7 powodów, dla których po 30-tce irytują Cię hostele


Hostele! Któż z nas w nich nie bywał, kiedy w podróż zabierało się tylko pożyczony plecak ze stelażem, 20 dolców i paprykarza szczecińskiego z Biedry? Niewątpliwie każdy, kto kiedyś ruszał w swoją pierwszą dalszą podróż, nie wyobrażał sobie, że można w ogóle nocować inaczej, zwłaszcza jeśli podróż owa odbywała się w chudych, studenckich czasach.

Nadchodzi jednak taki wiek, że chlanie do 3:00 w nocy niemal każdorazowo powoduje kaca, a właściwe ułożenie się w łóżku stanowi jedyną receptę na to, by rano nie trzeba było nastawiać relokowanych stawów. Organizm niestety się starzeje, a ja sam ze zdziwieniem odnotowałem ostatnio, że wraz z nim – chcąc nie chcąc – starzeją się również nasze nawyki. Jeśli więc dopiero zaczynasz swoją podróżniczą przygodę, a lata ’90 znasz tylko z opowieści, to zapraszam Cię do przeczytania, co za circa 10 lat zacznie Cię niemożebnie wkurwiać w miejscach, które teraz uważasz za najlepsze miejsce do spania na świecie. Starszych z kolei zapraszam do smętnego kiwania głową.

Oto 7 powodów, dla których po 30-tce irytują mnie hostele:

1. Brak prywatności

Nie jestem jakimś maniakiem prywatności czy skrytości. Raczej spotykam się z opiniami, że czasem bywam zbyt otwarty. Z wiekiem jednak zauważyłem, że po dniu pełnym aktywności wolimy zamknąć się z Agatką w prywatnym pokoju i może nawet nie tyle, że zabierać się za aktywności fizyczne ogólnie kojarzone ze związkiem małżeńskim, co po prostu mieć odrobinę spokoju. Sypianie w salach wspólnych było spoko, kiedy człowiek niespożyte ilości nocnej energii. Teraz jednak jakoś trudniej wykrzesać mi entuzjazm do rozmowy z hipsterskim Portorykańczykiem, który otwierając szóste piwo zacznie wypytywać Cię o to, jaki wariant katolicyzmu wyznają Twoi starzy (true story).

Takie scenki tylko na zdjęciach stockowych

2. Wspólne łazienki

To tak naprawdę irytowało mnie od dawna, ale kiedyś miałem trochę więcej energii na to, by wstać o 6:00 rano i umyć się przed wszystkimi. Teraz zupełnie nie mam ochoty czekać, aż grupa psiapsi z USA zwolni umywalki, przed którymi malują się od godziny. Już dawno straciłem również wiarę w to, że ludzkość jako taka potrafi używać szczotek do kibla, przez co wybór odpowiednio „przygotowanego” sedesu to nieraz najważniejsza decyzja w ciągu dnia. A to jeszcze nie koniec łazienkowej męki, bo w kolejce czekają…

3. Hostelowe prysznice

Jestem przekonany, że immanentnym warunkiem powstania hostelu w danym miejscu jest brak ciepłej wody w rurach, względnie jej tak niskie ciśnienie, że pod prysznicem czuję się tak, jakby ktoś się na mnie odlewał. Ciepły, mocny strumień wody w hostelowym prysznicu – niezależnie od pory dnia – to dla mnie tak niespotykana sprawa, że w recenzjach na Bookingu zawsze piszę o tym na pierwszym miejscu. Całemu przybytkowi daję za jej obecność maksymalną ocenę, nawet jeśli noc spędzam na sienniku przykrytym koronkowym obrusem.

Łazienka hostelowa czy więzienna?

4. Brak wieszaków

No kurwa! Jeszcze przeboleję brak jakiegoś „wieszadła” w pokojach, bo zawsze zostaje rama łóżka czy drzwi szafy. Ale w łazience mógłby być chociaż JEDEN PIEPRZONY HACZYK, na którym powiesiłbym swój ręcznik oraz czyste gacie na zmianę. Nie wiem, może tylko ja nie dysponuję zdolnością łazienkowej telekinezy, ale utrzymywanie w powietrzu czystych ciuchów wraz z ręcznikiem i jednoczesne mycie się, przekracza moje kompetencje podróżnicze.

