Cat Ba – spokojne wrota do Halong Bay

Zatoka Halong to jedno z tych miejsc, dla których przyjeżdża się do Wietnamu. Atrakcyjność powojennych pozostałości, typowo azjatyckiego zgiełku Hanoi i Ho Chi Minh, delty Mekongu czy zabytków historycznych miast zdaje się momentalnie blednąć, kiedy spoglądamy na monumentalne, wystające z wody skały krasowe tej słynnej zatoki. Jeśli jednak chcemy zachować pozory posiadania tego widoku tylko dla siebie, warto pominąć w swojej podróży zatłoczone i mocno już turystyczne Halong City i skierować się kawałeczek na południe od niego, na niewielką wyspę Cat Ba.

Wyprawa na Cat Ba

Dostanie się na Cat Ba już parę lat temu nie stanowiło właściwie większego wyzwania. My wybraliśmy opcję samodzielną, podczas której najpierw przetransportowaliśmy się na dworzec autobusowy w Hanoi (ówcześnie przyjemność na kosztowała nas 70 tys. dongów), gdzie po dwóch godzinach zgarnął nas bus jadący „bezpośrednio” do Cat Ba Town (tym razem za 210 tys. dongów). „Bezpośrednio” oznacza tu oczywiście transport łączony: po dwóch godzinach jazdy autobusem zostaliśmy przesadzeni do mniejszego busa, który dowiózł nas na przystań. Tam zapakowano nas do całkiem nowoczesnego wodolotu, gdzie momentalnie (i z niewielkim tylko narażeniem życia) ulokowaliśmy się na dziobie. Po transporcie wodnym nastąpił kolejny transport autobusowy, trwający około godziny, który dowiózł nas do samego Cat Ba Town.

Transport na Cat Ba - wodolot

Lecieliśmy sobie takim wodolocikiem

Rzecz jasna, w Hanoi można wykupić wycieczki pakietowe, które – prócz transportu na miejsce – będą zawierały także rejs po Halong Bay i ewentualne, inne atrakcje. Jeśli jednak zależy Wam na przycięciu kosztów, radzę zorganizować sobie transport samodzielnie i rejsu po zatoce poszukać w Cat Ba Town. To zagwarantuje Wam nie tylko niższą cenę, wynikającą z braku pośredników, ale (czasem) także możliwość obejrzenia łodzi, na której spędzicie cały rejs. Wierzcie mi, że ta opcja może się przydać, zwłaszcza w przypadku wyboru oferty budżetowej.

Cat Ba to największa wyspa zatoki Ha Long. Większość wyspy zajmuje park narodowy, dzięki czemu po dziś dzień to miejsce pozostaje stosunkowo dziewicze, a do tego oferuje wiele „bardziej dzikich” rozrywek, nie wypartych jeszcze przez lawinowo powstające hotele, powoli dominujące kontynentalne granice Ha Long. Prócz sztandarowej atrakcji turystycznej regionu, jakim są jedno- lub kilkudniowe wycieczki statkami po zatoce, Cat Ba oferuje także liczne możliwości trekkingów, górskiego pedałowania czy – a jakże – skalnej wspinaczki. Ponadto, okalająca Cat Ba od południa zatoka Lan Ha to istny raj dla kajakarzy i żeglarzy, przy czym jednak samodzielne wyprawy zalecałbym raczej doświadczonym amatorom tego typu rozrywek. Prądy w okolicach skał bywają zdradliwe, o czym przekonał się już niejeden nieszczęśliwy amator sportów wodnych.

