Przystanek Banaue, czyli ryżowy cud świata


Dawno, dawno temu, kawałek północnej części filipińskiej wyspy Luzon wzięło sobie we władanie plemię Ifugao. Lud ten znany był z wyjątkowych umiejętności łowieckich oraz rzeźbiarskich i inżynierskich. Po tym pierwszym na szczęście nie zostało wiele – Ifugao byli niegdyś głównie łowcami głów, więc może to i lepiej, że ta część ich dziedzictwa wygasła. Rzeźbiarstwo w rejonie jest nadal kultywowane. Dowody na to można zobaczyć na własne oczy, głównie pod postacią niewielkich figurek zwanych bulol, będących strażnikami ryżu. Figurki owe zresztą są popularną pamiątką z regionu. Wreszcie jednak, kunszt inżynierski Ifugao stanie nam przed oczami w pełnej krasie w centralnej części prowincji, gdzie znajdziemy słynne tarasy ryżowe z Banaue (i nie tylko).

Tarasy ryżowe to dość popularny widok w wielu krajach azjatyckich, ale te z Banaue (a także pobliskich miejscowości, takich jak choćby Batad czy Mayoyao) to ich swoisty arcytopos. Stworzone po to, by maksymalnie wykorzystać rolniczo mało przyjazny teren, tutejsze tarasy pokrywają niemal każdy metr licznych wzgórz, rozciągając się jak okiem sięgnąć we wszystkich kierunkach. Same tarasy nie miałyby sensu bez odpowiedniego nawodnienia i tak naprawdę to głównie aspekt irygacyjny jest tu naprawdę godny podziwu. Pomimo upływu TYSIĘCY lat (najstarsze z tarasów powstały około 2000 lat temu), prosty, ale zmyślny system rozprowadzania wody wciąż działa, lekko tylko wspomagany przez zdobycze nowoczesnej technologii (czytaj: głównie pompy spalinowe, których pierdzenie donośnie rozlega się po całej okolicy).

Filipiny - wioska Banaue

Samo Banaue nie robi jakiegoś wielkiego wrażenia…

Tarasy ryżowe Ifugao, w 1995 roku wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, zdecydowanie warto zobaczyć, choć nie powiedziałbym, że jest to widok, dla którego trzeba spędzać na miejscu cały dzień. My dotarliśmy na miejsce koło 7:00 rano, mając za sobą nieco dziwny lot z Singapuru (quiz muzyczny o 5:00 nigdy nie stał na szczycie mojej lotniczej listy życzeń) oraz przejazd lokalnym autobusem.

Nie chcąc tylko popatrzeć i pojechać dalej, postanowiliśmy spędzić w Banaue cały ranek i wczesne popołudnie. Aby jednak po prostu nie siedzieć na dupach i wlepiać się w wyjątkowo imponujący, ale jednak tylko krajobraz, postanowiliśmy przejść się w głąb pól, by z bliska obejrzeć sobie tarasy, uważane przez Filipińczków za ósmy cud świata.

Banaue - tarasy ryżowe

Tarasy ryżowe z bliska

Spacer poprowadzony na przysłowiowy azymut wyprowadził nas spomiędzy zabudowań i nie należał do szczególnie porywających aż do momentu, w którym jedno z nas dostrzegło pomiędzy wzgórzami niewielki wodospad. W okolicy jest co prawda kilka tego typu atrakcji, ale ten był na tyle blisko, że można było dostać się do niego na piechotę – potem okazało się, że leży on niecałe 4 km na wschód od Banaue, na dość popularnej trasie trekkingowej biegnącej przez wioskę Bocos (w której my również zawitaliśmy).

Wodospad jest może tak widowiskowy jak Tappia, zlokalizowana w sąsiedztwie pobliskiego Batad, ale i tak nieco nas orzeźwił. Byliśmy pod nim sami, więc w ruch poszły aparaty i wszelkie dziwne pomysły, na czele z ogólnie znanym testem wchodzenia po skałach pod prąd płynącej wody. Na szczęście dla całej grupy, nikomu nie przyszło na myśl, by w ten sposób wchodzić na samą górę. Po kąpieli zebraliśmy tyłki z powrotem, po drodze kupując jeszcze – nie mam pojęcia, po co – porcję orzechów betel, które na Filipinach żułem po raz pierwszy w życiu. Podobnie jak za każdym razem później, żaden efekt się nie pojawił, wyłączywszy ogólne poparzenie dziąseł sodą, „serwowaną” przed właściwą używką.

Dzika radość pod wodospadem (Filipiny)

Wodospad to zawsze dobra okazja do kąpieli w regularnych majtach

Co to ten betel?

O orzechach betel bardziej wylewnie rozpisałem się przy okazji relacji z wyjazdu do Mjanmy (Birmy) – właściwy wpis znajdziecie tutaj, choć do tej pory uważam, że jestem w żuciu tego szajsu po prostu bardzo słaby albo wręcz w ogóle nie umiem tego robić.

Betel stand

Nic, tylko brać do ust świeżutki betelek…

Ostatnia część naszego małego trekkingu przeprowadziła nas przez „słynny” i jedyny most wiszący w Banaue, o długości z grubsza dwukrotnie mniejszej niż cała szerokość wioski. O ile dobrze pamiętam, wczesnym popołudniem cały spacer mieliśmy już za sobą i po niewielkim posiłku (w restauracji z kiblem otwartym na tarsowy widok) załadowaliśmy się do kolejnego transportu, który ostatecznie miał dowieźć do Sagady.

Banaue - most wiszący

Spacer przez mostek

Podczas naszego pobytu za możliwość popatrzenia na tarasy czy spacer po polach nie trzeba było płacić ani jednego peso. Warto tylko pamiętać, by spacerując nie włazić do „basenów” ryżowych, bo właściciel danego poletka może bardzo się wkurwić. Na drodze do Bontoc znajdują się też „pełnoprawne” punkty widokowe, ale są one „zaśmiecone” przez wszędobylskich handlarzy. Polecam raczej spokojne oglądanie widoczków z wioski – choćby z tarasu knajpy Banaue View Inn (to ta od otwartego kibla).

Jeśli więc chcecie (a powinniście) zobaczyć tarasy ryżowe z prowincji Ifugao, ale nie uśmiecha Wam się łazić po nich przez cały dzień, to możecie być spokojni – tę miejscowość spokojnie można odwiedzić przejazdem i opuścić ją po paru godzinach bez wrażenia niedosytu. Z Sagadą jest już zdecydowanie inaczej, ale o tym przeczytacie już w kolejnym filipińskim wpisie.

Zainteresował Cię ten wpis? Sprawdź też inne teksty na temat Wyprawy z 2012 roku. Zachęcamy Cię również do polubienia naszego bloga na Facebooku – na fanpage‘u często pojawiają się dodatkowe treści.

REKLAMA:

Skomentuj czy coś:

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

error

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?