W 2019 roku święta Wielkanocne wypadły tak korzystnie, że połączenie tego okresu z majówką w jeden, dłuższy urlop, wymagało od nas wzięcia zaledwie 7 dni wolnego z roboty. Inne wydatki po drodze sprawiły, że na ten okres szukaliśmy jakiegoś w miarę ekonomicznego celu podróży, który nie wydrylowałby portfela drogim biletem lotniczym. Jako, że od dawna zasadzałem się na naszą północną granicę, doszedłem do wniosku, że oto nadszedł idealny moment na to, by wcielić plan w życie. Po 2 miesiącach siedzenia z nosem w mapie, w Wielką Niedzielę załadowaliśmy graty do samochodu i ruszyliśmy na dwutygodniowy objazd po Litwie, Łotwie i Estonii.

Kliknij tutaj, by od razu przenieść się do spisu notek, które napisałem po tym wyjeździe.

Niełatwe, inflanckie planowanie

2 miesiące planowania to – wydawałoby się – sporo jak na trzy kraje, z których każdy jest obiektywnie niewielki. Problem polegał jednak na tym, że mocno zależało nam na niestandardowych miejscówkach, a tych Pribaltiki oferują całą masę. Tak naprawdę, przeczytanie przewodnika od Lonely Planet było ostatnim etapem wyznaczania zgrubnej trasy, który nawet nie do końca nam wyszedł. Większość miejsc na naszej mapie celów naniosłem jeszcze zanim nawet zabrałem się za lekturę tej książki. Co ciekawe, na jakieś 2 tygodnie przed wyjazdem wiedziałem już, że nic nie wyjdzie z planowanego skoku do Helsinek (można się do nich bez problemu dostać z Tallina), nie mówiąc już nawet o bezwizowej wizycie w Petersburgu, którą również początkowo brałem pod uwagę. Najprościej mówiąc, jeśli zależy Wam na porządnym zwiedzeniu obszaru, który kiedyś był w Polsce znany jako Inflanty, to 2 tygodnie będą… okresem zbyt krótkim. Nawet posiadając własny środek transportu, zdołaliśmy odwiedzić może z 70% tego, co zaplanowaliśmy, a dwa obszary, których pominięcia najbardziej było mi szkoda, zostawiliśmy sobie na inną okazję.

Mapka - Pribaltiki 2019 - plan

Tak wyglądał WSTĘPNY plan naszego wyjazdu. Tutaj możesz zobaczyć pełną mapę w Google Maps

Profil wyjazdu

Udając się na Pribaltikę, nastawialiśmy się głównie na zwiedzanie miejsc z szeroko rozumianej listy top of the tops, a także na jak największą ilość atrakcji mniej standardowych. Bardzo duży nacisk położyliśmy na pozostałości po Zimnej Wojnie, obiekty opuszczone lub zrujnowane, a także na perełki oddalone od głównych szlaków turystycznych. Ciepłym moczem zlaliśmy natomiast większość inflanckich atrakcji „naturalnych”, takich jak parki narodowe czy ścieżki przyrodnicze.

Były trzy powody takiej decyzji:

  • Po pierwsze – ani mnie, ani Agaty tego typu miejsca nie jarają na tyle, by wybór pomiędzy nimi a jakąś opuszczoną bazą wojskową był wyborem trudnym;
  • Po drugie – na trekkingi i dłuższe spacery w dzicz po prostu nie mieliśmy czasu;
  • Po trzecie wreszcie – każdy z trzech odwiedzonych przez nas krajów jest tak „naturalny” sam w sobie, że zwierzyny czy krajobrazów i tak naoglądaliśmy się do porzygu przez okna samochodu. Zwłaszcza z dala od udeptanych ścieżek można było z łatwością dostać taką dawką natury, że łoś nakryłby się kopytami.
Łoś przy bazie rakietowej w Zeltini

Na przykład taki (przy bazie rakietowej w Zeltini)

Transport i logistyka

O kwestiach dotyczących transportu, spania czy jedzenia przeczytacie we wpisach dotyczących konkretnych miejsc i atrakcji, dlatego tu spiszę tylko kilka ogólniejszych kwestii.

