Konno nad Songkol – dzień 2

Nad jezioro Song Kol wyruszyliśmy konno 28 września 2017, o godzinie 8:30. Do przejechania mieliśmy jakieś 15 kilometrów, a energi na ich pokonanie dostarczyło nam syte śniadanie, złożone z wyśmienitych naleśników, chleba i ręcznie ubijanego masła, którego smak – i mówię to zupełnie szczerze – powinien poznać każdy.

Pogoda nie zapowiadała się jakoś wyśmienicie – trochę pizgało, trochę popadywało… Wszystko byłoby ok, gdybyśmy byli lepiej przygotowani na takie warunki. Niestety, przyzwyczajeni do 30-kilku stopniowych temperatur panujących w Uzbekistanie i uzbrojeni wyłącznie w dwie warstwy ciuchów, od rana szczękaliśmy zębami tak, że do godziny 10:00 skróciliśmy je o jakieś 2 milimetry. Od naszego przewodnika – Ruslana – dostaliśmy wprawdzie długie, przeciwdeszczowe pałatki, ale tylko połowicznie chroniły one przed wiatrem. Nasz Kirgiz był jednak dobrej myśli i obiecywał, że kiedy tylko zjedziemy nad jezioro, pogoda się poprawi.

Kirgistan - obóz

Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę

W kwestii pogodowej obawiałem się przede wszystkim o Beatę. Moja kobieta to potworny zmarzluch i już nie raz zdarzało się, że niska temperatura odbierała jej sporo przyjemności płynącej z podróży. Na szczęście – przynajmniej na początku – miała na głowie inne kwestie. Był to bowiem pierwszy raz, kiedy siedziała na koniu dłużej niż 5 minut.

Kirgiskie konie są podobne do swoich kuzynów, których przeróżne odmiany występują w całej Azji centralnej – od Mongolii po Tadżykistan. Krępe, niskie i wytrzymałe, z krowią obojętnością znoszą nawet najgorsze warunki pogodowe i terenowe. Do jazdy na nich nie trzeba się jakoś specjalnie przygotowywać. Konie oddawane do dyspozycji turystom nie są – delikatnie mówiąc – specjalnie inteligentne i na pewno nie mają osobowości (koniowości?) samca alfa. Większość pracy wykonuje przy nich przewodnik, cierpliwie dopasowując kulbakę (czyli twardą odmianę siodła, zaopatrzoną w liczne elementy drewniane) i strzemiona. Ruslan z ulgą przyjął fakt, że ja już dysponowałem pewnym doświadczeniem i mogłem nieco pomóc mu przy ogarnianiu mojej wybranki serca, która jednak od samego początku radziła sobie ze swoim koniem całkiem nieźle. Kiedy tylko Beata opanowała podstawy horse managementu i nauczyła się podstawowych komend, stępa ruszyliśmy na południe, w stronę niewidocznego jeszcze jeziora.

Kirgistan - konno

Beata, jak na razie, zadowolona

Z początku zimno nawet nam nie przeszkadzało. Dla mojej lubej było to pierwsze doświadczenie z podobną formą lokomocji, a ja przypominałem sobie wszystko, co zdążyłem zapomnieć po ostatniej takiej przygodzie, mającej miejsce niemal 10 lat wcześniej. Z tego względu skupialiśmy się przede wszystkim na tym, żeby znaleźć sobie najwygodniejszą pozycję w kulbace, a do tego nie spaść z konia w sposób tyleż spektakularny, co zabawny.

A potem jebnęły nas widoki.

Okolice jeziora Song Kol są przepiękne. O ile przemierzając konno Mongolię mamy do czynienia przede wszystkim z równinami i trawiastymi stepami, o tyle w Kirgistanie zewsząd otaczają człowieka majestatyczne góry. We wrześniu mienią się one kolorami powszechnie kojarzone ze złotą, polską jesienią, co przydaje im walorów estetycznych. Rzecz jasna, drogę do jeziora Song Kol od strony północnej pokonuje się przede wszystkim przez przełęcze, ale mniej więcej w połowie trasy jeźdźcy zmuszeni są przejechać przez jedno wyższe wzniesienie. Wtedy do wyśmienitych widoków dochodzi jeszcze solidny zastrzyk adrenaliny.

Kirgistan - widok w drodze do Song Kol

Ot, jeden z widoczków

Ów zastrzyk powodowany jest przez fakt, że górskie trasy to nie rozchodzone ścieżki, a raczej plątanina wąskich przesmyków pomiędzy większymi i mniejszymi kamieniami. Zarówno koń, jak i jeździec muszą uważnie patrzeć pod kopyta, równocześnie od czasu do czasu spoglądając przed siebie w poszukiwaniu najlepszej trasy. Nam całą tą logistykę utrudniała nieco pogoda, która – im wyżej wchodziliśmy – robiła się coraz bardziej skurwysyńska. Deszcz wprawdzie przestał padać, ale wiatr zrobił się napastliwy jak Irlandczyk po 6 piwach, skutecznie psując nam humor.

