Jak nie zginąć na motocyklu w Phnom Penh

Wybierając się na krótkie odwiedziny do moich znajomych mieszkających w Phnom Penh, o moim planie na miejscu wiedziałem tylko jedno: miał zawierać wynajęcie motocykla. Paweł, bytujący w stolicy Kambodży już od kilku lat, niemal od razu nabył tam zajebisty, oldschoolowy motocykl marki Honda, który trochę ogarnął tak, by z powodzeniem użytkować go w gorącym, azjatyckim klimacie. Co ciekawe, mój znajomy w Polsce nie posiadał prawa jazdy na motocykl, a zmiany biegów i poruszania się na silnikowym jednośladzie uczył się na miejscu. Samobójstwo? Być może. Paweł jednak wciąż żyje i ma się dobrze, a jego Honda do tej pory wymaga tylko okresowych przeglądów.

Są Motocykle i MOTOCYKLE

Motocykl Pawła (zwanego Siudkiem) nie jest może potworem (to zaledwie 250 cc), ale na kambodżańskie warunki nadaje się wyśmienicie. W tym kraju dość popularne jest modyfikowanie ram starszych maszyn tak, by przypominały klasyczne cafe racery, najlepiej odarte ze zbędnej elektroniki, lubiącej kiełbasić się w wilgotnym klimacie. W związku z powyższym, motocykl Pawła pozbawiony jest akumulatora (odpalamy go tzw. kopką) i wskaźników, jeśli nie liczyć prędkościomierza. To jest jeszcze do przeżycia w Polsce, więc na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że tak fajną maszynkę warto zabrać ze sobą wracając do kraju.

Motocykl Siudka - Kambodża

Fajny, nie?

Uważny obserwator zwróci jednak uwagę, że Hondzie Pawła brakuje paru innych, istotnych z punktu widzenia bezpiecznego ruchu części. Przede wszystkim, w Kambodży opcjonalną sprawą są… kierunkowskazy. Nawet gdyby były zamontowane, to i tak pewnie nie byłyby używane, bo taka jest specyfika ruchu w tym kraju. Kolejnym brakiem są lusterka – to już może wydawać się prawdziwym death wishem, ale większość motocyklistów w Kambodży i tak po prostu rozgląda się na boki. O ile jednak te „fizyczne” braki dałoby się łatwo uzupełnić, to problemem może być… brak papierów. Pojazdy w Kambodży – a już szczególnie motocykle i skutery – krążą pomiędzy właścicielami bardzo często, a uzyskanie pełnej dokumentacji dla sprzętu z drugiej ręki graniczy z cudem. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że Siudek i tak nie ma prawa jazdy kategorii A, to chyba nikogo nie dziwi fakt, że nie specjalnie przejmuje się brakiem innych dokumentów.

Wynajem motocykla w Phnom Penh

Najtrudniejszą częścią procedury wynajęcia motocykla w stolicy Kambodży jest… znalezienie zaufanego usługodawcy. Na miejscu wcale nie jest ich aż tak dużo, a oferowane przez nich maszyny są różnej jakości. Mi kazano zawierzyć firmie Lucky Lucky Moto, ulokowanej na #413Eo, Monivong Blvd. Lokal rzuca się w oczy, bo stoi przed nim od groma jednośladów, w tym także ten typ, na którym najbardziej mi zależało – terenowe Hondy Degree o pojemności 250 cc. Większe maszyny prawdopodobnie również są dostępne, ale wierzcie mi, że jeżdżenie wielkopojemnościową bestią po kambodżańskich drogach może szybko skończyć się ślizgiem na piasku. Stan motocykli przeznaczonych na wynajem nie jest oczywiście najwyższy, ale przez dzień czy dwa nic nie powinno Wam nawalić czy odpaść. Będziecie zadowoleni, o ile nie jesteście zbyt wybiórczy podczas sprawdzania stanu lakieru.

