Szał zakupów w stolicy Chin

Wyjazdy do Chin mają wiele plusów, krążących zazwyczaj dookoła niesamowitych krajobrazów, jedynych w swoim rodzaju zabytków czy samej kultury – tak innej od tego, do czego przyzwyczaiła nas Europa. Pomijając te wszystkie górnolotne i oczywiste frazesy, należy przypomnieć sobie, że dodatkową wartością dodaną jest jeszcze jedna, bardzo prozaiczna kwestia. Konkretnie – zakupy.

Jak wiadomo, wszystko, co nie jest obecnie robione w Bangladeszu, robione jest w Chinach. Wliczają się w to ubrania, elektronika, seks-zabawki, broń masowego rażenia i inne rzeczy, które turysta z Europy chętnie nabędzie, o ile tylko nie rozpadną mu się w dłoni podczas pierwszego oglądania i nie będą kosztować więcej niż 10 dolców za sztukę.

Warto jednak uświadomić niektórych, że czas legendarnych, uber-tanich zakupów w Chinach powolutku, ale konsekwentnie przemija i obecnie naprawdę ciężko już znaleźć takie okazje, na jakie osobiście natykałem się w tym kraju jeszcze 8 lat temu. Nie ma co jednak narzekać, bo jeśli ktoś chce wydawać w Kraju Środka trochę hajsu na bzdury, to nadal będzie miał ku temu mnogość okazji.

Ot, choćby Pekin. Pomimo tego, że stolica nie jest tak bliska przeżartemu konsumpcjonizmem sercu jak Szanghaj czy Hong-Kong, to wciąż da się tu znaleźć kilka miejsc, gdzie za stosunkowo niewielkie pieniądze obkupimy się nie tylko w pamiątki, ale także w niezawodne, chińskie Ajfony; t-shirty z nadrukami po angielsku, których największą zaletą są kretyńskie błędy ortograficzne; czy wreszcie ciekawostki gastronomiczne, które na miejscu wydadzą nam się bardzo atrakcyjne, ale po powrocie do domu zapewne postaramy się wepchnąć je mniej lubianym znajomym.

Pekin - okolice Dongsi

Czerwony lampion oznacza, że ktoś tu robi hajs na turystach

Jeśli szukacie właśnie czegoś takiego, to Waszą przygodę z zakupami proponuję rozpocząć od Targu Jedwabnego (my odwiedziliśmy go nieco później, ale to w zasadzie nie ma znaczenia). Targ Jedwabny to połączenie świętej pamięci Stadionu dziesięciolecia z podwarszawską Wólką Kossowską na sterydach. Znajdziecie tu furę „oryginalnych” ubrań z wzorami, o których w Polsce możecie co najwyżej pomarzyć, tanią elektronikę, działającą tylko do 1000 metrów od miejsca zakupu i wszystkie inne, tanie dobra kojarzone zazwyczaj właśnie z Chinami. Pomimo tego, że na większości sklepów znajdziecie tabliczkę mówiącą, że w lokalu nikt nie będzie się z Wami targował, to – o ile nie jesteście Amerykanami – nawet nie myślcie, by od razu brać na klatę pierwszą cenę, którą usłyszycie. Większość zgromadzonych tam dóbr małego kalibru nie jest warta nawet połowy tego, co początkowo krzyczą sprzedawcy i warto pamiętać, że dobry deal to taki, z którego pod koniec żadna strona nie jest w 100% zadowolona. Upewnijcie się tylko, że wybrany towar jest pełnowartościowy. Zakupiona przeze mnie koszula w rozmiarze M okazała się być skrojona na miarę wyjątkowo okazałego dębu, a w jednym z ciuchów kupionych przez Beatę brakowało guzika – takie rzeczy zdarzają się nader często, zwłaszcza że szmat na miejscu nie przymierzycie.

Poza tym na popularnym Silku znajdziecie wszelkie możliwe typy pamiątek (ostatnimi czasy na fali są kamiennie pieczęcie z inicjałami, wyrabiane dla klientów na miejscu), instrumenty muzyczne, trochę antyków tak autentycznych, jak piersi nastoletniej Tajki, czy lokalne farmaceutyki o skuteczności potwierdzonej przede wszystkim przez bliskich sąsiadów sprzedawcy, któremu są dłużni pieniądze.

Aha – na miejscu będzie również masa Polaków. Rozpoznacie ich po obuwiu (niezawodne połącznie skarpety i sandała) i pełnych wzburzeniu głosach, którymi będą wykłócać się z niemal doprowadzonymi do łez Chińczykami.

Jeśli najpopularniejsze źródło szajsu w Pekinie nieco Was odstrasza, można udać się jeszcze na Targ Perłowy – asortyment i skala są tu mniej więcej te same, tylko blichtru jakby mniej. Fani Galerii Handlowych i butików kojarzonych z ogólnie pojętym Zachodem również znajdą coś dla siebie – dobrą miejscówką będą dla nich bezpośrednie okolice Targu Nocnego, a konkretnie – ulica Dongsi na południe od noszącej jej nazwę stacji metra. Tu również znajduje się wspomniany wcześniej targ, na którym wieczorami można podziwiać sztuczne niebo. Gwarantuję Wam, że po wizycie w tych dwóch miejscach będziecie mieli serdecznie dość zarówno klimatyzowanych malli, jak i dysponujących odwrotnością klimatyzacji targów na świeżym powietrzu.

Stosunkowo nowym i bardzo specyficznym miejscem na zakupowej mapie Pekinu jest ulica Qianmen, przylegająca od południa do Placu Niebiańskiego Spokoju. Przez długi czas do 2008 roku była poddawana renowacji w stylu chińskim (to jest: systematycznemu wyburzaniu tego, co według władzy nie pasowało), by tuż przed Olimpiadą zostać otwartą dla napływających turystów. Jej dziewiczo nowe zabudowania robią bardzo groteskowe wrażenie – budynki tu zgromadzone reprezentują styl architektoniczny modny za panowania dynastii Qing, ale równocześnie lśnią bezczelną nowością oraz mieszczą w sobie salony i lokale marek, które dla wzmiankowanej dynastii byłyby sporym szokiem (mamy tu więc Starbucksa, Dunkin Donuts czy popularne odzieżówki). Tradycjonalistom pozostawiono schowany w bocznych alejkach targ, oferujący odwiedzającym standardowy wybór machających łapą kotów czy gipsowych magnesów, z których farba obłazi szybciej niż skóra po sycylijskim słońcu.

Pekin - ulica Qianmen

Jest nawek kawałek Londynu…*

Zaliczenie jednej lub dwóch powyższych miejscówek zagwarantuje Wam, że Wasze pamiątkowe check-listy zapełnią się szybko i nakładem niewielkich środków – zwłaszcza, jeśli planujecie dodatkowo kupić coś dla kilkorga znajomych (hurtem zawsze taniej). Zupełnie inaczej sprawa ma się z zakupami spożywczymi, ale do tego tematu powrócę nieco później.

Pekin - ulica Qianmen

Na Qianmen wystarczy skręcić gdziekolwiek, żeby wrócić do Oldschoolu

*zdjęcia autorstwa Beaty.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram349
  • Google+0