Samo miasteczko Cat Ba to NAPRAWDĘ niewielka miejscowość, którą można z powodzeniem przerzucić w miarę opływowym bananem. Z racji na to, że wyspa to jedna wielka, wystająca z wody skała, miejscowość nie bardzo ma możliwość wrośnięcia w jej głąb, w związku z czym powolutku rozrasta się wzdłuż wybrzeża. Podobnie jak wszędzie indziej w kraju, tu również ceny ziemi szybują aż pod niebo, więc miasteczko to głównie zbiorowisko wąskich, kilkupiętrowych domków, z których połowa to noclegownie różnego typu, a druga połowa to inne przybytki powstałe w służbie turystyki – restauracje, sklepy z pamiątkami, zakłady masażu, bary karaoke itd. W sezonie (czytaj – podczas naszej zimy) podobno potrafi się tu zrobić nieznośnie wręcz tłoczno, a ceny noclegów podwajają się lub potrajają. My mieliśmy to szczęście, że na miejscu byliśmy we wrześniu, kiedy po godzinie 20:00 na ulicach nie było już prawie nikogo, a za dwuosobowy pokój w standardowym hotelu (ale z klimą i lodówką) płaciło się 10$.

Cat Ba z wody

Widok na Cat Ba Town z wody

Podczas naszego pobytu, sama miejscowość nie oferowała żadnych ciekawszych atrakcji per se, chyba że uznamy za takową pomnik Ho Chi Minha albo wieczorny targ z żarciem. Nie sądzę, żeby do dzisiejszego dnia coś się w tym względzie zmieniło. Jeśli więc nie planujecie od razu pakować się na łódź, względnie korzystać z licznych możliwości do uprawiania tak zwanych adventure sports, to zostaje Wam plaża. Z trzech tutejszych najsensowniejszym wyborem wydaje się plaża Cat Co oznaczona numerem 2, jako że – przynajmniej za naszego pobytu – nie została jeszcze pochłonięta przez żaden hotel. Wszystkie plaże Cat Co położone są 15 minut spacerkiem na południowy wschód od miasteczka, a i my sami skusiliśmy się na pół dnia pobytu właśnie na „dwójce”.

Cat Ba - widok z plazy

Takie widoki roztaczały się z „naszej” plaży

Co by jednak nie mówić, na Cat Ba przypłynęliśmy w jednym, głównym celu, a był nim:

Rejs po Halong Bay

Każda noclegownia w Cat Ba w ciągu kilku minut zorganizuje Wam przynajmniej jednodniowy wypad do zatoki Ha Long. My, o ile mnie pamięć nie myli, dogadaliśmy się z jedną z firm turystycznych sąsiadujących z naszym hotelikiem, a jednodniowy rejs wyciągnął nam z kieszeni 17$/osoby. Dziś będzie to zapewne więcej, aczkolwiek i tak zaznaczę, że – z racji na nasz status majątkowy – niska cena odgrywała w naszym przypadku dość znaczną rolę. Oczywiście, na pływającą wycieczkę po Halong można wydać praktycznie nieskończoną kwotę – możecie na przykład wyprawić się na nią chińską dżonką albo luksusowym statkiem, na którym co godzinę będą Wam serwować owoce morza oraz drinki wliczone w cenę. Nasz wariant był zdecydowanie mniej wypasiony, aczkolwiek wciąć zawierał posiłek, który zresztą okazał się całkiem niezły.

Cat Ba - statek wycieczkowy

My śmigaliśmy taką „łódeczką”

Nasz dzień w zatoce rozpoczął się od szybkiego śniadania, a następnie stawienia się – punktualnie o 8:00 rano – na przystani. Z niej zgarnął nas (wraz z kilkoma innymi osobami) przyzwoicie wyglądający stateczek, który okrążył Cat Ba, a następnie pożeglował na północny wschód, powoli mijając kolejne skały. Widoki już od samego początku są oszałamiające, ale jeśli brakuje Wam miejsca na kartach pamięci, to radzę oszczędzać je do momentu wpłynięcia głębiej pomiędzy skały.

Cat Ba - skały krasowe

Widoki w zupełności wyrównują ewentualne niedostatki pogodowe

Po godzinie czy dwóch leniwego żeglowania, cała nasza grupa została przesadzona do kajaków i puszczona samopas w jednym z tych miejsc zatoki, w którym woda jest spokojniejsza. Tu jednak nadal przykazano nam zachowanie ostrożności i ostrzeżono przed podpływaniem zbyt blisko do krasów. Kajakowanie, jak to kajakowanie – może być leniwe i spokojne, a może być dzikim zakurwianiem od punktu do punktu, aby zobaczyć jak najwięcej. My wybraliśmy pośredni wariant, biorący również pod uwagę fakt, że będziemy potem musieli wrócić na przystań-matkę.