Motocykl Brewy - Kambodża

Moja kosiarka na miejscu

Za dzień śmigania na wynajętym motocyklu zapłaciłem 12 dolców (8 zapłacicie, jeśli będziecie mieli ochotę powozić się skuterkiem z automatyczną skrzynią biegów). Pomimo tego, że nikt nie sprawdza uprawnień, nie bierzcie przykładu z Siudka i nie łapcie się za motocykl, jeśli wcześniej na nim nie jeździliście. Obsługa manualnej skrzyni wymaga trochę wprawy, a nie chcecie jej nabywać na phnompeńskich ulicach. W większości azjatyckich wypożyczalni jednośladów w ramach depozytu zostawia się paszport. Nie jest to wymarzona sytuacja, bo wartość tego dokumentu na pewno przekracza wartość rozklekotanej maszyny, którą dostaniecie w zamian, ale tak już po prostu jest. Do motocykla dobierzecie sobie kask (o tym dalej) i już można śmigać…

… O ile oczywiście zatankujecie. Ja nakapałem do zbiornika benzyny za jakieś 3 dolce i to z powodzeniem starczyło mi na cały dzień.

Jazda motocyklem w Phnom Penh

Poruszanie się jednośladem po kambodżańskiej stolicy wymaga pewnych umiejętności, dobrego refleksu i silnych nerwów. Dwie pierwsze rzeczy przydadzą się przy przemierzaniu ulic, na których każdy jest sobie panem i zakłada, że inni się dostosują. Udana zmiana pasa to połączenie sprawnego rozejrzenia się na boki, szybkiego podjęcia decyzji i wpasowania się w ciąg pojazdów, który płynie obok was. Nikt nie będzie na Was czekał, nikt Was nie przepuści i na pewno nikt nie ułatwi Wam zadania tylko dlatego, że jedziecie 40 km/h i jesteście biali. Stalowe nerwy przydadzą się z kolei na różnego rodzaju rondach i skrzyżowaniach, kiedy będziecie musieli szybko i zdecydowanie przejechać przez kilka pasów, w tym te, na których ruch odbywa się w drugą stronę. Dlaczego tak jest?

Phnom Penh - ruch uliczny

Standardowy widok na pas ruchy w Phnom

Ano dlatego, że sygnalizacja świetlna w Phnom Penh to… nowość sprzed kilku lat. Tak, SERIO. Podczas mojej pierwszej wizyty w tym mieście, cały ruch uliczny odbywał się w nim na zasadzie pierwszeństwa silniejszego. Większym samochodom ustępowały mniejsze, a tym z kolei w drogę nie wchodziły jednoślady. Teraz w Phnom Penh funkcjonuje sygnalizacja świetlna i… niewiele to zmieniło. Samochody notorycznie przejeżdżające na czerwonym to standard, bo od samego początku światła są w Kambodży traktowane raczej jako pewnego rodzaju sugestia, a nie wiążący przepis. Dodatkowo, pomimo niedawnego zaostrzenia przepisów odnośnie jeżdżenia pod prąd, mocny zakaz tego typu aktywności jest wciąż ignorowany przez kierujących – zwłaszcza tych poruszających się motocyklami i innymi jednośladami. Podobnie sytuacja ma się z zawracaniem w dowolnym miejscu. Betonowe „rozdzielniki” pasów zdawały podobno egzamin przez krótki czas… dopóki zmyślni kierowcy nie zaczęli przystawiać do nich drewnianych platform w tych miejscach, w których zawracanie jest najdogodniejsze. W związku z tym wszystkim, jazda jednośladem po Phnom to wciąż przede wszystkim kwestia szybkiej reakcji, zdrowego rozsądku i posiadania oczu dookoła głowy. Z drugiej strony, rzadko zdarzy się, że ktoś obtrąbi nas za zatrzymanie się na wysepce, przejazd przez trzy pasy ruchu na raz czy włączenie się do ruchu z najmniej odpowiedniego ku temu miejsca.

Kambodża - tuk tuk

No i nie zapominajmy o wariatach w tych maszynkach…

Co na to Policja?

Z Policją w Phnom Penh – zwłaszcza tą drogową – sprawa jest bardzo zabawna i wymaga elastycznego podejścia. Przede wszystkim, policjanci łapią za brak kasku. Jeśli z jakiegoś powodu nie macie go na głowie, to bądźcie pewni, że patrol zwróci na to uwagę i zamacha do Was. Policjanci zareagują podobnie na jawne łamanie przepisów, takie jak przejazd na czerwonym czy wjechanie gdzieś pod prąd. Tyle, że…

No właśnie: tak naprawdę to od Waszych nerwów zależy, czy się zatrzymacie. Stety-niestety, policja w Kambodży nie jest opłacana zbyt sowicie, dlatego – wierzcie lub nie – ich nawoływania często są po prostu ignorowane. Dochodzi nawet do tego, że localsi bawią się z policjantami w kotka i myszkę, pozornie zatrzymując się na ich wezwanie, a kiedy policjant już do nich podjeździe, ruszają z kopyta, zostawiając mundurowego w chmurze kurzu. Z racji na niewielkie wynagrodzenia, a co za tym idzie – proporcjonalną motywację do pracy, policja w Phnom najczęściej macha na takie incydenty ręką i nawet nie podejmuje próby pościgu. Wieczorem sytuacja staje się jeszcze bardziej „dramatyczna”, bowiem tutejsi mundurowi niemal całkowicie znikają z ulic, a wraz z nimi, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, znikają również kaski z głów kierowców jednośladów.

