Smętne ruiny za 10 dolców

…A faktycznie dojechaliśmy o cholernej 2:30. Niby fajnie, bo jeszcze prawie cała noc snu i w ogóle, ale spróbujcie o takiej porze znaleźć jakiś nocleg. Naszego humoru nie poprawił też fakt, że załoga luksuśnego autokaru nie roztoczyła podobnie luksuśnej opieki nad naszymi bagażami. Kiedy je znaleźliśmy, radośnie taplały się w głębokim błocie, choć dookoła było sucho jak pieprz. Dobrze, że azjatyccy taksówkarze mają gdzieś, co pasażerowie ładują im do bagażnika.

Ostatecznie, pomimo dokonania rezerwacji w innym miejscu, wylądowaliśmy w Nylon Hostel – częściowo dlatego, że taksówkarz od razu skojarzył i bezbłędnie zawiózł nas na miejsce, a częściowo dlatego, że nazwa była z dupy. Nylon, w którym mieliśmy spędzić trochę czasu, okazał się miejscem stosunkowo czystym i wygodnym, a w pokoju moim i B. był nawet „zainstalowany” balkonik, na którym po odpowiednim ustawieniu się i wciągnięciu brzucha, prawie mieściła się jedna osoba. Nie sprawdzaliśmy tego jednak ciemną nocą, tylko lunęliśmy się spać.

Dzień zaczęliśmy oficjalnie parę godzin później – od śniadania, a którym dowiedzieliśmy się, jak miejscowi myją naczynia (nie myją) i co robią w trakcie ich zapełniania (śpiewają – to zresztą robią niemal przy każdej okazji). Po porannym recitalu nasza grupa na moment się rozbiła: M. i jego damska czereda zostali chwilę na miejscu, natomiast ja i B. ruszyliśmy na podbój lokalnego targu, zlokalizowanego tuż przy standardowym birmańskim meeting-pointcie, to jest przy wieży zegarowej. Targ jak targ, choć de facto był to pierwszy tak wielki bazar, który odwiedziliśmy podczas naszego wyjazdu. Oczy przyciągało wszystko – od kolorowych do porzygu longyi (czyli „sukni” noszonych tradycyjnie w tym kraju przez przedstawicieli obu płci) aż po równie kolorowe (bo czerwone) plwociny zdobiące ściany tego przybytku.

Następnie ruszyliśmy w kierunku fortu – ogromnej (1,5 x 1,5 km) przestrzeni otoczonej fosą, w środku której znajduje się obecnie replika pałacu królewskiego oraz strzeżony teren wojskowy. Sam spacer do głównego (i jedynego) wejścia zajął nam w cholerę czasu, nie mówiąc już o dojściu do wspomnianej wyżej repliki. Pozostała część obszaru jest off-limits dla turystów, choć przed wścibskimi oczami tychże chronią ją tylko tępawe spojrzenia nielicznych strażników. Nie ryzykowaliśmy jednak.

Zresztą, resztkę sił zabrał nam widok pałacu, czy też tego, co bardzo pałacem być chciało, ale skończyło na etapie mieszania betonu. Teren, na którym stoi replika (z racji na jakość jej wykonania nie można nawet powiedzieć, że jest to budynek odbudowany) jest dość duży, ale obejście go zajmuje dosłownie kilka minut. Przyczyna tego stanu rzeczy jest bardzo prosta – kompletnie nic tam nie ma (co jest skurwysyńskim skandalem zważywszy na to, że to właśnie przy wejściu do fortu pobierana jest tutejsza, 10-dolarowa opłata turystyczna) – no, może poza dość dziwną wieżą o spiralnej konstrukcji, z której roztacza się dość przyzwoity widok na miasto. Poza nią cała reszta to w zasadzie zbiór byle jak pozbijanego drewna i blachy falistej, która nawet nie udaje, że że jej się chce. Pod dziurawymi dachami przechadzają się nieliczni turyści, przeważnie szukając jednak tragicznie oznaczonych kibli, a nie możliwości chwilowego przeniesienia się w czasy birmańskiej świetności. Jednym słowem – nędza jakich mało i naprawdę nie warto poświęcać 1,5 godziny na zwiedzanie czegoś, co w rankingu na najgorszą atrakcję turystyczną świata wyprzedzane jest tylko przez ubojnię bydła w Koluszkach.

Po zwiedzaniu, nieco zniechęceni i lekko podpieczeni przez wszechobecne słońce, załadowaliśmy się na pakę czegoś, co z braku lepszej nazwy należy określić jako sześcioosobową, spalinową rikszę i zmyliśmy się w stronę faktycznego centrum miasta, wyposażeni w silną chęć zrobienia różnorodnych zakupów.

Chcieliśmy dobrze, wyszło jak zwykle. Nasze zakupy zakończyły się smutnym łupem w postaci dwóch kaprawych zegarków (z których jeden zepsuł się po 3 godzinach, a drugi po czterech dniach), kilku kremów i jednej pary hipsterskich szortów dla M., które ledwo kryły klejnoty. Obiad też nie był wybitny, bo doszliśmy do wniosku, ze już pora na testowanie miejscowych fast-foodów, co naturalną koleją rzeczy doprowadziło nas do Formosy! – niezwykle birmańskiej sieci prosto z Tajwanu (chociaż kurczak był pierwsza klasa).

Potem jeszcze – trochę zmęczeni i znacznie bardziej rozczarowani miastem, którego nazwa obiecywała nie wiadomo jakie egzotyczne atrakcje, a jak na razie zaoferowała nam trochę kiczowatej zabudowy i dwa ciulowe zegarki – skoczyliśmy do dzielnicy złotniczej. Jak łatwo się domyślić, sławetne złote liście (produkowane na użytek buddystów, którzy przyklejają je do posążków Buddy w kilku miejscach w całym kraju) praktycznie tylko polizaliśmy przez szybę, bowiem większość warsztatów była już zamknięta. O świątyni zwiedzanej po nocy nie będę tu nawet wspominał, bo na szczęście wróciliśmy do niej następnego dnia.

Minorowe nastroje postanowiliśmy ostatecznie rozpuścić w kilku piwkach, co było najlepszą decyzją tego dnia. Późnym wieczorem wylądowaliśmy w restauracji typu all-you-can-eat, w związku z czym do wzmiankowanych piwek dołączyło spontanicznie kilka lokalnych potraw, a także charakterystyczny dla Birmy deser – kawałki cukru trzcinowego, którym jednak dokładniej zajmę się później. Tym samym, do hotelu wróciliśmy w znacznie lepszych nastrojach, które zapowiadały dobrą passę.

REKLAMA:

Dodaj komentarz:

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?

  • Facebook2k
  • YouTube4k
    YouTube
  • Instagram349
  • Google+0