O transport zadbaliśmy samodzielnie, pożyczając Dacię Duster moich rodziców. Mój bus jeszcze nie był zdatny do jazdy, a wysoko zawieszony, wyposażony w instalację gazową SUV wydawał się idealnym rozwiązaniem na pribaltyckie szlaki. Wytrzymałość dusterowego zawieszenia doceniliśmy zwłaszcza na Łotwie, gdzie drogi daleko odbiegają od europejskich standardów, a także w co bardziej odosobnionych rejonach pozostałych krajów. Samochód przez cały urlop jeździł na gazie, co – w połączeniu ze średnią prędkością 85 km/h – znacznie przyczyniło się do obniżenia kosztów całej wycieczki.

Noclegi ogarnialiśmy na bieżąco, korzystając z promocji na Bookingu. Zależało nam na łatwo dostępnych (bez zbędnego umawiania się na odbiór klucza) pokojach z prywatną łazienką (wymóg Agatki), najlepiej w przybytkach dysponujących bezpłatnym parkingiem. Pomijając kilka niechlubnych wyjątków, wśród których dominowały przede wszystkim noclegownie w stolicach, za żaden z noclegów nie płaciliśmy więcej niż 35 Euro za dwie osoby, co oznaczało – w przeliczeniu – maksymalnie 75 zł za noc od osoby. Standard był różny, a im dalej na północ, tym lepszy. W prywatnej dwójce zazwyczaj mieliśmy do dyspozycji przynajmniej lodówkę, ale zdarzały się także aneksy kuchenne, ogrzewanie podłogowe czy łóżka tak wygodne, że nie chciało się z nich wstawać.

Apartament w Kownie

Nasz apartament w Kownie

Z jedzeniem było… najdziwniej. Państwa nadbałtyckie najwyraźniej nie doceniają jeszcze oczekiwań turystów, którzy chcieliby spróbować czegoś lokalnego. Z jednej strony, wynika to zapewne z raczkującego tu jeszcze konsumpcjonizmu i generalnej niechęci mieszkańców byłych Inflantów do jedzenia w knajpach (a jeśli już, to na pewno nie tego, co mogą zjeść w domu). Z drugiej – jedzenie na Litwie, Łotwie i Estonii okazało się stosunkowo najdroższą częścią całej imprezy, bo zapłaciliśmy za nie prawie tyle samo, co za noclegi. Summa summarum, od połowy wyjazdu, ze względów finansowych, na śniadania wybieraliśmy się do… supermarketów, w których kupowaliśmy gotowe kanapki i tym podobne produkty. Piwka w knajpach raczej sobie nie odmawialiśmy, ale tu również od razu zaznaczę, że tego typu rozrywka znacząco (i negatywnie) wpływa na budżet podobnego wyjazdu – zwłaszcza jeśli chodzi o lokale w stolicach.

Jeśli jesteście zainteresowani konkretnymi liczbami, poniżej przedstawiam infografikę z podstawowymi danymi liczbowymi, dotyczącymi naszego wyjazdu. Rzuci ona trochę dodatkowego światła na to, jakich kosztów i innych warunków możecie spodziewać się na miejscu:

Pribaltiki 2019 - infografika

Trasa w skrócie

Trasę wyjazdu, wraz z konkretnymi atrakcjami, opisuję w notkach blogowych, a tu zarysowuję tylko jej ogólny kształt, wraz z najważniejszymi punktami:

Etap 1 (Litwa vol. 1) obejmował trasę z Warszawy do Kowna, w którym spędziliśmy pierwszą noc. Po wizycie w tym mieście ruszyliśmy w stronę Kłajpedy, wybierając mniej uczęszczaną, ale bogatszą w poboczne atrakcje drogę, biegnącą równolegle do autostrady. Na miejscu przeznaczyliśmy jeden dzień na to, by przejechać całą Mierzeję Kurońską, a następnie – po krótkiej wizycie w Połądze – udaliśmy się do Płoteli, w których zmuszeni byliśmy rozbić nieplanowany obóz, jako że znajdujące się w ich okolicach Muzeum Zimnej Wojny okazało się być już zamknięte. Dzięki temu odkryliśmy jedną z najdziwniejszych atrakcji naszego wyjazdu (Ogród Orvidusa), ale jednocześnie byliśmy zmuszeni ściąć całą zachodnią część Łotwy i udać się od razu do Rygi. Szczęście w nieszczęściu, mijane przez nas po drodze, opuszczone miasto Skrunda-1, jest od pewnego czasu zamknięte dla zwiedzających, więc wizyta na miejscu nie opóźniła nas znacznie.