Wreszcie jednak przebiliśmy się przez grzbiet góry i przed naszymi oczami pojawiło się jezioro. Zjazd ze wzniesienia pamiętam bardzo dobrze. Z metra na metr wiatr ustawał i momentalnie zrobiło się odczuwalnie cieplej. Zmieniło się też otoczenie – błoto i kamienie zastąpił zielonkawo-brązowy dywan, który najwyraźniej nie skojarzył jeszcze, że zasadniczo mieliśmy jesień.

Kiedy więc w niewielkim oddaleniu dostrzegliśmy mały obóz, a Ruslan potwierdził, że tam właśnie zmierzamy, z nieukrywaną przyjemnością puściliśmy się w to, co ślepy na jedno oko Kirgiz od biedy mógłby uznać za galop. Beata podskakiwała na koniu jak paralityk na elektrowstrząsach, a ja po każdym pokonanym metrze modliłem się, żebym tej gonitwy nie przypłacił bezpłodnością. Warto jednak było dotrzeć do obozu, bo tam czekała na nas nie tylko skapana w słońcu, płaska przestrzeń, ale również obiad, na który mieliśmy potworną ochotę.

Kirgistan - nad Song Kol

Cel naszej podróży nie prezentował się szczególnie imponująco

Obóz, do którego dojechaliśmy, nie nosił zbyt wielu znamion spontaniczności. Tak naprawdę już od dawna wiele kirgiskich rodzin obozuje w stałych miejscach, a jurty rozbijane są na specjalnie przygotowanych do tego celu, utwardzanych polach. Często zdarza się, że prócz pasących się w okolicy koni, w obozie znajduje się także samochód, który ułatwia szybkie podskoczenie w najbliższe okolice. Dodatkowo, dzisiejsze „stałe” jurty wyposażone są w kilka nowoczesnych udogodnień, takie jak baterie słoneczne czy agregaty prądotwórcze – te ostatnie zresztą dość często sprowadzane są z Polski. Jak do tej pory większych zmian nie zanotowała tylko kwestia toalet – nadal są to zbudowane nad ogromnym dołem kibelki, do których należy chadzać z latarką, a tej ostatniej broń boże nie kierować w głąb wzmiankowanej dziury w ziemi.

Kirgistan - nad Song Kol

Widok od strony jeziora

Nasz krótki pobyt w obozie, który okazał się zresztą domem rodziców Ruslana, wspominamy wyśmienicie. Przyczyniło się do tego nie tylko słońce, które łaskawie wyjrzało zza chmur, ale także otoczenie z „naturalnymi” atrakcjami, z których Beata najbardziej zakochała się w małym, czarnym kociaku, z uporem maniaka starającym się zostać pierwszą kirgiską małpą. Kiedy moja luba zapoznawała się bliżej z lokalną fauną, włączając w to wcale przyjaznego cielaka, ja latałem jak pojebany z aparatem, starając się jak najlepiej wykorzystać dobre światło i obecność jeziora. Nasze beztroskie hasanie przerwał jednak wkrótce obiad, złożony z dość ościstej, ale świetnie smakującej ryby, odłowionej rano prosto z jeziora Song Kol.

Nie tylko Song Kol

Jezioro Song Kol to tak naprawdę mniejsze i drugie w rankingu popularności jezioro, do którego turyści dostają się konno. W północno-wschodniej części kraju jest jeszcze ogromne jezioro Issyk Kol (drugi największy górski zbiornik wodny na świecie), a na zachodzie – jezioro Toktogul. To pierwsze jest zasadniczo najważniejszą atrakcją turystyczną Kirgistanu (dotyczy to zwłaszcza jego północnego brzegu), to drugie natomiast leży na tyle daleko od standardowych szlaków, że można śmiało uznać je za pozycję off the beaten track. Dużo informacji na temat obu tych jezior, włączając wskazówki praktyczne, znajdziecie na blogu Pozornie Zależnej, a konkretnie tutaj: Issyk Kol i Toktogul.

Żeby nie nudziło nam się podczas drogi powrotnej, matka Ruslana obarczyła nas dodatkową misją specjalną – musieliśmy odeskortować krowę. Właściwie nie wiem dokąd i po co, ale summa summarum nasz przewodnik dostał pod opiekę nieco krnąbrną kobyłkę, która ewidentnie zapragnęła zwiedzić po drodze trochę świata. Pałętające się krówsko było naszym największym problemem do momentu, w którym ponownie zaczęliśmy wjeżdżać pod górę. Słońce zniknęło jakby je kto w dupę kopnął, a ewidentnie nieprzyjazny szczyt przywitał nas srogim deszczorem. Zamarzając, myśleliśmy że gorzej być nie może, ale – jak zwykle w takich przypadkach – bardzo się myliliśmy. Deszcz bowiem, najwyraźniej uznając, że niedostatecznie nas skatował, zamienił się najpierw w grad, a następnie w regularny śnieg, którego ściana uderzyła w nas niczym wściekły Mike Tyson.

