździe zagranicznym

Dłuższy czas temu napisałem tekst o oszczędzaniu pieniędzy na wyjazdy. Za namową załogi Auto Stop Race 2017 postanowiłem teraz pociągnąć temat, skupiając się bardziej na kwestiach stricte wyjazdowych. Tym samym prezentuję Wam luźny poradnik na temat tego, jak radzić sobie z tak zwanym cash-handlingiem na zagranicznych wyjazdach organizowanych samodzielnie. Większość opisanych rozwiązań stosuję – od dłuższego czasu i z powodzeniem – samodzielnie.

Pieniężne przygotowania

Sporo osób w sieci pyta o to, jak przygotować pieniądze do wyjazdu w sensie FIZYCZNYM. Czy brać gotówkę, czy może kartę? Czy w Mongolii lepiej płacić rogacizną? Czy w razie czego mogę sprzedać znajomego na targu niewolników? Oto, jak ja sobie z tym wszystkim radzę:

Wymiana waluty

Każdy wyjazd zagraniczny wiąże się z wymianą waluty. Niemal oczywistą sprawą jest, że w większości przypadków wymiany na hajs docelowy warto ją przeprowadzić już na miejscu. Wyjątkiem są kraje europejskie pozostające w strefie Euro. Jeśli jednak jedziemy gdzieś dalej i nie chcemy przymierać głodem, to musimy zamienić pewną kwotę w PLN-ach na euro albo dolary, bo te waluty: a) wymienią nam na walutę lokalną wszędzie na świecie; b) umożliwią nam gdzieniegdzie (nawet w Korei Północnej) płacenie nawet bez miejscowych świstków.

Tak czy owak, walutę zagraniczną mieć trzeba, a można ją pozyskać na jeden z kilku sposobów:

  • Wymiana gotówki w klasycznym kantorze: leziemy do kantoru ze zwitkiem pieniędzy i 10 do pierdyliona minut później mamy w ręku eurosy albo dolce. Sposób znany każdemu, nieco upierdliwy w okresie wakacyjnym, kiedy wszystkie Janusze zmierzają na Kretę, a do tego niekoniecznie opłacalny, zwłaszcza jeśli w naszym mieście jest niewiele kantorów. Ja osobiście korzystam z niego tylko wtedy, kiedy „zaśpię” z wymianą i muszę mieć kasę w ręku na następny dzień.
  • Wymiana gotówki w kantorze internetowym: ta taktyka, stosowana przeze mnie już od bardzo długiego czasu, jest najwygodniejsza i dość tania. Minus jest taki, że wymaga trochę zachodu „przed”, bo musicie zadbać o założenie sobie konta w walucie docelowej (EUR, USD, ewentualnie GBP). Ja mam konta walutowe w euro i dolarach, ale korzystam głównie z tego pierwszego. Konta walutowe są szeroko dostępne, ja korzystam z mBankowego, bo dało się je założyć bez ruszania dupska sprzed komputera. Jeśli macie już konto walutowe, pozostaje Wam tylko wybrać odpowiedni kantor internetowy (może Wam w tym pomóc ta porównywarka) – uczulam jednak na to, że w grę wchodzą tu czasem duże pieniądze, więc powstrzymajcie się od wybierania serwisów, które funkcjonują od zeszłej środy. Transakcji dokonujecie, wpłacając kasę do kantoru z własnego konta rozliczeniowego, a po kilku godzinach otrzymujecie wymieniony hajs na konto walutowe. Kursy są dobre, niejednokrotnie wyższe niż w kantorach tradycyjnych, więc można nawet zaoszczędzić te parę złotych. Co potem z tymi „elektronicznymi” eurosami albo dolcami? Ja używam przyporządkowanej karty walutowej za granicą i wypłacam pieniądze z bankomatu, bez podwójnego przewalutowania, ewentualnie wybieram euro jeszcze w Polsce i wymieniam na miejscu. Karty walutowe NA OGÓŁ (warto to sprawdzić) nie są obciążone prowizją od wypłaty zagranicznej, więc największym ponoszonym przez Was kosztem jest pewnego rodzaju dopłata za nieco mniej korzystny kurs wymiany bankowej, dokonywanej w bankomacie.
  • Wypłata gotówki z karty na miejscu: szybko, łatwo, przyjemnie i – niestety – często drogo. Ja mam to szczęście, że moje konto bankowe było zakładane na bardzo preferencyjnych warunkach, więc nie obawiam się wysokich (a właściwie żadnych) prowizji od wypłat zagranicznych – jedyne koszty powoduje podwójne przewalutowanie. Takie konta bankowe są już jednak rzadkością, więc lepiej zaopatrzyć się w płatniczą kartę walutową.