Litwa - Ogród Orvidusa

Ogród Orvidusa, czyli największy mindfuck wyjazdu

Drugi etap (Łotwa vol. 1) zaczęliśmy od spędzenia dwóch dni w Rydze i znajdującej się tuż pod nią Jurmali – głównie po to, żeby trochę odsapnąć. Następnie, pomimo kiepskich warunków drogowych, przedostaliśmy się do bogatej w atrakcji Siguldy, gdzie naoglądaliśmy się zamków, a ja nalatałem się dronem do porzygu. Aby nie marnować czasu, z Siguldy długim skokiem udaliśmy się od razu do estońskiej Parnawy, gdzie trafiliśmy na najlepszy nocleg podczas całego wyjazdu.

Łotwa - zamek w Turaidzie

Zamek w Turaidzie, rzut ziemniakiem od Siguldy

Etap 3 (Estonia) był o tyle krytyczny, że w jego połowie musieliśmy rozpocząć powrót do Polski. Z Parnawy od razu udaliśmy się na Saaremę – największą krajową wyspę, będącą czymś w rodzaju Estonii w miniaturze. Dzień pełen wrażeń zakończyliśmy w Haapsalu, które – dla mnie – okazało się jednym z największych, pozytywnych zaskoczeń wyjazdu. Pomimo złego samopoczucia Agatki, w Haapsalu spędziliśmy znacznie więcej czasu, niż na początku planowaliśmy, w wyniku czego do Tallina wpadliśmy dopiero wieczorem, po drodze zahaczając jeszcze o mega-klimatyczną miejscówkę, jaką jest zalane więzienie w Rummu. Ilość atrakcji oferowanych przez Tallin (a także panująca tam drożyzna) przytłoczyła mnie na tyle, że odczuwałem autentyczną ulgę, opuszczając stolicę Estonii dzień później. Znacznie lepiej czułem się odwiedzając opuszczoną bazę sowieckich łodzi podwodnych w Haarze, a następnie cmentarzysko pojazdów w Jarvie-Jaani. Estoński etap zakończyliśmy kawałkiem dnia spędzonym w Tartu.

Haapsalu - posiadłość Ungru

Haapsalu – opuszczona posiadłość Ungru

Czwarty etap (Łotwa vol. 2) obejmował tak naprawdę jeden dzień, podczas którego zrobiliśmy samochodem najwięcej kilometrów. Po odwiedzinach w położonej w totalnej dupie bazie rakietowej Zeltini, zaliczyliśmy jeszcze dwie uprzednio opuszczone miejscówki w okolicach Siguldy, po czym ponownie przebiliśmy się przez cholerną Rygę wprost do litewskich Szawli, gdzie spędziliśmy noc.

Zeltini - baza rakietowa

Jeden z budynków opuszczonej bazy rakietowej w Zeltini

Ostatni, piąty etap (Litwa vol. 2) rozpoczął się wizytą pod imponującą Górą Krzyży, spod której z kopyta ruszyliśmy do Wilna, po drodze odwiedzając jeszcze jedną z najbardziej oczekiwanych przez nas atrakcji – opuszczony park rozrywki w Elektrenach. Zaledwie pół dnia spędzonego w litewskiej stolicy usprawiedliwiam tym, że kiedyś już w niej byłem, a ponadto jest do niej blisko z Polski. To samo mógłbym zresztą powiedzieć o Trokach, tym bardziej, że pod słynnym zamkiem pokręciliśmy się zaledwie przez pół godziny, zniechęceni przez złe samopoczucie Agatki oraz hordy kręcących się na miejscu turystów. W drogę powrotną do Warszawy ruszyliśmy późnym popołudniem, kończąc wyjazd tego samego dnia, niemal punkt o 22:00.