Kirgistan - krowa

Rzeczona krowa

Porażeni zimnem, wilgocią i białą zarazą wciskającą się w każdą możliwą szczelinę naszych lekkich ubrań, popadliśmy w stan skrajnej apatii, całą uwagę koncentrując na tym, by nie wypierdolić się spektakularnie na szlaku, który bynajmniej nie należał do przyjaznych. Konie się ślizgały, wiatr nakurwiał jak dziki, a my próbowaliśmy z całych sił nie połykać tego, co kapało nam z nosów. BYŁO SUPER.

Kirgistan - opad śniegu

Warunki pogodowe na tej trasie bywały lepsze

Kiedy tylko przejechaliśmy przez górski grzbiet, śnieg MOMENTALNIE przestał padać. Mało tego – byliśmy w stanie bez trudności wskazać miejsce, w którym opadała kurtyna tego białego szajsu. Ani chybi jakaś siła wyższa podpatrzyła na 9GAGu mem z serii Fuck this place in particular i postanowiła przetestować go w praktyce na naszych zmarzniętych dupach.

Kirgistan - granica opadu

Zgadnijcie, do którego miejsca padało

Powrócił względny spokój i wspaniałe widoki. Słońce – bez wątpienia będące kobietą akurat przechodzącą najgorszy etap menstruacji – znowu wyjrzało zza chmur, oświetlając otaczające nas góry. Klimatu reszcie zjazdu dodawał fakt, że dołączyliśmy w międzyczasie do grupy pasterskiej, schodzącej z gór razem z licznym stadem koni. Nasza kobyła, która cudem przetrwała śniegowy Armagedon, nie posiadała się z radości. Demonstrowała ją poprzez radosne włażenie wszystkim w drogę oraz nagłe ucieczki w bok, które Ruslan kwitował bardzo dźwięcznym kirgiskim. Na pewno nie były to wyrazy zaliczane w tym języku do cenzuralnych.

Kiedy wreszcie – zziębnięci, ale dość zadowoleni – dotarliśmy do obozu, pozostało nam tylko przesiąść się do samochodu i wrócić do Kuzart, skąd jeszcze tego samego dnia zamierzaliśmy wrócić do Biszkeku. Nie było to tak proste, jak mogłoby się wydawać, albowiem kilkugodzinna konna wycieczka zrobiła z naszymi nogami to, co wrząca woda robi z makaronem. Sytuacji nie ułatwiał również fakt, że jedyna ekonomiczna opcja transportu była bardzo niepewna (jak to określił Ruslan: jest szansa, że marszrutka dziś będzie). Mając do wyboru oczekiwanie na nią lub czołganie się do samej stolicy, wybraliśmy opcję trzecią, czyli taksówkę. Za circa 30 dolców (co jest sumą tyleż okrągłą, co zdzierczą) dotelepaliśmy się do Biszkeku około godziny 22:00, przy okazji zabierające ze sobą naszego przewodnika, który jednak ani myślał zrzucać się na transport. W gruncie rzeczy mieliśmy to jednak w dupie, bo od pasa w dół czuliśmy się jak ślimaki i jedyne, o czym myśleliśmy, to czekające na nas łóżka w Bishkek Apple Hostel.

Noclegi nad Song Kol

Na konny trekking, mocno ograniczony w czasie i przestrzeni, był w gruncie rzeczy dość okrojony. Jeśli wy macie więcej czasu, to dobrym pomysłem jest spędzenie nocy nad jeziorem. Większość dużych obozów (tzw. Yurtstays), w których można nie tylko przenocować, ale także coś zjeść, koncentruje się na północnym brzegu jeziora. Nie są to jurty rodzinne, a postawione przez kirgiskie agencje turystyczne, liczące sobie za nocleg (z posiłkiem) około 1000 som od osoby. Za tę cenę dostajecie miejsce na materacu i niezapomniany klimat, choć na pewno jeszcze ciekawiej byłoby przespać się u jakiegoś pasterza.

Najbardziej znane yurtstaye w pobliżu jeziora Song Kol to Batai-Aral, Jamanechki i Tuz-Ashu; nieco dalej od jego brzegów znajduje się Kilemche – możliwe zresztą, że sami w nim spaliśmy, ale podczas wizyty nie przyszło mi do głowy spytać, jak nazywa się nasze zgrupowanie. Obozy łatwo wypatrzyć z daleka, bo składają się zazwyczaj z kilku jurt. Pojedyncze namioty to najczęściej „mieszkania” prywatne (w których też można zapytać o nocleg). Z wiadomych przyczyn w yurtstayach nie można raczej liczyć na rezerwację miejsc, ale nie sądzę, by którykolwiek z nich był kiedyś na tyle przepełniony, żeby nie dało się wcisnąć gdzieś dodatkowego materaca czy dwóch.

Podobał Ci się ten wpis? Możesz poczytać inne moje posty o Kirgistaniepolubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

REKLAMA:

Brak komentarzy

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram337
  • Google+1