(Prawie) konno nad Songkol – dzień 1

Historia naszej konnej przygody z Kirgistanem jest jak dobry, nastoletni romans. Zaczęła się niewinnie i wielkimi oczekiwaniami; w trakcie było sporo niespodzianek, zachwytów i niemało nienawiści; a teraz – kiedy wszystko się skończyło – wspominamy ją z rozrzewnieniem, ale nie jesteśmy pewni, czy chcielibyśmy to powtarzać.

Z racji – oczywiście – na nasze ekspresowe tempo podróży, nasza kirgiska eskapada miała potrwać tylko dwa dni. Wszystko zorganizowałem jeszcze przed wyjazdem, mailowo dogadując się z właścicielką Bishkek Apple Hostel, która miała wszystko załatwić. Jasne – żałowałem trochę, że nie możemy po prostu złapać busa gdzieś w góry i szukać koni na własną rękę, ale po prostu nie mieliśmy na to czasu. W związku z tym, musieliśmy również odpowiednio zapłacić za cały projekt – dwuosobowy, dwudniowy konny trekking nad jezioro Songkol obciążył nasz budżet kwotą około 150 dolarów, ale obiecywał brak dodatkowych wydatków.

Drogie konie w Kirgistanie

Kirgistan, w odróżnieniu od Mongolii (jeszcze…), dość szybko zdał sobie sprawę, że turyści skłonni są zapłacić duże pieniądze za możliwość kilkudniowej przejażdżki konno po tutejszych wzgórzach i dolinach. Nie badałem sprawy bardzo dokładnie, ale – zasadniczo – kirgiski rząd czerpie z tego typu wycieczek konkretne profity, nakładając na turystów zdziercze opłaty. Oficjalni „konni” operatorzy biorą więc za swoje usługi duże (nawet na europejską skalę) pieniądze, z których spora część trafia do urzędasów w Biszkeku.

Jeśli ktoś ma dużo czasu i trochę cierpliwości, może poszukać koni na własne kopyto – na polskich blogach podróżniczych jest kilka relacji z tego typu zabaw (tu znajdziecie wzorcową). Wynika z nich, że najprostszym sposobem jest podjechanie w okolice miejsca, z którego rusza trochę trekkingów – w wypadku jeziora Songkol może to być na przykład Koczkor – i popytanie na miejscu (na pewno przyda się znajomość rosyjskiego). W przeważającej większości przypadków razem z końmi dostaniemy w pakiecie przewodnika – nikt o zdrowych zmysłach nie wyda zwierząt (nawet najgłupszych) na pastwę białasów. Nawet wtedy jednak jest szansa, że zapłacimy odrobinę mniej, niż gdybyśmy organizowali sobie objazd przez agencję: za dwa konie i przewodnika wierzchem powinniśmy zapłacić nie więcej niż 100-150 zł dziennie (zakładając, że nie targujemy się jak Amerykanie). Jeśli uda nam się wynająć same zwierzęta, to kwota ta zostanie obcięta o połowę, ale to my będziemy musieli zadbać o nasze wierzchowce, które najpewniej nie będą… jakby to powiedzieć… najostrzejszymi nożami w szufladzie. Ponownie – nikt w Kirgistanie nie da Wam mądrych, przydatnych koni, którym cholera wie, co może się stać.

Opcją typu hardcore jest wreszcie KUPNO konia na miejscu. Czytałem o takich praktykach, związanych zazwyczaj z naprawdę długim pobytem w Kirgistanie, ale sam raczej bym się tego nie podjął. Głównie dlatego, że chuja wiem o koniach.

Kirgistan - konie

Takie koniki to najpopularniejszy środek transportu w Kirgistanie

Cała podróż nie zaczęła się najlepiej. Zgodnie z planem idealnym, o 7:00 rano mieliśmy ruszyć z dworca autobusowego w Biszkeku do Koczkoru – miasta zlokalizowanego na północny-wschód od jeziora Songkol. Przygotowania do wyruszenia zajęły nam jednak nieco więcej czasu i na przystanku pojawiliśmy się o 8:00, głęboko wierząc w to, że marszrutka się nie zapełniła i nie zdążyła odjechać. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, czy tak było, ale fakt pozostaje faktem – zamiast ruszyć o 8:00 z minutami, nasz busik puścił się w drogę na południe dopiero koło 11:00, wioząc na pokładzie całą masę zadowolonych Kirgizów i dwójkę solidnie wkurwionych Polaków (biedniejszych o 500 som wydanych na bilet).

Wspomniane wkurwienie szybko nam przeszło. Współpasażerowie prędko się nami zainteresowali, w związku z czym już koło godziny 13:00 zostaliśmy naciągnięci na kupienie butelki wódki, którą potem – wraz z jednym, szczególnie zachwyconym nami dziadkiem – jęliśmy opróżniać do wtóru głośnych zachęt innych Kirgizów. Całą procedurę ułatwił fakt, że dziadek świetnie mówił i rozumiał po angielsku. Przez „świetnie” rozumiem tu między innymi to, że przez całą drogę wołał na mnie „Marketing”, będąc przekonanym, że mam tak na imię. Mimo to, już koło godziny 15:30 dziadek praktycznie nam się oświadczył, zapewniając przy tym, że nasza zaaranżowana podróż nie ma najmniejszego sensu i że on się nami zaopiekuje, wpierw przedstawiając nas całej swojej rodzinie, najpewniej do 3 pokolenia w obie strony. Co śmieszniejsze, pomimo już wydanych stu baksów, poważnie zaczęliśmy rozważać jego ofertę, tym bardziej że jedyny kontakt z naszym przewodnikiem nawiązaliśmy za pomocą dziadkowej komórki. Nie dane nam jednak było przekonać się o kirgiskiej, bezinteresownej gościnności, bowiem koło godziny 16:00 marszrutka nagle stanęła, a kierowca kazał nam wysiadać.