Sposób zza granicy – WeSwap

Podejrzewam, że technologia nie powiedziała (i nigdy nie powie) tu jeszcze ostatniego słowa, ale z roku na rok pojawiają się kolejne metody coraz szybszego i łatwiejszego wymieniania walut. Jedną z tych, które „oficjalnie” nie trafiły jeszcze do Polski, jest WeSwap – specjalna, „ładowana” karta płatnicza, zdolna pomieścić środki w aż 18 różnych walutach. Inne waluty wymieniamy tu de facto z innymi użytkownikami systemu. Na razie program działa niestety tylko w 10 europejskich krajach, ale tylko patrzeć, aż podobna usługa pojawi się w Polsce.

Jeśli chodzi o wymianę kasy w kraju docelowym, to przypadków jest tak wiele, że trudno je ogarnąć jednym wpisem. Ogólne zasady można streścić w sześciu punktach:

  • Nie wymieniamy w kantorze na lotnisku: bo pojadą nas bez wazeliny i na zimnym blacie. Tu możemy wziąć co najwyżej taką kwotę, która pozwoli nam na dojazd do odpowiedniego miasta, a co za tym idzie – także kantoru.
  • Nie wymieniamy w bankach, chyba że nie ma innej opcji: znowu – będzie drożej niż w kantorach, aczkolwiek tu mamy względną pewność, że nikt nie będzie chciał zrobić nas w dupala i okantować na przykład na ilości banknotów.
  • Nie wymieniamy w kantorach szemranych czy u cinkciarzy, chyba że nie ma innej opcji: nikt nie lubi bać się o to, czy ktoś nie przekręci nas na kasie. Czasem jednak można, a nawet trzeba zaryzykować – na ten przykład wymiana waluty w Uzbekistanie ma sens TYLKO u cinkciarzy, bo inaczej tracimy masę pieniędzy.
  • Do wymiany przynosimy jak najładniejsze i „największe banknoty”: zasada, której szybko uczy się każdy, kto był w Azji. Duże nominały zamknięte w nowych banknotach pójdą szybko i bez sprzeciwów. Za nominały mniejsze czy pogniecione możemy czasem dostać sporo niższy kurs, co jest tym bardziej denerwujące, kiedy jesteśmy w jedynym kantorze w okolicy.
  • Wymieniamy tyle, ile potrzeba: w niektórych krajach lepiej wymienić mniej i częściej, niż wszystko za jednym razem (także ze względów bezpieczeństwa). Ewentualny lepszy kurs nie zrekompensuje Wam trudności w noszeniu TONY papieru, którą czasem możecie dostać już nawet za 100 dolców – przykładem może tu być choćby wspomniany wcześniej Uzbekistan.
  • Planujemy: to w połączeniu z poprzednim punktem. Nikt nie lubi znaleźć się w środku obcego kraju z kilkoma setkami dolarów w kieszeni, ale bez możliwości wymiany ich po rozsądnym kursie. Pieniędzy wymieniamy tyle, by starczyło nam do następnego miejsca, w którym znajdziemy kantor.
Sumy uzbeckie

Na zdjęciu widzicie równowartość MNIEJ niż 100 dolców…

Auto Stop Race 2017 Special: kasa w Chorwacji

Jako, że niniejszy tekst powstał w ramach współpracy z Auto Stop Race 2017, rzucam tutaj jeszcze kilka informacji na temat kraju docelowego tej edycji imprezy – powinny one przydać się jej uczestnikom.

Walutą obowiązującą w Chorwacji nadal jest kuna (HRK), której nazwa pochodzi… od kuny (tak – ssaka drapieżnego z rodziny łasicowatych, którego skóra była kiedyś używana w charakterze środka płatniczego). 1 kuna dzielona jest na 100 lip, ale ta nazwa nie ma nic wspólnego z drzewami, poza tym, że na monecie 5 lipowej widnieje dąb.

Pomimo istnienia kun, w Chorwacji można również używać euro, przy czym – jak w większości krajów – jego kurs „sklepowy” bywa mało opłacalny. Tym samym najlepiej jest zabrać ze sobą euro i na miejscu wymieniać je na odpowiednią ilość łasicowatych, pamiętając przy tym, by przy wyjeździe wszystkie kuny wymienić z powrotem na euro (kurs kuny w Polsce jest mało atrakcyjny). Wymiany dobrze jest dokonywać w banku, bo chorwackie kantory (mjenjalnice) operują niejednokrotnie na wysokich prowizjach; ponadto kuny na euro wymienimy TYLKO w banku.

Bankomaty są dość powszechne, podobnie jak możliwość płacenia kartą.