Phnom Penh - motocyklowa rewia mody

Najważniejszy jest kask, reszta ubioru to insza inszość…

Mój własny przykład? Podążając za Pawłem, w którymś momencie byłem zmuszony ruszyć za nim tak nieszczęśliwie, że wpakowałem się w sam środek właśnie ruszającego pasa ruchu z naprzeciwka. Traf chciał, że centralnie na mnie władował się policyjny motocykl, który momentalnie włączył syreny. Mając w pamięci nauki swojego gospodarza, po prostu przecisnąłem się obok niego i pojechałem dalej, znikając w bocznej uliczce. Kiedy się obejrzałem, zobaczyłem że policjant wyłączył syrenę i po prostu podjął jazdę na wprost, kompletnie olewając to, że praktycznie wjechałem mu pod koła.

Nie to, żebym namawiał do łamania prawa, bo zupełnie tak nie jest. Wskazuję tylko, że policja w Kambodży to zupełnie inny gatunek niż ta znana z Polski czy – choćby – Maroka, gdzie za ewidentne przewinienie zostaniemy ukarani przynajmniej zatrzymaniem i pouczeniem, choć znacznie częściej będzie to mandat. To daje pewne opcje, ale i niesie ze sobą pewne ryzyko. Warto bowiem pamiętać, że spotkanie z nadjeżdżającą z naprzeciwka, kambodżańską ciężarówką nadal będzie tak samo bolesne jak gdziekolwiek indziej.

A co poza stolicą?

Jeśli chodzi o ruch poza miastem, to poziom trudności momentalnie spada o kilka poziomów. Samochodów jest stosunkowo niewiele, podobnie jak jednośladów, a największym problemem staje się stan dróg, które nadal dość często nie są niczym więcej, jak ubitym przez częste używanie piachem. Poza tym warto również szczególnie uważać wieczorem. O ile policja nie będzie Was nękać, o tyle kierowcy jeżdżący po alkoholu oraz notoryczne zapominalstwo w dziedzinie włączania świateł to standard, który trzeba zawsze brać pod uwagę.

Motocyklem po Kambodży - droga utwardzana

Przygotowania do jazdy po gruntówce

Jeśli to wszystko Was nie zniechęca, to na koniec mogę powiedzieć tylko tyle, że – zakładając odpowiednie nastawienie i dużą dozę zdrowego rozsądku – śmiganie po Phnom Penh (i nie tylko, o czym jeszcze wspomnę później) na motocyklu było jednym z najciekawszych doświadczeń, jakie miałem okazję przeżyć podczas mojej Wyprawy w 2018 roku.

Nawigacja po Phnom Penh

Ładując się na motocykl (czy do samochodu, czego nie polecam) w stolicy Kambodży, warto mieć ze sobą porządny uchwyt na telefon. Oldschoolowa koncepcja urbanistyczna jest tu wciąż żywa, więc większość miasta podzielona jest na kwadraty, poprzecinane mniejszymi, wąskimi uliczkami. Te są niestety bliźniaczo podobne do siebie, więc nie łudźcie się, że przez pierwsze kilka dni na miejscu traficie gdzieś na pamięć. Nie pomaga tu również azjatycka numeracja budynków. Kolejne numery są tu nadawane w kolejności powstawania kolejnych zabudowań, więc może się zdarzyć, że numery 1 i 3 znajdują się na przeciwległych końcach tej samej ulicy. Ja miałem to szczęście, że zawsze śmigałem z kimś, ale jeśli chcecie poruszać się po Phnom Penh samodzielnie, to lepiej miejcie pod ręką jakieś urządzenie do nawigacji z aktualnymi mapami.

Podobał Ci się ten wpis? Możesz poczytać inne moje posty o Kambodży lub o Wyprawie z 2018 roku i polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

REKLAMA:

Skomentuj czy coś:

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.