BrewaCześć!

Mam na imię Piotrek, ale przyjaciele i znajomi mówią na mnie Brewa, co nie jest zaskakujące zważywszy na moje nazwisko. Co prawda nawet moja stara woła mnie tak do obiadu, ale ja nie o tym.

Ten blog powstał początkowo jako swoisty kompromis pomiędzy chęcią spisania gdzieś moich wspomnień z wyjazdów, a chęcią zostania ultra-sławnym. Na wydanie książki nie starcza mi obecnie ani chęci, ani nerwów, ani czasu, więc z tego drugiego zostaje mi tylko bycie sławnym w „internetach”. Niech będzie i to, zobaczymy jak wyjdzie. Może wpadną jakieś darmowe gadżety, słyszałem że bloggerzy takie dostają.

Na co dzień pracuję w branży reklamy internetowej, swego czasu prowadziłem również e-sklep. To jednak, jak to się ładnie, acz obcojęzycznie mówi, jest irrelewantne dla tego bloga. Co jest relewantne?

Zacznijmy – niespodzianka – od początku.

Kilka lat temu moi rodzice stanęli przed pewnym wyborem. Albo dadzą mi kasę na pierwszy, w pełni samodzielny wyjazd „w dalekie kraje” albo… no, w zasadzie nic. Pomimo mojej słabej pozycji przetargowej, studiów (opłacanych przez nich, a jakże) w trakcie i generalnego braku szacunku dla pieniądza, rodzice postanowili dać mi szansę. Myśleli zapewne, że „pojedzie, umęczy się jak dziki knur, wróci i jeszcze przeprosi. Może potem wreszcie pójdzie do roboty”. Nic bardziej mylnego.

Proroczymi miały okazać się słowa mojego ojca, który – wręczając mi 6 tys. złotych w gotówce – powiedział: „Masz. Jedź, baw się”. So I did.

Prawie siedem lat później, zabierając się do stawiania tego bloga, pomyślałem, że to właśnie będzie dobra nazwa. Dlaczego? Ano dlatego, że przez cały ten czas spełniałem tylko polecenie mojego taty – jeżdżąc i bawiąc się, często w sposób, który mojego staruszka zapewne przyprawiłby o wszystkie te choroby, na które przedtem musiałem się zaszczepić, a także o kilka innych, włączając w to wylew, martwicę śledziony i malarię (bo na nią nie ma szczepionki).

Przez sześć lat, wydając umiarkowanie niewiele (jak na standardy Rainbow Tours czy innego sieciowego organizatora wycieczek), kilka razy w roku wyjeżdżałem, by spędzać co najmniej 1-3 tygodnie w dalekich krajach, ze szczególnym uwzględnieniem Azji. Poznawałem życie, byłem okradany (kilkukrotnie), spędzałem noce w publicznych parkach jak ostatni żul, byłem wywalany z klubów, ściągałem pijawki z nóg pomimo tego, że jako jedyny miałem skarpety przeciw pijawkom, a także poznawałem kulturę i inne takie pierdoły dla lamusów. O tym tu piszę.

Z szacunku dla moich znajomych staram się pomijać (niektóre) imiona. Nie zamierzam natomiast pomijać nic z tego, co się wydarzyło, a wydarzyło się naprawdę sporo. Były clubbingi w Bangkoku, kradzieże mienia publicznego w Wietnamie i spożywanie grzybów w Indonezji. Nie były to maślaki. Tu natomiast nie będzie gawędziarsko, moralizatorsko i w duchu całego tego Martyna-Wojciechowska-crap, a dokładnie tak, jak opowiadam te historie swoim znajomym – z zachowaniem zaledwie minimalnej poprawności politycznej, ze wszystkimi szczegółami, choćbym sam narobił głupot; a także z jajem – w odniesieniu do pewnej określonej definicji poczucia humoru.

Mam nadzieję, że będzie się podobało.

Brewa

Diclaimer: spora część zdjęć użyta do ilustracji wpisów nie jest mojego autorstwa, aczkolwiek zawsze użyte są one za zgodą autorów. Zaliczają się do nich (jak na razie): Agata Adamiec, Beata Baczyńska, Adrian JaszczykMarcin Lech.