Chorwackie ceny – zwłaszcza w bardziej turystycznych miejscach – są nieco wyższe niż w Polsce (tutaj znajdziecie aktualne porównanie). Nie dotyczy to wina, które w tej części świata jest produktem tak powszechnie spożywanym, jak u nas piwo. Wyjeżdżając z Chorwacji warto na pamiątkę kupić sobie… krawat, bo to właśnie tutaj podobno narodziła się ta część męskiej garderoby. W prostej linii wywodzi się ona od chust (podgutnic), którymi kobiety swego czasu obdarowywały tamtejszych mężczyzn wyruszających na front.

Kuna

Na miejsce nie zabierajcie żywych kun, bo ciężko je przewozić.

Płatność za granicą: kartą czy gotówką?

Czy za granicą lepiej mieć kartę, czy gotówkę? Moja odpowiedź brzmi, bez niespodzianki: i to, i to.

Gotówki używam najczęściej. Wypłacam ją z bankomatu na miejscu albo przywożę dolce/euro w kieszeni, a potem wymieniam odpowiednią część. Dzięki temu nie muszę martwić się o brak bankomatu, brak połączenia z centralą banku czy to, że każda płatność kartą to jednak – mikry, bo mikry, ale wciąż dodatkowy – koszt. Na wyjazd biorę ze sobą taką kwotę w gotówce, którą wydaje mi się, że wydam, a do tego jakieś 10% rezerwy. Rezerwę zazwyczaj przywożę z powrotem.

Kartę zawsze przy sobie mam, ale używam jej sporadycznie i najczęściej dopiero pod koniec wyjazdu, kiedy mam w kieszeni 100 zaoszczędzonych dolców, a do opuszczenia kraju jakieś 10 godzin. Nie opłaca mi się wtedy rozmieniać pieniędzy i wolę w takich przypadkach posługiwać się kartą płatniczą… o ile jest to możliwe. Co ważne, wożę ze sobą nie jedną, a dwie karty: jedną walutową, „bieżącą”, a drugą standardową, która stanowi ewentualną brzytwę, za której ostrze mogę chwycić w ostateczności.

Więcej o płatności kartą za granicą możecie przeczytać – w bardzo rozbudowanym i specjalistycznym wpisie – tutaj.

Pieniądze na miejscu

Kolejnym dużym zagadnieniem jest kwestia transportu i użytkowania Waszego hajsu za granicą. W tej kwestii mam parę dobrych, sprawdzonych rad.

Przewożenie pieniędzy – jak i w czym?

Wiadomo – kasę trzeba przewozić z głową, zwłaszcza na początku tripu, kiedy każdy ma jej jeszcze sporo.

Jeśli chodzi o dowiezienie pieniędzy na miejsce docelowe, na przykład gdy lecicie samolotem, to najrozsądniej jest chyba mieć całość kwoty przy sobie. W razie utraty bagażu nie tracicie fury gotówki, co jest głównym argumentem przemawiającym za tym rozwiązaniem. W samolocie czy innym transporcie istnieje też relatywnie mała szansa, że ktoś skutecznie „rozstanie Was” z Waszymi pieniędzmi – czy to w drodze kradzieży, czy klasycznego rozboju z daniem w mordę w tle.

Zgoła inną kwestią jest posługiwanie się gotówką na samym wyjeździe. Tu osobiście preferuję zostawianie głównej części pieniędzy w noclegowni, najlepiej w sejfie czy przynajmniej zamykanej szafce. Jeśli takiej nie ma, rozkładam drobniejsze kwoty po całym bagażu głównym, pilnując, by znajdowały się daleko od siebie i w takich miejscach, w których mało kto będzie ich szukał. Mówcie co chcecie, ale raczej nikt nie będzie szukał kasy w Waszych brudnych majtach.

Na transport „użytkowej” części pieniędzy recept jest tyle, ile ludzi, ale sprowadzają się one do kilku podstawowych rozwiązań:

  • Portfel/kieszeń: sposób dobry tylko do momentu, w którym ktoś Wam ten portfel zaiwani. Zasadniczo portfel mówi: „pieniądze” i każdy, kto ma ochotę te pieniądze Wam zabrać, sięgnie po niego w pierwszej kolejności. Ergo, ja takie rozwiązanie stosuję tylko na krótkich, weekendowych wypadach do Europy, na które nie chce mi się specjalnie przygotowywać.
  • Saszetka na szyi: do niedawna mój ulubiony, choć nieco wsiowy sposób. Saszetka na szyi ma ten plus, że trudno jej nie czuć. Z drugiej strony, jest to też jej główny minus – zwłaszcza podczas długich wyjazdów. Ponadto, co byśmy nie robili, widać ją przez większość czasu, także (a może nawet przede wszystkim) wtedy, gdy nosimy ją pod ubraniem. Nie dość, że taki widok kusi potencjalnych złodziei, to jeszcze na zdjęciach wyglądamy jak w 4 miesiącu bardzo dziwnej ciąży.
  • Money-belt/saszetka biodrowa: rozwiązanie wygodne, dyskretne, ale wymagające zainwestowania w taką „nerkę”, która przepuszcza przynajmniej część powietrza. Minusem saszetki jest to, że nie możemy jej za bardzo wypchać, bo skończymy z rozwalonym suwakiem i naszymi dolcami na wierzchu. Mimo to, ostatnio to właśnie to rozwiązanie preferuję i uważam za najsensowniejsze.
  • Pasek z kieszenią