5. Ten jeden gość, który…

… i tu zrobimy małą pod-listę:

  • Jest na nogach 24/7: czy to sobota, czy środa: ten jeden frajer kręci się po pokoju 24 godziny na dobę, co i rusz przesuwając swoją walizkę/plecak, w których najwyraźniej wozi komplet kul do kręgli. Kiedy wstaję, on już jest na nogach od dwóch godzin i ogląda serial bez słuchawek; kiedy wracam wieczorem, ten właśnie wychodzi na miasto i wraca dokładnie w momencie, w którym ja słyszę desperackie wezwanie pęcherza. Takich ludzi powinno się wiązać na noc.
  • „Złośliwie” chrapie: z tym na pewno się spotkaliście. Cisza jak makiem zasiał przez cały czas, przez który przygotowujecie się do pójścia spać, a kiedy tylko się położycie, zaczyna się koncert na piłę spalinową i kocicę w rui. Jeśli liczycie na regularność, która pomogłaby Wam zignorować chrapanie – zapomnijcie! Raz na jakiś czas nastanie moment błogiego suspensu, by po chwili pokój rozbrzmiał jeszcze głośniejszą symfonią odgłosów, których ludzkie gardło nie ma prawa wydawać.
  • Capi: o ile niektóre hostele dają gościom do dyspozycji darmowe stopery, o tyle w żadnym nie spotkałem się jeszcze z wypożyczalnią masek gazowych. Ja rozumiem, że po dniu spędzonym w 30-stopnoiwym upale nie każdemu chce się brać prysznic – sam często mam to gdzieś. Ale, na miłość boską: umyj chociaż stopy! Czaję, że Twoja nienawiść do sandałów może wynikać z różnych względów, ale do kurwy nędzy – poświęć 10 minut i zadbaj o to, żeby nasz wspólny pokój nie capił jak przymierzalnia w Deichmannie.
A. I jeszcze są bałaganiarze… Źródło: AngieAway.com

6. Śniadania „bufetowe”

Z „dawnych” hostelowych czasów pamiętam, że zawsze cieszyłem się na śniadania „darmowe”, ale umożliwiające faktyczne NAJEDZENIE SIĘ na 2-3 godziny. Jajka, płatki z mlekiem, talerz wędlin, chleb tostowy, jakieś warzywa – to zawsze było i umożliwiało chociaż wstępne podładowanie energetyczne. Hostelowe śniadania w ciągu ostatnich lat przekształciły się jednak w talerzyk lekko obesrany dżemem niewiadomego pochodzenia, bułki sprzed dnia, którą piekarnie sprzedają za połowę ceny, oraz miskę winogron, jakimś cudem identyczną z tą, która stała na stole dwa dni wcześniej. Jeszcze tydzień i zamiast winogron będą rodzynki.

7. Opisywanie żarcia w lodówce

Na koniec zjawisko, które od samego początku jest dla mnie nie do końca zrozumiałe: konieczność opisywania żarcia we wspólnej lodówce. Jeśli wkładam do lodówki piwo, to jest mi wszystko jedno, czy wyciągnę potem takie samo, ale formalnie należące do niejakiego Dave’a. Myślę również, że Dave też będzie zadowolony, o ile znajdzie w lodówce piwo identyczne ze swoim. Zakładam również, że imię na siatce nie powstrzyma nikogo, kto do owej siatki chciałby zajrzeć. W hostelach tak już jest – trzeba ufać ludziom w pewnym zakresie, choć może nie w tym dotyczącym szczotek do kibla.

Dlatego nie do końca rozumiem, dlaczego obsługa wyrzuca z lodówki żarcie nieopisane. Boją się, że ludzie z zewnątrz zaczną przechowywać u nich żywność? Mają nadzieję, że goście są tak przywiązani do swojego imienia, że nie zapomną zabrać z lodówki nadjedzonej Krówki Śmieszki? Czułbym się odrobinę bardziej komfortowo, gdybym nie musiał każdorazowo szukać markera, który nie zmaże się z puszki albo plastikowej siatki, nie mówiąc już o tym, że pomimo ostrzeżeń obsługi hostelowe lodówki i tak są zawsze wypełnione po brzegi jakimś śmieciem. Już wolę wystawić browar za okno, chociaż w takiej Tajlandii to niekoniecznie jest wyjście z sytuacji.

I może jeszcze numer buta?

To tyle z moich żali. Dopisalibyście coś do tej listy? A może uważacie, że jestem starym, zrzędzącym zgredem? Dajcie znać!

Zdjęcie w nagłówku pochodzi z jednego z serwisów bookingowych i zostało użyte na prawach cytatu. W tym hostelu nie byliśmy… i pewnie nie będziemy.

REKLAMA:

komentarze 2

  1. Agnieszka 18 lipca 2022
    • Brewa 19 lipca 2022

Skomentuj czy coś:

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

error

Podobało się? Może zostaniemy w taczu?