Kirgistan - przyjazny dziadek

Przyjazny dziadek i frajerzy od kupowania wódy

Kiedy opadł kurz za oddalającym się pojazdem, my – już mocno wstawieni – ujrzeliśmy przed sobą wysokiego, szeroko uśmiechniętego Kirgiza, który przedstawił się imieniem Ruslan. Okazało się, że to nasz przewodnik, czekający na nas od kilku godzin niedaleko miejscowości Kuzart. Do dziś nie mam pojęcia, jak nas namierzył.

Ruslan, pomimo nieustannej prezentacji nienagannego uzębienia, był mocno zafrasowany. Nasz przyjazd był opóźniony o 4 godziny, więc mieliśmy spory problem logistyczny. Nie przekreśliło to jednak wizyty u Ruslana na kwadracie, która okazała się naszą jedyną okazją do obejrzenia sobie od wewnątrz prawdziwego, kirgiskiego domu. Siedząc po turecku na kilku warstwach futer i dywanów, staraliśmy nie skręcić sobie karku od rozglądania się po chawirze. Nie było to bardzo imponujące domostwo, tym bardziej, że ogrzewanie nie było jeszcze odpalone (a był początek października), a za jedyne ozdobniki służyły liczne kobierce i poduszki, wyszywane w pojebane esy-floresy. Niemniej, żona Ruslana – przesympatyczna i ni w ząb nie rozumiejąca czy to po angielsku, czy to po rosyjsku – ugościła nas czym chata bogata, zastawiając stół różnymi smakołykami, z których większość była równie podejrzana, co pyszna. Posiłek sowicie podlewaliśmy gorącą herbatą, bo – co by nie mówić – w środku było po prostu zimno, chociaż warstwy na podłodze robiły co mogły.

Kirgiski dom

Dom Ruslana, a konkretnie salon

Wreszcie wrócił Ruslan i w krótkich, żołnierskich słowach kazał nam zapakować się do fury. Fura była chyba pożyczona, ale dawała radę, podobnie zresztą jak nasz przewodnik, który – kiedy tylko ruszyliśmy – zaczął konwersować z nami po rosyjsku. Dziwna to była konwersacja, bo obaj mówiliśmy w tym języku mniej więcej na tym samym poziomie (czytaj: jak niedorozwinięte gibony), ale niedostatki komunikacyjne rekompensowały nam mijane widoki i coraz bardziej poprawiające się humory.

Kirgistan - widoczek

Kirgiska widokówka, jakoś tak w połowie drogi

Ta samochodowa podróż uświadomiła nam również, jak wiele rzeczy jest jeszcze w Kirgistanie do odkrycia. W pewnym momencie mijaliśmy na przykład – w dość sporym oddaleniu – niewielkie zgrupowanie niskich ruin, wyglądających trochę jak domy, a trochę jak duże krypty. Zapytany o owe budowle, Ruslan wzruszył ramionami i odpowiedział, że jakiś czas temu ktoś je badał, ale na tym się skończyło i od tej pory nic się przy nich nie działo. Także jeśli będziecie mieli więcej czasu i akurat będziecie śmigać drogą z Kuzart na południe, wyjrzyjcie za okno i poszukajcie wzrokiem niskich budyneczków w kolorze piaskowca – może będziecie mieli okazję zatrzymać w miejscu, które dopiero czeka na naniesienie na mapę atrakcji turystycznych regionu.

Po przejechaniu około 15 kilometrów, dojechaliśmy wreszcie do miejsca, w które planowo mieliśmy dotrzeć konno 1 dnia. Było to nic innego, jak sympatyczna dolinka, na której dnie rozbite były dwie jurty i pobudowany pojedynczy, garbiący się nieco kibelek. Z kibelka z rozkoszą skorzystaliśmy, a potem przenieśliśmy się do jurt, w których – prócz kolejnego posiłku – czekało na nas dwóch białych (z których jeden był żółty i pochodził z Afryki… ach, te podróże). Rozmowa niespecjalnie się kleiła, bo wszyscy byli wymęczeni. Ponadto, ostatnią szansę na bardziej ożywioną dyskusję pogrzebał jeden z kirgiskich gospodarzy, który poczęstował nas wódką, a potem – nie zważając na nasze pełne nadziei oczęta – schował niedopitą butelkę za pazuchę. Nie powiem – byliśmy rozczarowani. Pogrążeni w smutku, pokręciliśmy się jeszcze trochę po okolicy (głównie szukając kibelka w egipskich ciemnościach), po czym zapadliśmy się pod grube pierzyny, rozłożone na podłodze jednej z jurt. Tak zakończył się pierwszy dzień naszego trekkingu, podczas którego nawet nie zobaczyliśmy konia.

Kirgistan - wnętrze jurty

Wnętrze jurty, w której żarliśmy, a potem spaliśmy

Podobał Ci się ten wpis? Możesz poczytać inne moje posty o Kirgistaniepolubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

REKLAMA:

komentarze 2

  1. Przemek 21 lipca 2017

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram337
  • Google+0