    Poczuj się jak TAJNY AGENT…

    Pasek do spodni z kieszenią itp.: wszelkie rozwiązania w stylu Jamesa Bonda są być może fajne, ale mało praktyczne – zwłaszcza jeśli chcemy mieć szybki dostęp do gotówki. Hajs można oczywiście nosić „wszyty” w pasek, ale wyobraźcie sobie minę sprzedawcy, który oczekuje zapłaty, a widzi jak zamiast tego rozpinacie nachy. Tego typu rzeczy sprawdzają się jako dodatkowe miejsce na przechowywanie gotówki, a nie jako jej podręczny zapas.

Płacenie na wyjazdach

Ostatnim tematem, który warto poruszyć, jest sama procedura płacenia. Nie odkryję tu Nowego Świata jeśli napiszę, że płacąc za rzeczy/usługi za granicą nie wyciągamy na wierzch wszystkich pieniędzy jakie mamy, nie liczymy ich ostentacyjnie, a tym bardziej nie ujawniamy wszystkich naszych kieszeni i ewentualnych rezerw finansowych. Takie zachowanie jest nie tylko nierozsądne, ale może wpłynąć na naszą pozycję w ewentualnym targowaniu się o cenę.

W tym temacie mam jednak poradę dodatkową, wypracowaną dzięki kilkunastu wyjazdom. Mianowicie: wspólny budżet.

Wspólny budżet wyjazdowy

Jeśli jedziecie na wyjazd grupowy (a przez grupę rozumiem tu już właściwie nawet dwie osoby), to dobrym pomysłem jest założenie budżetu wspólnego. Zasada jest prosta: na początku jakiegoś okresu robicie ściepę w kwocie X, z której pokrywane są wszystkie wydatki wspólne i dzielone równo pomiędzy uczestników. Tych jest całkiem sporo, a zaliczają się do nich: noclegi, wstępy do atrakcji, transport (w tym na przykład koszty wynajmu samochodu), a czasem także jedzenie (o ile nie macie w grupie chronicznego wpierdalacza).

Po co się na to zrzucać? Trzy główne powody to:

  • Oszczędność czasu przy płaceniu: za całą grupę płaci opiekun budżetu, a reszta nie musi się tym przejmować, podobnie jak rozdzielaniem między siebie reszty itp.
  • Brak wzajemnych rozliczeń: kiedy wspólna kasa się kończy, po prostu każdy ponownie się dorzuca i nie ma potrzeby śledzenia wydatków, pożyczek i innych tego typu spraw, które zawsze pojawiają się na wyjazdach (…to zapłać za mnie, bo nie mam drobnych – znacie to, nie?).
  • Zwiększone bezpieczeństwo: jedna osoba ma co prawda więcej pieniędzy (bo dysponuje kasą wspólną), ale to ona za wszystko płaci. Pozostali członkowie grupy nie muszą każdorazowo sięgać do swoich zasobów, ujawniając miejsce ich przetrzymywania wszem i wobec.

Przy dobrych wiatrach, uczestnicy wyjazdu będą sięgać po „osobiste” pieniądze tylko w przypadku, w którym najdzie ich ochota kupno pamiątki czy innego pierdoletu tego typu.

Oto moje rady odnoście posługiwania się pieniędzmi na wyjazdach zagranicznych. A wy? Macie jakieś swoje, sprawdzone sposoby albo porady? Zapraszam do komentarzy!

Podobał Ci się ten wpis? Możesz poczytać inne poradniki lub polubić mój blog na Facebooku, gdzie na bieżąco informuję o nowych wpisach i wrzucam dodatkowe treści.

REKLAMA:

komentarzy 6

  1. Dk 19 kwietnia 2017
    • Brewa 21 kwietnia 2017
  2. Konrad 10 lipca 2017
    • Brewa 10 lipca 2017
      • Konrad 10 lipca 2017
      • Brewa 10 lipca 2017

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram305
  • Google+1