Góra krzyży - Agatka

Agatka zagubiona na Górze Krzyży

Agatkowe Top3

Agatka była na podobnym wyjeździe po raz pierwszy w życiu, ale – pomimo dość napiętego grafiku urlopowego – dzielnie znosiła wszelkie niedogodności. Mało tego, postanowiła nawet podzielić się tutaj swoim Top3, jeśli chodzi o odwiedzone podczas wyjazdu miejscówki:

Osobiście nie namęczyłam się podczas przygotowań do tego wyjazdu. Co kilka dni Piotruś (oooo…) podsyłał mi mapkę z zaznaczonymi propozycjami miejsc, które możemy odwiedzić. Już podczas wstępnej weryfikacji zdecydowałam, co najbardziej chcę zobaczyć. Jak się okazało, wybrałam świetnie:

  1. Opuszczony park rozrywki w Elektrenach – chyba każdy marzył o swoim prywatnym parku rozrywki. A o takim, w którym można wejść na każdą atrakcję bez zabezpieczeń? Prawdziwe cudo, chociaż zdecydowanie nie dla pozbawionych zdrowego rozsądku debili.
  2. Zatopione więzienie w Rummu – krystalicznie czysta woda w połączeniu z ruinami zatopionego więzienia. Dla każdego fana nurkowania i mocniejszych doznań jest to punkt wręcz idealnyZ uwagi na brak sprzętu i sprzyjających warunków atmosferycznych, nie podjęliśmy się zejścia do wody, ale jest to miejsce, które chciałabym odwiedzić jeszcze raz.
  3. Wilno – spośród trzech stolic, które odwiedziliśmy, w Wilnie podobało mi się najbardziej. Nie będę ukrywać, że duży udział miała w tym przejażdżka furnikularem (która DWUKROTNIE nie udała się nam w Kownie, więc wzięłam sobie tę pieprzoną kolejkę za cel). Miasto pełne pięknej architektury, wąskich uliczek i sympatycznej, niskiej zabudowy. Pochodzę z Dolnego Śląska, więc nikogo chyba nie zdziwi, że w tego typu otoczeniu czuję się najlepiej.
Elektreny - Agatka

Park w Elektrenach to zdecydowany, wyjazdowy faworyt Agatki

Wielcy pominięci

Smażenie osobnego wpisu o atrakcjach, których NIE udało nam się zobaczyć wydaje mi się mijać z celem, dlatego wspomnę o nich tutaj, aby zasygnalizować Wam ich istnienie.

  • Litwę udało nam się ogarnąć całkiem zgrabnie, chociaż Wilno zostało przez nas potraktowane BARDZO po macoszemu, podobnie jak Troki. Do stolicy naszego północnego sąsiada zapewne jeszcze kiedyś wrócimy, żeby pospacerować po niej na spokojnie, a po drodze najprawdopodobniej zahaczymy o uzdrowiskową miejscowość Druskienniki, wraz z położonym nieopodal parkiem Grutas, zastawionym reliktami komunizmu. Na północ od stolicy znajduje się również geograficzne centrum Europy, które także z chęcią bym „odhaczył”, bo i czemu by nie.
  • Na Łotwie pominęliśmy praktycznie całą wschodnią część kraju, na czele z fortowymi zabudowaniami w Lipawie czy moim największym żalem – radioteleskopową bazą w Irbene. Podczas dłuższego weekendu na miejscu z chęcią nadrobię także kilka części Rygi (w tym Muzeum Awiacji), położone na zachód od niej miasteczko filmowe Cinevilla, a także całkiem przyzwoity zamek w Bowsku, który podczas tego wyjazdu minęliśmy o przysłowiowy włos.
  • W Estonii z kolei zostawiliśmy sobie na później spory kawałek Tallina (wraz z opuszczoną dzielnicą robotniczą) oraz dużą część wschodniego wybrzeża. Tutaj najbardziej chciałbym dotrzeć do leżącej na samej granicy z Rosją Narwy, znanej z wielu opuszczonych reliktów komunizmu oraz imponującego zamku; a także do muzeum górnictwa oraz post-radzieckich miasteczek Sillamae oraz Viivikonna.

Na szczęście, ceny lotów do Rygi i Tallina stale utrzymują się w granicach 200-300 zł w obie strony, a do Wilna z Warszawy jest rzut (dużym i mokrym, ale jednak) beretem. Być może więc uda nam się nadrobić te zaległości wcześniej niż później.

W tym miejscu już niedługo zaczną pojawiać się kolejne wpisy, związane z naszą dwutygodniową majówką w krajach nadbałtyckich. Nie musisz tu zaglądać na bieżąco – raczej zachęcam Cię do subskrypcji powiadomień z bloga. Do dyspozycji masz powiadomienia mailowe oraz push. Zajrzyj do menu po prawej albo w prawy-dolny róg strony.