Site icon jedź, BAW SIĘ!

Koci koszmar przed wylotem

Lot nad Svalbardem

Widok z samolotu lecącego na Svalbard

Mieliście kiedyś tak, że aktywności całego dnia wydawały Wam się iść jak po maśle, a finalnie i tak byliście w dupie? Ja tak miałem 14 czerwca 2016 roku – w dzień wylotu na Svalbard. Ale po kolei.

Nic nie zapowiadało tragedii, kiedy wstałem w słoneczny wtorek razem z Beatą, wyekspediowałem ją do pracy po krótkim przytulasie i wyrażeniu obopólnego życzenia, żeby na miejscu nic mnie nie wpierdoliło, po czym zabrałem się za to wszystko, co miałem jeszcze zrobić przed wyjazdem. Trochę tego było, a zadaniem najbardziej czasochłonnym było odstawienie do serwisu mojego wysłużonego Junaka 123, który przez czas mojej nieobecności miał zostać wyposażony m.in. w nowy napęd i klocki hamulcowe. Niby podjechanie do warsztatu to nic skomplikowanego, ale sytuacja zmienia się diametralnie, kiedy ów warsztat znajduje się w Pruszkowie pod Warszawą, a powrót z niego wymaga zaangażowania pociągu i około 1,5 godziny czasu. Z tego względu do domu wróciłem około godziny 12:00 i wydawało mi się, że mam jeszcze kupę czasu do momentu, w którym do mieszkania miał zawitać Lucek (umówiłem się z nim na 15:00). Ten czas – planowo – musiałem wykorzystać przede wszystkim na pakowanie się.

Jeśli chcielibyście poznać odpowiedź na pytanie, czy trzy godziny wystarczą na rozłożenie całego svalbardzkiego sprzętu, porównanie go z listą, a następnie wpakowanie go do nieco za małego plecaka, to odpowiem prosto i konkretnie: nie wystarczą.

Z tego względu koło godziny 15:30 (Lucek dał znać, że się spóźni), byłem zajęty mocowaniem się z trokami plecaka, który nijak nie chciał się zamknąć, a z boku leżały jeszcze namiot i karimata, na których przymocowanie do całości nie miałem nawet najgłupszego pomysłu. Tu też zaznaczę, że o 17:30 z Młocin odjeżdżał PolskiBus do Gdańska, na którego pokładzie wykupiliśmy wcześniej dwa, w teorii komfortowe, miejsca. Zaczynało robić się mało sympatycznie.

Lucek, który wreszcie zastukał do drzwi, okazał się być wybawieniem. Nie dość, że zajął się upychaniem do swojego plecaka pozostałej żywności i zdołał nawalić jej do siebie więcej, niż zakładałem, to w międzyczasie wyskoczył też do punktu druku ze skanem pozwolenia na broń, którego zapomniałem wydrukować zawczasu. Ja w tym czasie dalej mocowałem się z krnąbrnym namiotem i wykombinowałem jako-taki sposób na to, by cały bagaż nie poszedł w cholerę jeszcze w luku autobusowym. O 16:15 plecaki były przygotowane, a mi zostało do zrobienia wzięcie prysznica i wrzucenie na bloga wpisów na zaś, które już mieliście okazję czytać. O ile to pierwsze poszło mi wręcz wyśmienicie, o tyle to drugie kompletnie spierdoliłem, mieszając w stresie daty publikacji filmów. Ale to już pewnie wiecie.

Założenia dalszego planu były jak najbardziej właściwe – ok. 16:45 mieliśmy wsiąść do zamówionego Ubera i w ciągu 30 minut dojechać na Młociny. I tu właśnie wszystko zesrało się jak mewa na środkach przeczyszczających.

Stres jednak odbił się na mnie dość mocno, a karma zemściła dodatkowo za nieprzystojne potraktowanie kotów. W PolskimBusie całą trasę przesiedzieliśmy z Luckiem na tylnym kole, w związku z czym po 3 godzinach zmagałem się z potwornym bólem głowy i odruchem wymiotnym, porównywalnym tylko z tym, którego kawał czasu doświadczyłem podczas sztormu na Zalewie Wiślanym (z tej okazji w mojej książeczce żeglarskiej pojawił się zapis o 2 godzinach przepływanych na wietrze powyżej 8 w skali Beauforta). Summa summarum, w Gdańsku – zamiast wyjść na miasto i cieszyć się ostatnimi godzinami 20+ stopni w nocy – wziąłem 2 ibupromy i aspirynę, po czym walnąłem się do hostelowego wyra, mając nadzieję, że najgorsze już za mną.

Na szczęście, tak w istocie było.

15 czerwca, o nieboskiej godzinie 4:00 nad ranem zwlekliśmy się do lobby, a następnie zostaliśmy dowiezieni na lotnisko, płacąc za tę usługę jak za naprawdę pierwszoligową pszenicę. Odprawa i loty przebiegły PRAWIE bezproblemowo (poza tym, że – oczywiście – właśnie tego dnia gość od foliowania bagażu zrobił sobie urlop): znaleźliśmy się kolejno na pokładach 3 samolotów linii SAS, przy czym wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że linie te – pomimo bycia w moim odczuciu przewoźnikiem premiumzaprzestały serwowania na pokładzie posiłków. Krótkie czasy przesiadek sprawiły, że nie mieliśmy czasu zjeść nic ani w Kopenhadze (I przesiadka), ani w Oslo (II przesiadka), a do Longyearbyen dolecieliśmy jedynie na 3 mocnych herbatach. Z tego powodu w „stolicy” archipelagu Svalbard (obsługiwanej przez lotnisko, którego metraż ledwo wystarczałby do życia dwupokoleniowej rodzinie) wylądowaliśmy głodni jak lisy polarne i bardzo mocno zmotywowani do szybkiego działania.

Parę minut przed lądowaniem czułem już tylko ekscytację

Koło 13:10 odebraliśmy bagaż (ówcześnie nie zdawaliśmy sobie sprawy z faktu, jak często bagaże na tej trasie „giną” w powodu niewielkiej ilości czasu pomiędzy samolotami – uświadomili nas o tym dopiero poznani na miejscu Polacy), a o 13:30 staliśmy już pod drzwiami budynku serwisowego przybytku o nazwie Longyearbyen Camping. Z żarciem i zakwaterowaniem musieliśmy się streszczać, bo na 15:00 mieliśmy już zaplanowaną pierwszą atrakcję na miejscu. Tak naprawdę jednak pozostałe nam 1,5 godziny z nawiązką wystarczyły nam, by zapoznać się z miejscem, które przez najbliższe 10 dni mieliśmy nazywać domem, a do tego opędzlować po chińskiej zupce w proszku.

Ten znak to pierwsze, co podróżnik widzi po wyjściu z lotniska w Lonyearbyen

Podobał Ci się ten wpis? Możesz poczytać inne moje posty o Svalbardzie lub o kontynentalnej Norwegii oraz polubić mój blog na Facebooku – często wrzucam tam dodatkowe treści.

Exit mobile version