Cat Ba - przystań kajakowa

Wszystkie przystanie wyglądają mniej-więcej podobnie

Po około 1,5 godziny ponownie załadowano nas na większą łódź, która poniosła nas do punktu snorklingowego. Snorkling był chyba najsłabszym punktem całej imprezy, jako że przekazany nam ekwipunek nie zawierał płetw. Spowodowało to, że trudno nam było pokryć większy areał, jak również uniemożliwiało szybkie schodzenie chociaż trochę głębiej pod wodę. Niemniej, nie narzekaliśmy, bo zatoka Halong należy do bardzo czystych, a sporo rybek i innych pływających szajsów widać w niej właściwie już gołym, nieuzbrojonym w maskę okiem.

Po snorklingu przyszła pora na kolejny etap transportowy, podczas którego opędzlowaliśmy lancz. Zaraz po nim statek dopłynął do jednej z tutejszych jaskiń – zabijcie mnie, jeśli wiem, do której dokładnie. Stawiam na Hang Trong.

Kolorowe Jaskinie Halong Bay

Jaskinie zatoki Halong, o ile tylko zostały przystosowane do zwiedzania, mają jedną, zasadniczą cechę – świecą się, jak psu jajca. Zapomnijcie o tajemniczości nieoświetlonych komór czy możliwości zwiedzania na własną rękę. Największe groty, takie jak Hang Trong, Hang Sung Sot czy Hang Dau Go, zostały bezlitośnie pogrodzone tak, by chodzić po nich jak po sznurku. Do tego dochodzi iście festyniarskie oświetlenie. Wietnamczycy gardzą najwyraźniej zwykłym, żółtym światłem, często stosując zamiast nieco żarówki w kolorze oczojebnej zieleni, fioletu czy czerwieni. Nie wygląda to źle, ale nie liczcie na to, że w tutejszych jaskiniach poczujecie się jak prawdziwi odkrywcy.

Cat Ba - jaskinia

Jak widać, kolory tęczy to standard

Po wizycie w iście lunaparkowej jaskini, została nam na liście ostatnia atrakcja do zaliczenia, a była nią słynna Monkey Island, znajdująca się już na terenie parku narodowego Cat Ba. Jak łatwo się domyślić, jej atrakcyjność wypływa głównie z faktu zasiedlenia jej przez małpy. Skaczące po wysepce makaki mają opinię dość agresywnych, ale w naszym przypadku skoczyło się tylko na kradzieży puszki z colą i wylaniu jej zawartości na stolik. Czujcie się jednak ostrzeżeni – tutejsze małpiszony potrafią podobno ugryźć, co łączy się ze sporym ryzykiem zakontraktowania wścieklizny, a tego nie życzyłbym nawet najgorszemu wrogowi.

Cat Ba - Monkey Island

Małpa wprost z Wyspy małp

Po wizycie na Monkey Island, nasz stateczek odwiózł nas na przystań, kończąc rejs na parę minut przed zapadnięciem zmroku. Tym sposobem, za 17 dolców, nie licząc drobnych kwot wydanych na jakieś napoje alkoholowe w trakcie trwania wycieczki, mieliśmy zagospodarowany praktycznie cały dzień. Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy nie chcieli wykorzystać dnia do cna. Z tego względu trochę się ogarnęliśmy, wysmarowaliśmy poparzenia słoneczne alantanem czy innym, podobnym gównem, a następnie ruszyliśmy na nocny podbój miasteczka Cat Ba

Ale to, moi drodzy, zdecydowanie zasługuje na osobny wpis.

Podobał Ci się ten wpis? Możesz poczytać inne moje posty o Wyprawie z 2011 roku i polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

Dodaj komentarz:

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

error

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?